Stary piernik

08:46

Za dziesięć dni święta. A ja – poza próbą uporządkowania tego, co mam w głowie, ani do porządków , ani do innych przygotowań świątecznych się nie zabrałam.  I pewnie, jak zwykle starannie ominę  nieumyte okna i nie wpadnę w ten uroczy szał świątecznych przygotowań, gdy po domu roznosi się zapach pierników i choinki. Jeden stary piernik tak skutecznie osłabił moją ubiegłoroczną silną wolę poprawy w aspekcie bycia żoną i matką – czytaj sprzątaczką i kucharką – że pozostanę w tym przedświątecznym bezruchu i zadziwienia nad skutecznością poczynań tego pana. Tym razem mam wytłumaczenie, bo jako zagorzałej admiratorce społeczeństwa obywatelskiego fakt ograniczania praw może, a nawet musi popsuć humor, odebrać chęć życia i wywołać stany depresyjne.

No to w tym roku właśnie tak mam.
Jak to się mówi, prędzej śmierci bym się spodziewała, niż tego , że w grudniu naród – syty i zadowolony wylegnie na ulice, że będzie żądał czegoś i robił wrażenie, że wie czego. Nie myślałam, że to zobaczę na własne oczy i przeżyję . Nie spodziewałam się, że zostanę zaliczona do grupy złodziei i komunistów, że będę gorszego sortu i ….. Najgorsze jest to, że właściwie nie wiem czego się jeszcze o sobie dowiem i czego mam się spodziewać po kolejnych dniach. A tu walą reprezentanci nowej władzy w moją depresję ile wlezie. Dzisiaj walnęli nowymi zasadami wyboru kuratorów. Mogłabym zaśpiewać „ja mam to już za sobą” i trawić tylko bardziej osobiste zniewagi Prezesa , ale to niemożliwe, bo ciągle zależy mi na tym, by wokół mnie ludzie mądrzeli. Centralny wybór aparatczyków posłusznych Prezesowi i sprawujących władzę nad oświatą w województwach gwarantuje nam tylko ustalenie ideologicznego kierunku. Będzie patriotycznie, bogoojczyźniano, smoleńsko- katyńsko. Innych osiągnięć na pewno nie będzie.

Poprzednim razem miały być mundurki i nowe, poprawne lekturki. A dla niewygodnych zakłady i wysokie murki. Wiało grozą. Pamiętam swój strach. Mam nadzieję, że i teraz zdrowy rozsądek zwycięży i skończy się na machaniu siekierką. Zresztą – jednego jestem pewna. Nauczyciele w znakomity sposób wypracowali jako grupa zawodowa postawę pozorowania zmian. Dadzą radę!

Jedno w tym wszystkim jest na pewno cenne. Dowody, że arogancja władzy ciągle drażni. Nadal jest zachowaniem , które ludzi obraża i irytuje. Swego czasu przeżyłam podobne zachowania, jak te które dziś widzimy w publicznym przekazie – w sejmie, na wiecach, w wystąpieniach publicznych. To było  bardzo kameralne spotkanie, ale dotyczyło sprawy ważnej i społecznej. Szłam tam służbowo z nastawieniem na rzeczową spokojną rozmowę o problemie, który należało rozwiązać. Spotkałam się z atakiem, groźbami i zwyczajnym chamstwem. Wysoko postawiony we władzach lokalnych polityk wrzeszczał na mnie tak, jak nikt inny sobie nigdy na to nie pozwolił. W całym moim dorosłym życiu po raz pierwszy przełożony, reprezentant władzy zachowywał się tak ordynarnie i grubiańsko. Bez żadnego skrępowania wobec dwóch dojrzałych kobiet. Kiedy wyszłam z tamtego gabinetu przez kilkanaście minut stałam oparta o ścianę i próbowałam zrozumieć, co to było. A to właśnie była arogancja władzy! Ta sama , która teraz daje prawo jednemu człowiekowi obrażać tysiace innych. Władza niszczy ludzi. I trzeba być wielkim człowiekiem, by umieć z władzy skorzystać dla wspólnego dobra i nie zgłupieć.
Czego by nie powiedzieć o Prezesie – wielkim to on nie jest. Skutecznym tak.
I ponieważ mam zjazd depresyjno-kryzysowy powiem tak : tamtego polityka już nie ma wśród żywych. Powędrował po nagrodę do Pana!
Ten też się w końcu usunie ze sceny politycznej. Namiesza, ale wieczny nie jest. I już dziś można powiedzieć za poetą:
„nie bądź bezpieczny
poeta pamięta”

Oj! Pamięta!
Tylko jak to przeczekać? I nie zwariować?
Czytaj więcej »

Kobieta z pasją

14:05

Seria czarnych zdarzeń ściga mnie i moich najbliższych. Najpierw bardzo kosztowna wymiana silnika –w samochodzie. Jak tylko wzmocniłam duchowo małżonka i przećwiczyliśmy dystans do bolesnych wydruków z konta w domu zrobiło się jakby chłodniej. Najpierw myślałam, że to omamy i skutki wynikające z bolesnej inwestycji w samochód lub irytacji związanej z sytuacją w kraju. A tu masz babo placek. Tym  razem piec się znarowił (chyba w ramach serii) i zdechł całkiem. W domu zimno i nawet pies rozumie, że wygrzebywanie się spod koców i kołder może być przyczyną wielu groźnych chorób. Tym bardzie, że choć jest to stan wyjątkowy, wszystko wskazuje, że będzie długotrwały. Wszyscy instalatorzy mogą dopiero po świętach. No i jak tu nie myśleć o czarnej serii?

W tej sytuacji uciekam z domu i szukam miejsc ciepłych. Dlatego z wielką radością powędrowałam na koncert Poznańskiej Sceny Młodych. W pewnym sensie 7 lat temu zainicjowałam jej istnienie, bo w moim stowarzyszeniu pozyskałam wtedy grant na takie działania, skierowane do utalentowanych młodych poznaniaków. Było twórczo, rozwojowo i jak widać skutecznie. Zasługa moja niewielka, ale wielki sentyment pozostał. Skoro zaproszono mnie na koncert zabrałam ze sobą jeszcze gotowe na wszystko moje przyjaciółki, które posłusznie idą w ciemno na każde wezwanie kulturalne. Trudno! W naszym wieku przyjaciół się już nie wybiera, tylko pielęgnuje.

Siedem lat temu do projektu zaprosiłam Annę Zalewską – Powalisz, kobietę z wielkim sercem i jeszcze większą pasją. To artystka z krwi i kości i znakomity pedagog. Umie wyłapać perełki i szlifować diamenty, ale przy niej nawet pień się rozśpiewa, a jak już nic z siebie nie wydusi, to chociaż do rytmu będzie podrygiwał. Zajęcia z nią to dla dzieciaków prawdziwa frajda i nie ma się co dziwić, że uczniowie zaproszeni do projektu 7 lat temu – zostali do dziś. Do tej grupy każdego roku przychodzą nowi i co roku  przygotowują minimum jeden koncert. Wczoraj wystawili „Czas Krzysztofa Komedy i Józefa Stolarza” spektakl muzyczny oparty na utworach z tamtych lat i pozwalający powrócić do czasów z lat 50 i 60-tych. Na scenie śpiewało 20 młodych artystów. Każda piosenka dopracowana w szczegółach i każda wykonana naprawdę znakomicie. Koncert był po prostu świetny. Dwie godziny dobrej zabawy i kolorowego widowiska na wysokim poziomie.

No i teraz kilka refleksji o kuchni tego zdarzenia i naszych poznańskich realiach. Bardzo żałuję, że na wczorajszym koncercie nie było nikogo z wydziału Oświaty UM w Poznaniu, nie było radnych – ŻADNYCH RADNYCH – ani od kultury, ani od edukacji z żadnej opcji. Szkoda! Może po obejrzeniu szybciej przekonałabym osoby odpowiedzialne za realizację zadań w zakresie oświaty o konieczności prowadzenia takich projektów. Zabiegam o to od lat. Marzy mi się, by były miejsca i ludzie, gdzie młody utalentowany mieszkaniec aglomeracji poznańskiej mógłby rozwijać swoje talenty lub pasje w grupie rówieśniczej i pod opieką równie utalentowanych, ale bardziej doświadczonych. Wszyscy patrzą na mnie jak na jeża. Z ostrożnością i zaciekawieniem. No jak to? Przecież mają koła zainteresowań w swoich szkołach. No właśnie. Już samo wyjście ucznia poza szkołę jest rewolucyjne. A co dopiero organizacja zajęć rozwijających talenty i zainteresowania opartych na ludziach, a nie na budynkach i przypisanych do jednej szkoły! Rany boskie – NIE DO POMYŚLENIA!

A Anka Zalewska-Powalisz robi swoje po cichu i w szkolnej piwnicy. W większości społecznie. A gdzie tu rozwijać inne talenty? Gdzie dobry teatr dla młodych? Gdzie zajęcia plastyczne? Pod czyimi skrzydłami mają  rozwijać inne zainteresowania i pasje? I jak nie wtedy gdy są młodzi, to kiedy?

Kiedy wychodziłyśmy po tym koncercie, moja przyjaciółka powiedziała „I pomyśleć, że ja za Laskowika zapłaciłam prawie sto złotych. Przecież w porównaniu z tym co pokazali ci młodzi,  to poniedziałkowy wieczór w Teatrze Muzycznym to zwyczajna chałtura”. Tę refleksję dedykuję Wydziałowi Kultury UM w Poznaniu. Na szczęście na koncercie Poznańskiej Sceny Młodych była żona Prezydenta Jaśkowiaka. Wiem, ze wyszła tak sama oczarowana jak ja. Może tą drogą uda nam się dotrzeć do serc, umysłów i kieszeni włodarzy miasta.

W końcu gdzie diabeł nie może….
Czytaj więcej »

Ząb, dresy i koniuszek

04:10

Niby zębem człowiek nie pisze, a jednak chory w pisaniu przeszkadza. Ostatni raz tak bolało w podstawówce. I nie pomogła staranność, wizyty u lekarza i dbałość o zęby. Rozbolało nagle i okropnie, z nóg zwaliło i zmusiło do rzeczy absolutnie niepojętej – pragnienia wizyty na fotelu dentystycznym. Z bolącą paszczą odbyłam jeszcze umówione wcześniej spotkanie w sprawie nowego projektu. A potem już tylko wizyta. Z tego wszystkiego najbardziej podobało mi się zalecenie mojej ulubionej zębolożki. Po wykonaniu wszystkich okrutnych czynności jak: opukiwanie w poszukiwaniu bolącego zęba (bolały wszystkie i cała głowa) , rozwiercanie, wkręcanie, po sakramentalnym „można wypluć” rzekła: „Dzisiaj proszę wrócić do domu, położyć się na kanapie, poczytać książkę i jeść lody.” Chyba jednak pokocham dentystów. Nie zrobiłam obiadu, kolacji , nie wyprowadziłam psa. Nie obejrzałam też wiadomości, bo tam był Pan Prezydent, który z mocą powiedział, że ma rację w kwestii TK, a ja i mnie podobni, to po prostu banda niedouczonych wichrzycieli. Nie mogłam tego oglądać, bo nie mogę zagryzać. A żeby to przeżyć, zęby zacisnąć należy ( to zdanie do ćwiczeń dykcyjnych).

No to teraz nadrabiam stracony dzień. Laskowik w Teatrze Muzycznym w Poznaniu taki sobie. Sam teatr już jest przygnębiający. Jak do niego włożyć na widownię komplet kolegów i koleżanek z mojej piaskownicy i program przygotowany przez zespół mocno dojrzałych artystów, to wychodzi mieszanka raczej piorunująca. Dużo wcale nieśmiesznych żartów ze starości i jej przykrych skutków. Jeszcze więcej pokpiwania z obecnej sytuacji politycznej, która mnie też jakoś nie śmieszy. No a najbardziej trudny do przyjęcia był pomysł podrzucania kukły symbolizującej uchodźcę. Matko! Pewnie tak samo czuła się wykształcona grupa Niemców, kiedy obserwowali w przedwojennych kabaretach dowcipy o tłuczeniu wystaw Żydom.

Podsumowując: rechotać się nie dało i dla potrzeb odreagowania, czy terapii śmiechem, raczej bym nie polecała tego wieczoru. Laskowik miał szczęście z tym PRL-em, bo przynajmniej wszedł do historii naszej kultury, jako czołowy prześmiewca. Teraz już tak się nie da, bo nic nie jest jednoznaczne, więc i śmiech zbiorowy nie wychodzi. I naprawdę trudno zrobić kabaret w dzisiejszych czasach, szczególnie artystom mocno dojrzałym. Wieczór miał oczywiście swoje dobre strony, bo na przykład wyjaśniono mi różnicę między starszy panem, a staruszkiem – u staruszka nie ma pożytku z koniuszka! Warto wiedzieć, żeby nie urazić! Ale jedną myśl usłyszaną od Zenona Laskowika popieram  i upowszechniam - „Na stresy najlepsze dresy”

 A stresów nam nie zabraknie. W kraju rząd nie drukuje pierwszego wyroku TK i nie respektuje obu. Prezydent nie spełnia oczekiwań połowy Polaków, rząd rządzi jak umie. Jak nie umie, też rządzi. Moja ulubiona Pani Minister od oświaty wyraźnie szuka wsparcia Prezydenta i Pani Premier i minę ma coraz bardziej niewyraźną. Po raz kolejny patrzę na Ministra,  który robi wrażenie, że zupełnie nie rozumie co robi i tylko jak mantrę powtarza co zrobi, nie odpowiadając obywatelom , jakie to pociągnie skutki i jakie długofalowe zmiany. Jestem w stanie pojąć (nie zaakceptować!) sprawę sześciolatków, ale za rozwalenie gimnazjów powinna iść do więzienia – i tyle!

Matko! Jacy my jesteśmy głupi i bogaci.

A wieczorem zadzwoniły moje przyjaciółki. Jedna klęła jak szewc, bo wściekła ją perspektywa nieuchronnie niskiej emerytury. Druga wpadła w depresję, bo zwycięska koalicja PIS/PSL w jej powiecie właśnie postanowiła zamknąć jej poradnię, która w małej miejscowości od kilku lat służy ludziom. Jako argumenty za rozwiązaniem podano fakty, które dotyczą ….zupełnie innej poradni w innym mieście. Dyrektor podejmujący te decyzje nigdy rzeczonej poradni nie odwiedził. Ale przecież Pan Wicepremier Gliński też skutecznie działa z Warszawy, to dlaczego tego wzorca zarządzania nie przenieść do powiatowego miasteczka?

No i w tej sytuacji moje zapalenie miazgi to właściwie pryszcz. I nic to ból zęba, przy bólu istnienia.
Czytaj więcej »

Refleksyjnie

08:36
W blogowaniu najważniejsze są dwie rzeczy. Opanowanie głowy i interakcja z czytelnikami. Z tym pierwszym mam poważny problem, bo jako „młoda” blogerka uruchomiłam półkule mózgowe do ćwiczeń w pisaniu. No i okazało się, że moje uwielbiają te zabawy. Wszystko fajnie, jak pracują w trybie dziennym. Przestaje być miło, jak mi się włączają w nocy i układają zgrabne zdania, przywołują historie, podpowiadają tematy – czyli pracują w trybie offline. No i to trochę mnie martwiło, bo myślałam, że tylko ja tak mam. A wczoraj rano przeczytałam na blogu Agaty Grendy „Zagajam świat”, że ona ma tak samo. ULGA! I poczucie wspólnoty. To oczywiście nie zmienia faktu, że w nocy się budzę i przeganiam blogowe pomysły. Ale przynajmniej wiem, że to tak bywa i na razie do poradni zdrowia psychicznego nie muszę.
Druga sprawa to interakcja z czytelnikami. Człowiek sobie pisze bloga, a tu bach – lęki jakieś cudze, że może wykorzystam czytelnika/czytelniczkę i opiszę jej przypadek. I skomentuję. No dobra, ale nie bardzo rozumiem, czego tu się bać. Nazwisk nie podaję, nawet imion. Próbuje sobie odpowiedzieć na to pytanie i nic mi do głowy nie przychodzi. No może poza jednym, że mi się uda na przykład zmusić do „podniesienia dywanu” i do refleksji nad sobą, swoim życiem? Jeśli tak to ja bardzo przepraszam, ale według  mnie w pisaniu chodzi właśnie o to! I ja bym bardzo chciała zmuszać do refleksji. Najlepiej wszystkich.
No i po tym zgrabnym wstępie będzie refleksja. Mam za sobą dwa dni ze Starszą Panią. Tak z szacunkiem mówimy w naszej rodzinie  o Mojej Mamie. Wiek ma sędziwy, charakter trudny, poglądy żywe. Ma też lwie serce i kruchość porcelany. Wszystko to razem powoduje, że na dłuższą metę trzeba z nią postępować niezwykle ostrożnie i …..ciągle. Nie ma możliwości odroczenia zobowiązań. Dokładnie tak samo jak  z małym dzieckiem, tylko dużo, dużo trudniej. Mam taką luksusową sytuację, że kiedy jestem z nią przechodzę na program „uważność” i wtedy dopiero dostrzegam naprawdę jej problemy i potrzeby. Wtedy także zaczynam dostrzegać swoje – trochę odroczone w czasie. No i wtedy właśnie pojawiają się wątpliwości – kto zajmie się mną za pewien czas. Kiedy ja z moim lwim sercem, uporem, poglądami i przyzwyczajeniami stanę się krucha jak filiżanka. Kiedy będę potrzebowała bliskich ludzi, ich serdeczności i życzliwości, by żyć?
Zwracam uwagę „by żyć” – a nie wegetować.  
Nie muszę chyba pisać, że odpowiedź nie jest łatwa. Pociesza mnie trochę fakt, że będzie nas – seniorów – bardzo dużo. Ale myślę, że ciągle za mało robimy jako społeczeństwo, by zadbać o SIEBIE na starość. Nie widzę żadnych „inwestycji” w wiek dojrzały, poza próbą skrócenia okresu pobierania emerytury. Ale to chyba trochę mało. Starość to przede wszystkim samotność i wykluczenie. I bez względu na to, jak głośno temu zaprzeczamy, to właśnie tak jest. No i co z tym zrobić? Jak przeciwdziałać?

No właśnie! Dzisiaj posłucham Laskowika na koncercie. On też już w wieku dojrzałym. Może wskaże jakiś kierunek, podpowie coś. 
Czytaj więcej »

Skutki zamiatania pod dywan

09:18
Dziś odrywam się od spraw politycznych i na boku zostawiam emocje związane z nowym ładem w naszym kraju. Trudno – biorę swoją lekcję pokory z pokorą. Przynajmniej się staram. Wydaje mi się jednak, że od pewnego czasu słyszę same straszne historie. Może to tylko wrażenie, może natłok przygnębiających zdarzeń sprawia, że szybciej i mocniej docierają do mnie sprawy trudne, każą pomyśleć, a potem napisać? Oby tak było, że to tylko wrażenie!
Zainspirował mnie przejmujący artykuł w „Wysokich obcasach” „Psychiatryk zamiast rozwodu” (na FB patrz post poniżej). W ciągu ostatnich kilku tygodni spotkałam kilka osób, które opowiadały mi historie swojego związku i jego rozpadu. Słucham uważnie, bo sama doświadczyłam traumy rozwodu. Wiem jak trudno podjąć najtrudniejszą z decyzji – o konieczności ratowania siebie i odejścia od partnera. Wiem dobrze, jaką cenę za taką decyzję się płaci. Wiem także, że cena za nieudany związek jest bardzo wysoka, bardzo niekorzystnie oprocentowana, a w wielu przypadkach spłata rozłożona jest do śmierci i trwa często dłużej, niż spłata kredytu hipotecznego we frankach. I każdy przypadek jest inny, jeden od drugiego bardziej poruszający.
Wśród moich licznych i coraz liczniejszych rozwiedzionych koleżanek jest jedna, której mąż – ojciec dwóch synów, odszedł do kochanka. To ona wyrzuciła go z domu, mimo, że on był gotów zostać z nią i tylko czasem wyskoczyć do kolegi. Jego matka uznała, że wszystko przez nią. Dziewczyna zbiera się po traumie od kilku lat samotnie wychowując dzieci i walcząc każdego dnia o normalne życie. Została z domem, kredytem który sama spłaca i zarobkami budżetówki.
Albo inna. Oboje po prawie, świetnie wykształceni. Bardzo dobre zarobki, intratny kontrakt za granicą, dwoje dzieci. Sielanka. I nagle z dobrze ustawionego w życiu młodego ojca rodziny zaczęły wyłazić demony. Luksus i przepych w którym żył, spowodowały nieodwracalne zmiany. Już nie wystarczały miłosne przygody, kolejne kochanki, striptizerki. Rodzina przestała się liczyć. Przygód szukał w światowych miejscach uciech, gotów jechać na drugi koniec świata, by pobalować z kolegami. Jakie czasy, taka rozpusta.  Ona wniosła o rozwód z orzekaniem o winie i kilka długich lat udowadniała w sądzie swoje racje. W międzyczasie on całe swoje świetne wykształcenie, spryt  i znajomości wykorzystał, by uniknąć zobowiązań. Nie płaci alimentów, choć dzieci rosną, a z nimi ich potrzeby. Ona mieszka w ich domu (na razie), ale nie ma na chleb. Ale jest już rozwiedziona. To sukces.
Takich opowieści mogłabym przywołać kilkadziesiąt. Dotyczą młodych i starych małżeństw lub par. Kiedy jadę przez osiedla nowych pięknych domów, zawsze myślę sobie, co ukrywają te nowoczesne dachy. Ile szczęścia, a ile tragedii, przemocy, obojętności i bezradności? Jak bardzo się te relacje zmieniają? Kilkadziesiąt lat temu powodem rozpadu związku najczęściej był alkohol lub  prymitywna siła. Dziś kiedy jesteśmy lepiej wykształceni powody bezpośrednie są bardziej zróżnicowane, za to  skutki jeszcze gorsze niż kiedyś. I metody dochodzenia swoich racji są bardzie skuteczne i niestety bardziej okrutne. Chyba łatwiej było się rozejść 30 lat temu i potem zachować twarz, bo rzadko kto miał jakiś majątek. Pary walczyły ze sobą tak długo, jak długo mieszkali pod jednym spółdzielczym dachem.
A może mi się tylko tak wydaje?
Jedno nie zmieniło się na pewno! Naiwność kobiet, które podejmują życiowe decyzje, które nie reagują na pierwsze sygnały zbliżającego się kryzysu, umiejętnie zakopując symptomy pod dywan. Najtrudniejsze lekcje w życiu ćwiczymy na własnym żywym organizmie, bo o sprawach istotnych, problemach i wątpliwościach nie rozmawiamy, zostawiając je w zależności od przekonań - Panu Bogu lub losowi. A tu jednak czas na dojrzewanie do samostanowienia. I na obronę własnych praw. Im wcześniej tym lepiej. Nie łudźmy się! Nieudane małżeństwo na starość nie będzie lepsze. Będzie tak samo nieudane, tylko starsze.

No i na koniec wyraźnie i prosto z mostu! Nie namawiam do rozwodu! NIKOGO! Namawiam do spojrzenia pod dywan. 
Czytaj więcej »

Zakaz wstępu

07:34
Odzyskałam komputer i tym samym dostęp do świata.
Czułam, że będzie się działo, ale nie myślałam, że aż tak. I teraz nie wyleje się ze mnie stek inwektyw na postępowanie Pana Dudy i innych współtwórców tej awantury o Trybunał. Przez te kilka dni niepisania naczytałam się dość i sama jestem zmęczona tym (zasłużonym skądinąd) wszechobecnym atakiem. Ale nie mogę przecież nie zapisać swoich myśli na ten temat.
Pierwsza, którą mam od chwili komunikatu, że Pan Prezydent przyjął ślubowanie nad ranem – jak mu nie wstyd? Nigdy nie uwierzę, że już mu zniszczono poczucie przyzwoitości, nie umiem uwierzyć, że nigdy go nie miał. O najgorszym bandycie myślę zawsze, że gdzieś tam musi mieć ludzkie odruchy. No to i Dudowie mają. W końcu to dziecko inteligencji, wychowany (tak myślę!) jednak na tych samych wartościach, co ja i moi liczni znajomi. Co się robi, by człowiek dobrowolnie zrobił z siebie takiego błazna i nieudacznika. Publicznie. Przed całym narodem.
Druga refleksja, która mnie męczy, to jak czuje się człowiek, któremu jego własne środowisko mówi, że postępuje źle, głupio. Umarłabym ze wstydu. Spraw Panie, by mnie to nigdy nie spotkało. By na mojej drodze nie stanął żaden Prezes ze swoją wojenką, nie porwał i nie omamił.  Chowam się w tym zaciszu przyzwoitości, stanu ulubionego przez wszystkich moich bliskich i pojąć tego mechanizmu takiej (w pewnym sensie) autodestrukcji nie mogę. Już prędzej zrozumiem zbrodnię w afekcie, albo porzucenie dziecka czy kradzież. Jakież to musi być upokorzenie dla bliskich – dla żony, córki, rodziców.  Nie bronię Prezydenta, bo to nie mój prezydent, nie mój wybór. Staram się jedynie zrozumieć mechanizmy władzy i postępowanie człowieka.
I trzecia myśl. Nie wierzę, że Prezydent jest aż tak głupi, żeby nie widzieć manipulacji. On to akceptuje. Ta determinacja, te nocne podchody czemuś służą. Przecież logicznie myślący człowiek tak nie postępuje, nikt nie płaci takiej ceny bez jakichś odroczonych korzyści. W takim razie – o co tu chodzi? W głowę zachodzę i jak byłam głupia i przerażona, tak jestem.
To wszystko mnie bardzo martwi i rozwala od środka. W naszym kraju widziałam już niejedno i mogę śmiało powiedzieć, że kryzysy to nasza specjalność,  a bez konfliktu umieramy, jak ryby bez wody. Ale kryzys z taki przebiegiem to jak dla mnie trochę za dużo. I chciałabym wreszcie móc z "uważnością" skupić się na życiu kobiety dojrzałej, na smakowaniu i opisywaniu jego uroków, a nie żeby mnie nieustannie stawiano do pionu, straszono i niszczono moje życie.
Mam serdecznie dość. Wszystkich, którzy głosowali na Pana Dudę, Pana Kukiza, PIS i Kukiz 15 bardzo proszę , by teraz nie próbowali mi tłumaczyć, że wszystko jest ok, że tak trzeba, że to tylko chwilowa zawierucha, że poprzednia władza też nie była święta. Wielu moich znajomych próbuje ze mną dyskutować używając tych sformułowań. Darujcie sobie! Jeśli już wiecie, że was nabrano - uczcie się pilnie tej lekcji i zapamiętajcie na przyszłość, jak się wykorzystuje ciemnotę. Jeśli nadal wierzycie, to wyobraźcie sobie, że na czole macie napis „głupek narodowy” a na mojej furtce wisi kartka – „Głupkom wstęp wzbroniony”.
Nie zgadzam się na łamanie demokracji, na dyktaturę, na okłamywanie ludzi, na zabieranie praw obywatelskich, na wszystkie świństwa, które na razie oglądam w telewizji, ale które za chwilę będą bliżej nas – zwyczajnych ludzi.



I co z tego?
Czytaj więcej »

Dlaczego kobiety powinny jeździć do SPA?

07:57
„Pytanie w tytule postawione tak śmiało, choćby z największym trudem, rozważyć by należało” .
To chyba jakiś cytat. Albo wbita w mózg fraza z bajki  z dzieciństwa. Ewentualnego autora przepraszam, ale zdanie na tyle fajne, że stało się prawie jak moje. A sprawa, o której piszę, wbrew pozorom ważna. Dla zdrowia psychicznego dodam - by ukrócić podejrzenia, że to jakaś manipulacja.
Od kilku lat regularnie co pewien czas jadę w towarzystwie koleżanek do jakiegoś miejsca atrakcyjnego np. w SPA, gdzie pławimy się luksusie.
Luksus polega na tym, że:

·       nie czujemy się zobowiązane do gotowania obiadu,
·       nie odrabiamy lekcji z naszymi ewentualnymi dziećmi,
·        nie prasujemy, nie sprzątamy, nie zapobiegamy rodzinnym katastrofom (niech się wali! a co! posprzątamy po przyjeździe),
·        rozmawiamy w samochodzie w czasie podróży,
·        rozmawiamy przy posiłkach,
·        rozmawiamy między posiłkami,
·        rozmawiamy w jacuzzi i saunie,
·        wybieramy ładne miejsca , by w pozostałym czasie porozmawiać w spokoju,
·        rozmawiamy w drodze do tych ładnych miejsc.
Ponieważ mamy zdecydowanie za mało pieniędzy, by się poddawać kosztownym zabiegom kosmetycznym, rozmawiamy także o tym ile byśmy straciły, gdyby tak nałożyć nam na twarz maseczki i zmusić do niemówienia.
Uwielbiam te wyjazdy, bo zazwyczaj już pierwsze 5 godzin powoduje, że wszystkie ważne i trudne sprawy są przegadane i tym samym oswojone. Czasem obśmiane do łez i przyswojone jeszcze bardziej. Brak mężczyzn pozwala nam gadać więcej i bardziej pławić się w luksusie.
Odwiedziłam w ten sposób wiele miejsc w Polsce i przymierzam się do opisywania ich wad i zalet, ukrytych pułapek utrudniających odpoczynek.
Wczoraj w wróciłyśmy z Wojanowa koło Jeleniej Góry. Przepiękny zespół pałacowo-parkowy odrestaurowany i przekształcony na kompleks hotelowo-szkoleniowy. Cena bardzo przyzwoita w stosunku do usługi, szczególnie, kiedy się wykupi groupon. Obok, kilkadziesiąt metrów dalej za rzeką,  Łomnica, która mnie osobiście zachwyca. W tej miejscowości także odnowiono dwa pałace i folwark, ale tam jest nie tylko hotel i restauracja, ale także festyny i różne społeczne aktywności właścicieli tego obiektu organizowane ku uciesze licznie odwiedzających. Cudnie brać udział w takim święcie, a właśnie rozpoczęły się festyny adwentowe. Kolorowo, wesoło, pachnąco – tak jak kiedyś! I nie tak jak np. w Lidlu!
W Wojanowie także starają się, by umilić pobyt gościom. Nam udało się trafić na koncert zespołu „U studni”. To w pewnym sensie  kontynuacja nurtu „Starego dobrego małżeństwa”. Zespól założyli dawni członkowie „Starego dobrego małżeństwa” i trzeba przyznać, że śpiewają i grają przepięknie. Taki wieczór poezji śpiewanej w wojanowskim zamku, to wspomnienie na długo. Naprawdę warto było posłuchać i przez czas koncertu milczeć uważnie.
Za niewielkie pieniądze człowiek się nagadał, napatrzał, namoczył, nacieszył i odnowiony powrócił, by heroicznie stawić czoło grudniowym przeciwnościom - rozbitej Europie, zmianom klimatycznym, katastrofom rodzinnym i rozwalaniu demokracji.

Z tego wszystkiego, już nie wiem co gorsze.
Czytaj więcej »