Drukowane męczy

05:26
W poprzednim życiu, czyli jakieś 30 lat temu, usłyszałam od znajomego polonisty słowa cytowane w tytule postu. Zachwyciła mnie prostota i głębia tego sformułowania oraz jego głęboki, humanitarny wymiar. Było to w czasach, kiedy wielu młodych ludzi namawiałam, ba! zmuszałam! do pokonania tego zmęczenia i przeczytania zadanych lektur. Pastwiłam się nad moimi uczniami, mimo że widziałam ich zmęczenie pojawiające się u niektórych natychmiast, gdy tylko podawałam tytuł. Co więcej – pamiętałam swoje z okresu, kiedy walczyłam sama ze sobą o własny rozwój.
Drukowane męczy każdego inaczej, ale męczy.

Dlatego, kiedy na moją skrzynkę mailową przyszło zaproszenie Zastępcy Prezydenta Poznania na spotkanie grupy ekspertów do współpracy w ramach think tanku miejskiego i wraz z nim w załączniku nowa Strategia rozwoju miasta Poznania 2020+, to uczucia miałam mieszane.
Z jednej strony satysfakcja, bo to przecież znak, że człowiek żyje i coś znaczy. Z drugiej 70 stron tekstu do przeczytania i obciążenie doświadczeniem pracy nad wieloma poprzednimi strategiami, planami, politykami i projektami, nad którymi się pochylałam. Walczyłam wtedy najpierw ze zmęczeniem drukowanym, a potem z próbą wdrożenia i rzeczywistością, która zazwyczaj mocno weryfikowała i koncepcje i plany. Po tych wielu próbach został dystans do dokumentów, które mają zmieniać świat.
Moja wiara w mądrość ludzi i sens współpracy jest jednak silniejsza, niż niechęć do drukowanego i spadek zaangażowania. Przeczytałam Strategię, poszłam i tu pierwsza niespodzianka. Na zaproszonych gości czekały materiały – wydrukowany tekst Strategii (70 stron tekstu i tabel) oraz specjalne kolorowe wydawnictwo, które w sposób niezwykle przejrzysty, czytelny z wykorzystaniem rysunków, prostych schematów prezentuje założenia strategicznych zmian.

Ktoś pomyślał, ktoś dopilnował, ktoś porządnie zrobił. A ja po raz pierwszy jako zagorzała czytelniczka strategii, planów i polityk odniosłam wrażenie, że ta Strategia, podobnie jak nasze miasto – ma być dla ludzi i z myślą o nich.
Strategia powstawała ponad rok. Brałam udział w społecznych konsultacjach dla mieszkańców, orgaznizowanych w tym czasie w wielu miejscach i terminach w Poznaniu. Spotykali się na nich przedstawiciele różnych grup społecznych i czułam, że biorę udział w dialogu.
W strategii znalazłam zapisy, świadczące, że konsultacje były ważnym źródłem informacji o oczekiwaniach i potrzebach poznaniaków.  To wszystko mnie cieszy i nakręca.
Drugi ważny komunikat usłyszałam już podczas spotkania. Zastępca Prezydenta, pan Mariusz Wiśniewski podkreślał kilka razy, że władze naszego miasta dążą do likwidowania „sektorowych silosów” czyli takiej organizacji zadań publicznych, która usztywnia urzędników i powoduje, że wielu ważnych dla ludzi projektów nie można wdrożyć z powodu sztywnych zapisów o zadaniach wykonywanych przez poszczególne wydziały. Podam przykład z mojego ogródka. Edukacją zajmuje się Wydział Edukacji. Ale ważne działania edukacyjne, które są nam w danym momencie jako społeczności miasta potrzebne (np. edukacja równościowa, edukacja na temat przemocy, edukacja obywatelska i dla demokracji, czy choćby edukacja w zakresie segregacji odpadów ) pozostają poza planami tego Wydziału i samorządu, bo ten nie wtrąca się w zakres merytorycznego procesu edukacji. Inny przykład. Sprawy seniorów przypisane są Wydziałowi Zdrowia. I w sytuacji, kiedy zabiegamy o utworzenie nowoczesnego miejsca rozwoju, spotkań  i kulturalnych zdarzeń dla seniorów, to należałoby sięgnąć po kasę do Wydziału Kultury. Ale to już inny Wydział, inne zadania i połączenie jest bardzo trudne, a większość ludzi nie rozumie, na czym ta trudność polega.
Dobre i potrzebne pomysły umierają między tymi urzędniczymi silosami. A mnie najbardziej interesuje to, co na pograniczu, bo właśnie tam jest najciekawiej.
W spotkaniu uczestniczyło wielu znanych i cenionych specjalistów z różnych dziedzin. Ludzie z pomysłami i doświadczeniem. Wielki zasób naszego miasta. I moja wielka nadzieja na realną zmianę.

Mailowe zaproszenie na spotkanie kończyło się słowami : Chcemy wzmacniać debatę publiczną w mieście, tworzyć dla niej nowe formy oraz dostarczać liderom syntetycznej wiedzy pozwalającej podejmować lepsze decyzje. Postawiliśmy przed sobą zadanie inspirowania liderów do szerszego, wielowymiarowego spojrzenia na rzeczywistość. 
Czuję się zainspirowana i namawiam do aktywności.
Warto i trzeba.
Czytaj więcej »

Jak mnie Maciej sponiewierał

07:53
Wczorajszy wieczór zapisuję w rejestrze „niezapomnianych”. Przy okazji bardzo ubolewam, że w ludzkim mózgu nie ma funkcji „odzobaczyć”. O ileż nasze życie byłoby łatwiejsze. Ale skoro nie ma, to żyć trzeba z zobaczonym, wysłuchanym i przeżytym. A wszystko przez spadek czujności, zbyt małą wyobraźnię i przekonanie, że słowa Stańczyka z Wesela „Świętości nie szargać, trza by święte były” wszyscy wzięli sobie do serca.
Otóż  nie wszyscy i teraz już wiem na pewno, że chyba tylko nieliczni. Maciej na pewno nie! W dodatku na tym kalaniu wszystkiego i wszystkich robi karierę, a ja mu to wczoraj ułatwiłam, kupując bilet do Auli Uniwersyteckiej na koncert Maleńczuka. (w tym miejscu uderzam się w pierś i głośno mówię „mea culpa”, bo przecież mogłam nie kupować, nie uczestniczyć, nie zabierać znajomych….tych „nie” mogłoby być znacznie więcej).
Stało się. Poszłam i mnie sponiewierał.

Już sam początek koncertu zwiastował kłopoty, bo kiedy ten bard uliczny, śpiewający, jak sam mówi „na stricie”, zapowiada , że opowie nam swoje życie, to można się spodziewać przeżyć ekstremalnych.  No i tak było. I wcale nie myślę tu o piosenkach, czy tematyce wspomnień z więzienia lub z kontaktów z krakowskimi menelami, pijakami, narkomanami. W tej materii ćwiczy mnie kino, literatura i choć sama nie ćpam, nie piję, nie uprawiam przypadkowego seksu w publicznych toaletach, to dzięki uczestnictwu w kulturze(!) nadążam i już się nie dziwię.
Maciej sponiewierał mnie skutecznie przez ucho. Głownie zrobił to mówiąc rzeczy, od których ja słabnę oraz używając publicznie słów, które znam i które systematycznie wchodzą do oficjalnej polszczyzny, ale pierwszy raz miałam okazję słyszeć je (i to w takim natężeniu) w Auli Uniwersyteckiej – miejscu dla mnie świętym i przynależnym kulturze wysokiej. Ze sceny przez wszystkie głośniki leciały wszystkie polskie wulgaryzmy, jako wzmocnienie opowiadanych anegdot , dowcipów i życiowych historii.  Za to padały wielokrotnie i różnorodnie. A w przepięknej Auli siedziało prawie tysiąc osób i pewnie część, jak ja, zadawała sobie pytanie „co ja tutaj robię”.
Nie przywołam tych słów, bo wszyscy je znamy, a żadnej finezji lub nowatorstwa w ich użyciu nie było. Ot! zwykły standard polskiej ulicy, gdzie bez przywołania najstarszego zawodu świata zdania zbudować nie można, a porównanie do męskiego narządu płciowego jest obowiązkowe przy opisywaniu emocji lub wielkości. Na ulicy nie dziwi. W Auli UAM wali po uszach i rozkłada człowieka. Znaczy się mnie!
I tu refleksja, że ludzie te jego teksty nagradzali brawami. To mnie zastanawia. Nie słyszą? Nie razi?

Były także dowcipy w rodzaju „ Jak długo Cyganka zachowuje cnotę? . Tak długo, jak jest silniejsza od młodszego brata, szybsza od starszego i dopóki ojciec nie wyjdzie z więzienia”. Rechot. Ze sceny i z sali. I brawa! Matko jedyna, ile to się człowiek dowie o swoim plemieniu w czasie jednego koncertu w Auli Uniwersyteckiej.
W trakcie tego wieczoru były także momenty  przedziwne. Pierwszy raz w życiu widziałam artystę, który ze sceny rozmawiał z widzem. Na początku koncertu nie mogłam zrozumieć, co Maleńczuk mówi. Słowa zlewały się ze sobą. Myślałam, że to ja nie słyszę, ale jeden z widzów siedzących na balkonie obcesowo zażądał poprawy jakości dźwięku. Inni potwierdzili jego żądania. Tu skonfundowany „artysta” najpierw zapytał „a co ja mam z tym zrobić?” i zadumał się przez chwilę. Potem stwierdził, że takie teksty wybijają go z transu, a potem już do końca koncertu, co jakiś czas mało grzecznie przywalał niezadowolonemu, A to coś o inteligencji niektórych, a to o niedosłuchu, a to złośliwe pytanie „czy teraz słyszy”.
No i właściwie, co ja się temu dziwię – jak ulica, to ulica!

Anegdot Maleńczuka nie przywołam, bo nie były zbyt śmieszne, za to mocno rynsztokowe. Niech sam sobie weźmie za nie odpowiedzialność. Za to wzruszył mnie , kiedy poprosił, by nie klaskać do jego wielkiego radiowego przeboju, bo polskie poczucie rytmu jest takie, że nawet muzyk, który zna i wykonuje utwór od lat, na pewno się pogubi i zapomni  w wyniku tego klaskania, co gra! No i dzięki tej interwencji wysłuchaliśmy w ciszy tego kawałka, choć nogi rwały się do tańca, a ręce do wybijania rytmu.
Mam wrażenie, że w ciągu tego jednego wieczoru przywalił wszystkim. Politykom wywoływanym po kolei z imienia i nazwiska, innym artystom wymienianym z nazwiska i tytułu piosenki, Polakom en block i tym, którzy kupili bilety na jego koncert, młodym i starym. Taka konwencja artystyczna.
No ale nie ma co się użalać, bo bilet kupiłam dobrowolnie, a jako unikająca kolorowej prasy wpadłam w nieswoje klimaty. Potwierdza się, że wiedza to podstawa.
A może stało się tak dlatego, że podobnie jak sam artysta i większość Polaków wyznaję zasadę, iż z niektórymi twórcami jest jak z alkoholem. Wiadomo, że się nie uda , ale trzeba próbować.

Na początku koncertu Maleńczuk powiedział, że cieszy się, iż udało mu się wypełnić tę piękną salę.
Na końcu ja zadawałam sobie pytanie:
Wypełnić, wypełnił!
Tylko po co?
Czytaj więcej »

Demolka

13:13

Szczęśliwie wróciłam. I żeby było jasne, szczęśliwie nie znaczy szczęśliwa. Moja przyjaciółka oburzyła się okrutnie, kiedy zapytana o kondycję po  powrocie odpowiedziałam, że przeżyłam sanatorium,  a teraz należy brać się za życie.  
Jakie brać się? Jakie za życie? – odrzekła i gwałtowne emocje, aż ją cofnęły o pół kroku. Ty to cały czas żyjesz, jak panisko! A ja codziennie muszę do tej roboty!
Popatrzałam na nią uważnie, przypomniałam sobie nasze ostatnie długie rozmowy i doszłam do wniosku, że nie mam dość odwagi, by tłumaczyć tej zmarnowanej pracą i utrutej codzienną rzeczywistością kobiecie, że sanatorium na skierowanie z NFZ, w moim wieku, z moją wątrobą i w podkarpackim to wcale nie taki cymes.
To nawet może być w skrajnym przypadku szkoła przetrwania a tym, co przetrwali należy się order.

Nie pociągnęłam tematu, bo wizja konfliktu z przyjaciółką była bardzo niesympatyczna, a determinacja na jej twarzy zwiastowała trwały konflikt. I po co mi to? Poczekam, aż wreszcie sama złoży wniosek, pojedzie i doświadczy. Wtedy pogadamy. Ale pewnie, jak poczyta moje pisanki, to nie złoży.
Gdybym tak miała napisać, co dobrego mnie tam spotkało, to radośnie oświadczam, że kręgosłup mam jak nowy i śmigam jak nastolatka. Oczywiście zaraz po tym , jak się wyprostuję, co jednak sprawia pewien kłopot. Potem już leci. Znaczy lecę. No i na tym plusy, by się skończyły, co jest zresztą całkowicie zgodne z prawami życia, że jak się polepszy, to się popieprzy i nie można w życiu chcieć za dużo. Szczególnie od NFZ w Iwoniczu.

W tym okresie podziałów całego narodu na frakcje lepszego i gorszego sortu powinno się chyba jednak pytać potencjalnych kuracjuszy o ich poglądy społeczno-polityczne, bo można ludziom zrobić krzywdę wysyłając ich w krainę innej opcji. Ja mam w sobie mocne przekonanie, że nie dam się sprowokować, ale niektóre obrazki, które oglądałam w kurorcie bardzo irytowały. Najpierw myślałam, że to pojedyncze przypadki i tzw. wypadki przy pracy. Po trzech tygodniach wróciłam z przekonaniem, że Podkarpacie, a szczególnie Iwonicz, to inny świat i zupełnie inni ludzie.
Zacznę od początku tej kilkukilometrowej miejscowości. Kilkanaście metrów za skrętem z głównej szosy na jedyną główną drogę Iwonicza stoi chałupa, na której wisi kłująca w oczy reklama tej treści „Gazeta Polska tygodnik lepszego sortu”. Przejeżdżałam koło niej kilkanaście razy w tygodniu i nie napiszę tu, co myślałam o właścicielach tej chałupy, którzy przyozdobili swój dom takim pięknym komunikatem. Bo co myślę, o tej gazecie i twórcach tej reklamy oraz narodowego podziału, to wiadomo. Gdybym nie była zobligowana do leczenia (zwrot kosztów w razie rezygnacji), to wyjechałabym z tego regionu po pierwszej lekturze tego ujmującego tekstu. Nie mam zdjęcia dobrej jakości, bo wszystkie wyszły poruszone. Ręce mi się trzęsły ze złości, co widać.

Jako ten gorszy sort doświadczałam jednak kolejnych życzliwości ze strony miejscowych  decernentów lub działaczy. Byłam  w wielu uzdrowiskach polskich i wiem, jak się pięknie rozwijają. W żadnym nie spotkałam jednak czegoś takiego, co jest na tym zdjęciu. To żelazna brama strzegąca wejścia na uzdrowiskowy deptak. Nie wiem, kto miał taki pomysł i czemu ma to służyć, ale brama solidna jak byk, zamyka ( a raczej utrudnia) wejście do części uzdrowiskowej.

Przyzwyczaiłam się już, że w uzdrowiskach baza lokalowa jest wykorzystywana bardzo konsekwentnie. Gdzie się da, są kuracjusze. Nic dziwnego. Uzdrowiska z tego żyją i tak powinno być. W Iwoniczu jednak zupełnie inaczej widzą ten problem. Baza sanatoryjna (hotelowa) jest tutaj dość skąpa, za to najwięcej miejsca zajmuje dyrekcja uzdrowiska mieszcząca się w największym i najbardziej okazałym budynku, Starym Pałacu. Tym samym nie ma tam już miejsca na  porządną elegancką kawiarnię, czytelnię czy inne jakieś równie frywolne miejsce dla kulturalnych ludzi. I w całym mieście eleganckiej kawiarni, takiej w której chce się przysiąść, po prostu nie ma.

W Iwoniczu żądny wrażeń kuracjusz może jedynie iść na setkę do knajpy i tam codziennie dancingować w rytm ulubionego przez właścicieli disco polo. Knajpy w samym centrum są trzy, a jak się pojawiła czwarta kawałek dalej, to już chętnych zabrakło. I jej menager wpadł do naszego sanatorium na kolację. To znaczy myśmy jedli, a on wpadł. Jezu! myślałam że się udławię, kiedy nagle w tej małej salce, gdzie dwadzieścia pięć osób spożywało w skupieniu po plasterku wędliny bez śladowych nawet ilości czegokolwiek warzywnego, facet o aparycji umięśnionego goryla wrzasnął gromkim głosem „Cześć Stare Łazienki”.

I najpierw chciałam się oburzyć, że może ja i nie najmłodsza, ale żeby zaraz tak publicznie stara i jeszcze łazienka? Ale lotność moja była jednak wielka, bo zrozumiałam, że to była w lokalnej odmianie eleganckiej polszczyzny forma powitania. Taka trochę wojskowa, trochę chłopięco zalotna, co razem przypomniało mi sceny z Ferdydurke i natychmiast uznałam, że mam kontakt z prawdziwym Człowiekiem i żadne tam „dzień dobry Państwu”, lub jakieś inne frykasy językowe, tylko bach! „Stare łazienki”, bo w takim sanatorium nas zdybał na kolacji. Przełknęłam, co miałam przełknąć i aby nic nie uronić z tego wystąpienia menagera skupiłam się już tylko na nim. Generalnie zachęcał do udziału. Jego lokal nazywał się „Glorietta” i oferował dancingi…. taniej niż u konkurencji. A tym, którzy przyjdą całą grupą , to menager obiecał….darmowe drinki, a nawet pół litra. Tu padły pytania o wielkość grupy, a mój iwonicki idol zarechotał gromko i powiedział „Przyjdźcie, to pogadamy i tylko pamiętajcie powiedzcie, że wy Stare Łazienki”.  
I poleciał zachęcać do kolejnego sanatorium. W Białym Orle przynajmniej powitanie w tej lokalnej formule jakoś lepiej brzmiało, bo jednak „Cześć Białe Orły” to nie to samo, co „Cześć Stare Łazienki”. Nie wiem, czy wchodził także do sanatorium „Pod Jodłą”. Może ominął, bo tu mógłby mieć pewien kłopot z deklinacją (chociaż „cześć podjodły” brzmi zupełnie nieźle!). Na temat tego, że kuracjusze mają zakaz spożywania alkoholu, nikt się nawet nie zająknął. A mnie przeszedł apetyt na wszystko, gdy pomyślałam sobie, że ten facet może mieć nawet wyższe wykształcenie i właśnie takie „swoje chłopy”, jak on, decydują o charakterze tego wiekowego uzdrowiska.

W zakresie gospodarowania potencjałem w Iwoniczu zaskoczyła mnie jeszcze jedna rzecz – ewenement absolutny na skalę europejską. W każdym zdroju pijalnia wód jest punktem centralnym uzdrowiska, budynkiem najważniejszym, pielęgnowanym i eksponowanym. W Iwoniczu pijalnia jest bardzo piękna, ale schowana za innym starym budynkiem.
I pewnie dlatego zamiast ją wykorzystać dla kuracjuszy i turystów, zrobiono z niej… magazyn ławek. Lecznicze wody podawane są w maleńkim pomieszczeniu. W pozostałych są magazyny. A w zabytkowych podcieniach zamiast kawiarnianych stolików, koncertów lub innych ekscesów uzdrowiskowych są obrzydliwe stragany, na których można kupić obrzydliwe pamiątki wyprodukowane w Chinach i nawiązujące do kultury polskiego Podhala (barany, kierpce ciupagi, chustki kolorowe) oraz Pomorza (bursztyny na wisząco i leżąco oraz w butelkach). Obejrzałam te stragany i jestem przekonana, że wszyscy wystawiający tam swe towary mieli w umowie obowiązek zaopatrywać się w jednej hurtowni. Zainteresowanie tymi towarami prawie żadne.
Trzy tygodnie obserwacji i dociekań i nadal nie mogę zrozumieć, jak tak można marnować zasoby i ludzkie i lokalowe. Komuś odebrało rozum. Albo ja jestem z innej bajki.
Zwieńczeniem moich iwonickich zadziwień była ostatnia rozmowa z lekarką sanatoryjną. Każde ze spotkań z nią stawiało mnie w stan osłupienia. Ale na koniec Pani Doktor pyta mnie, jak się czuję i jak oceniam pobyt.

- Czuję się znakomicie! Zabiegi bardzo mi pomogły. Ale zabrakło mi codziennej porannej gimnastyki. Dlaczego nikt jej w uzdrowisku nie prowadzi? No wie Pani! Taki poranny rozruch na świeżym powietrzu z trenerem, który zachęca i mobilizuje. Dla wszystkich kuracjuszy, którzy chcą wziąć udział….
 Tu chciałam przywołać przykład z Polańczyka, gdzie lekarz zwoływał kuracjuszy i  sam prowadził gimnastykę. Ale zamilkłam, bo oczy Pani Doktor zrobiły się większe niż oprawki. Przyglądała mi się, jak jakiemuś nadprzyrodzonemu zjawisku.

- Pani za wiele wymaga! – usłyszałam
Do pełnego obrazu moich polsko-polskich kontaktów dodam, że miałam okazję przeżyć tam majowe święta i był to wielogodzinny hardkor bogoojczyźniany w wydaniu lokalnych notabli i kleru, a ja byłam gotowa wracać do mojego kochanego miasta na piechotę. W dodatku przez trzy tygodnie z uwagą czytałam tablice informujące o wykorzystaniu środków unijnych. Naliczyłam w Iwoniczu lub w bliskiej okolicy ponad pięćdziesiąt takich tablic z niewyobrażalnie wielkimi kwotami, w dodatku wszędzie widać wpompowane w rozwój regionu pieniądze. Ale w rocznicę wejścia do Unii, nigdzie nie było żadnej flagi unijnej. Nawet na urzędowych budynkach.

Było i jest mi po prostu wstyd.
Jedno wiem po tym pobycie. Kiedy pani Szydło mówi o  Polsce w ruinie, to z pewnością myśli o głowach Polaków.
Nie mogę się pozbyć wrażenia, że to w nich jest kompletna demolka.

 

 
Czytaj więcej »

Jak Ona

07:49

Była z tych, co to „nie do zdarcia”. Wielodzietna rodzina, kilka etatów, praca społeczna. Tylko czasem, i to już po odchowaniu dzieci, prawo do odpoczynku czyli krótkiego wyjazdu z rodziną. Kiedy dzieci były małe, budowali własnymi siłami dom. To zrozumiałe, że wtedy każdą chwilę wolną poświęcała na pracę. Dlatego nawet nie myślała o dłuższym wakacyjnym wyjeździe. A potem już tak zostało. Najwyżej dwu lub trzydniowy wypad. I marzenie, że kiedyś uda się na dwa tygodnie.  Miało się udać w czerwcu.
I już się nie uda.
Poznałyśmy się kilkanaście lat temu. Miałyśmy razem pracować w dużym projekcie. Była bardzo skromna i bardzo onieśmielona. Może nawet zbyt skromna i zbyt wycofana, jak na zadanie, które musiała wykonać, ale widać było od samego początku, jak bardzo chce pokonać własne słabości i zrobi wszystko, by było dobrze. Koordynowałam prace zespołu, którego była częścią i nasza współpraca układała się znakomicie. Z każdym kolejnym wykonanym wspólnie zadaniem zbliżałyśmy się do siebie i wkrótce zaprzyjaźniłyśmy się. Dzisiaj przypominam sobie nasze rozmowy i dochodzę do wniosku, że Ona zawsze opowiadała o swoich marzeniach. Bardzo nieśmiało zresztą, bo tkwiła w przekonaniu, że nie zasługuje na ich realizację. Zawsze był jakiś powód – a to mankamenty urody, a to luki w wykształceniu, a to  zbyt małe doświadczenie. Spotkałyśmy się na tyle późno, że ominął nas etap marzeń o dobrym życiu naszych dzieci, o cudzym szczęściu. Ona marzyła ….o czasie wolnym, o czasie dla siebie, dla swoich zainteresowań.  O uwolnieniu się od przytłaczających obowiązków i ciągłej gonitwy. Była wiecznie w robocie lub w drodze do niej. Namawiałyśmy się na różne wspólne ekscesy, wypady i przygody, gdy tylko Ona przejdzie na emeryturę. Zostało jeszcze tylko kilka miesięcy i miała złapać oddech. Żadnej z nas, nawet przez myśl nie przeszło, że w jej życiu pełnym zobowiązań, może tego czasu dla siebie po prostu zabraknąć. Była zdrowa, uśmiechnięta, pełna życia, a wiadomość o jej nagłej śmierci była jak świst miecza. Niespodziewana i straszna.
Drugi tydzień nie mogę się pozbierać.
Myśl o mojej nagle zmarłej Przyjaciółce nie chce mnie opuścić. Mam wyrzuty sumienia, że nie oponowałam, kiedy podejmowała kolejne dodatkowe prace. Bełkotałam tylko coś bez sensu o rabunkowej gospodarce własnym organizmem i że tak nie wolno. Ona kiwała głową i mówiła, że to tylko na chwilę. Bo ktoś, coś zawalił i ją poprosili o pomoc. Albo, że musi trochę dorobić, bo chce kupić nowy samochód, żeby dojeżdżać do pracy. Boże, jacy bylibyśmy mądrzy, gdybyśmy mieli ciut więcej wyobraźni.
W pierwszym tygodniu po jej śmierci, myślałam tylko o Niej. Dziś myślę o tym, co powoduje, że kobiety potrafią się, aż tak zaangażować, by w pewnym sensie stracić kontrolę nad własnym życiem? Skąd w nas taka wiara, że „damy radę” (pomijam społeczny i polityczny kontekst tego zwrotu, ale to ulubiony zwrot wielu kobiet, który specjaliści od marketingu z PIS-u nam zabrali). Dlaczego nigdy nie myślimy, jaką cenę przyjdzie nam zapłacić za spełnienie tych wszystkich oczekiwań, które często bezkrytycznie przyjmujemy? I czy to coś, co nie pozwala nam dostrzec zagrożenia płynącego z nadmiaru i braku równowagi, to jest wrodzony optymizm, czy raczej głupota?

Wokół mnie jest mnóstwo tak zwanych silnych kobiet. Są w różnym wieku, ale to nie ma znaczenia. Są zaradne, uśmiechnięte, pracowite, zaangażowane i zagonione. Chętnie wzięły na siebie obowiązki, które kiedyś dzielili między siebie małżonkowie lub całe rodziny. Są bardzo odpowiedzialne i wszystkiego dopilnują. Ze wszystkim sobie radzą. Nie poddają się i zawsze znajdą rozwiązanie.
Dokładnie tak, jak Ona.
Czytaj więcej »

W Iwoniczu leczą zołzy

02:01
Pobyt w sanatorium jest trochę jak rosyjska ruletka. Od momentu złożenia wniosku w NFZ, do chwili zameldowania w pokoju zainteresowany właściwie  nie ma na nic wpływu. A cena przypadku może być straszna! Mimo tego zagrożenia wśród chętnych tłok jak diabli i na skierowanie czeka się kilkanaście miesięcy. Widać lubimy ryzyko i adrenalinę związaną z niewiadomym.
Mnie w sanatorium odpowiada wszystko. Skromny standard wyposażenia, niewyszukana dieta a jeszcze bardziej minimalne racje żywieniowe, obowiązkowy ruch, ćwiczenia i zabiegi oraz ustalony harmonogram dnia. Jest trochę tak, jak było kiedyś na kolonii. Najciekawsze są jednak obserwacje ludzi - kuracjuszy a także lokalnej społeczności zaangażowanej w budowanie uzdrowiskowej oferty. Dlatego w miarę możliwości uczestniczę w imprezach przygotowanych dla kuracjuszy i staram się być wszędzie tam, gdzie w czasie mojego pobytu coś się dzieje. Na pierwszy spacer z przewodnikiem pobiegłam więc z przyjemnością i wysłuchałam opowieści o powstaniu miasta. Właśnie miasta, bo lokalnych mieszkańców jest co prawda kilkuset, ale doliczyli kuracjuszy i już jest prawo do…. miasta! Jest burmistrz i w dodatku brzmi jak należy. Z miejska. Można? Można!
Pani przewodniczka – lokalna liderka społeczna i bizneswoman w jednym mówiła z zapałem i wprawą. Kilkakrotnie cytowała fragmenty zapisów literatury lekarskiej z XIX wieku opisujące walory lecznicze uzdrowiska i choroby, które tu można skutecznie wyleczyć.
Kilka razy powtórzyła „W Iwoniczu leczą zołzy, skrofuły….” i tu następował ciąg dalszy wymienianych chorób, zagłuszany jednak za każdym razem  wątpliwościami dotyczącymi znaczenia obu słów. Bo oba już dawno wypadły z użycia w tym znaczeniu, który cytowano i zebrani ludzie nie rozumieli sensu. Pewnie wielu pomyślało, że zołzy to nieznośne baby, a skrofuły to ich męski odpowiednik, czyli stare zgredy. 
Z drugiej strony ten cytat wydał mi się wyjątkowo dobrze dobrany, bo faktycznie kilka zołz tutaj przyjechało, żeby się leczyć.
Jedna z nich miała okazję zaprezentować swoją chorobę podczas spotkania z moją Sąsiadką od stolika i posiłków, starszą ode mnie panią, grzeczną, skromną i bardzo spokojną. Z Zołzą, o której myślę spotkała się raz, ale zapamięta na długo. Moja Sąsiadka skierowana po przyjeździe do pokoju poszła tam i zajęła jedno z łóżek. W pewnym momencie do pokoju weszła Zołza w towarzystwie kogoś z obsługi, kto prezentował Zołzie możliwe do wyboru pokoje. Zołza weszła, rozejrzała się i spojrzała na moją sąsiadkę, po czym powiedziała głośno – „O nie! Ta pani jest dla mnie za stara. Tu nie będę mieszkała”. I wyszła energicznie ku wewnętrznej radości mojej sąsiadki. Ale swój ślad zołzowatości pozostawiła na długo. No i czyż nie jest to rosyjska ruletka. Trafić sąsiedztwo takiej małpy na trzy tygodnie? Na rano, wieczór, i na we dnie, w nocy? Matko! Dodam jeszcze tylko, że obie Panie są w wieku zbliżonym, tylko Zołza tego nie widzi. Taka to choroba. Zaburza widzenie, odczuwanie, empatię. I sympatię innych jako skutek uboczny.

Ale to nie był koniec przygód mojej Sąsiadki, bo inna współlokatorka z jej pokoju przyjechała w stanie depresji i po tygodniu pogarszającego się wyraźnie stanu zdrowia podjęła próbę samobójczą. Sąsiadka próbowała znaleźć pomoc wśród personelu sanatorium, ale zanim pomoc została udzielona, przekonała się wielokrotnie, że zwrot w „Iwoniczu leczą zołzy” ma kilka znaczeń. Pielęgniarka zostawiona na dyżurze nocnym odmawiała wezwania pogotowania i policji lekceważąc prośby kuracjuszki – współspaczki z pokoju chorej kobiety. Rzecz nie do pomyślenia, a jednak możliwa. Sąsiadka opowiadała mi potem, że gdy w końcu chorą zabrało pogotowie, to ona biedna siedziała sama na łóżku do drugiej w nocy i nie mogła sobie sama ze swoimi emocjami poradzić. A dyżurna zołzowata pielęgniarka pewnie spała aż miło.
I żeby nie było, że ja tu całkiem zdrowa jestem i zabieram miejsce bardziej potrzebującym, od razu się przyznam, że także miałam poważny atak tej choroby. Przed salą gimnastyczną moja grupa czekała na wejście na zajęcia. Ludzie rozmawiali o wszystkim i niczym. Ot tak, żeby był kontakt. Kiedy dołączyłam do stojących, jeden z panów, taki z gatunku błyszczących na turnusie i wszędzie obecnych,  omawiał właśnie tajniki śmierci gen. Świerczewskiego w związku z planowaną wycieczką w Bieszczady. Zakończył swoje wystąpienie zwrotem:
- ….to niemożliwe, żeby takiego generała wysłać ot tak w Bieszczady. Polowali na niego i tyle.
A wtedy inny z tej grupy dorzucił:
-  Zupełnie jak w Smoleńsku! Kto to widział, żeby wszyscy lecieli jednym samolotem.
- No tak ! to skandal, nigdzie tak nie ma! Ale mnie tam nikogo nie żal - tylko pilotów i stewardes. Reszta to same dupowłazy. Dobrze im tak! – skomentował specjalista od Świerczewskiego i poprawił opadające portki od rozciągniętych dresów.
- No! A Tusk sobie żyje! – powiedział ten drugi i potoczył nienawistnym oczkiem po zebranych, szukając chyba akceptacji, dla tej niewypowiedzianej myśli o konieczności ostatecznego rozwiązania kwestii życia Tuska.

Wszyscy milczeli z kamiennymi twarzami i tylko mnie atak zołzy dopadł. Ścisnął gardło, twarz przeorał i zanim pomyślałam, to mi uciekło:
- Pan, jak widzę, też w dobrej kondycji! Mimo tej tragedii.

Na szczęście otworzyli drzwi sali gimnastycznej i mogłam rozładować własną zołzowatość ćwiczeniami.
Łatwo nie jest! Bo leczenie zołz i skrofułów to długi proces.
Tym bardziej, że leczą zołzy.
Czytaj więcej »

Pokój na godziny

07:13
Po takim tytule mam murowane tysiąc wejść na bloga! Nic tak nie przyciąga uwagi jak seks lub przemoc. Do przemocy nie doszło, więc tylko mi seks pozostał.
Do opisania oczywiście.
A było tak…. Szczęśliwie otrzymałam skierowanie na leczenie uzdrowiskowe, szczęśliwie z własnym mężem. Mniej szczęśliwie – że zaraz po świętach wielkanocnych (trzeba było przygotować się przed świętami) i zupełnie nieszczęśliwie (ale to tylko z punktu widzenia ewentualnej rozrywki sanatoryjnej) z mężem silnie uszkodzonym, którego uszkodzenie uznał nawet ZUS. Ci, którzy ostatnio mieli zaszczyt stawiać się na komisję w ZUS-ie rozumieją, o czym mówię. Tam nawet ciężko chromy na ciele jest zdrowy i zdolny do pracy, nie podlega żadnemu świadczeniu i nie ma dla niego litości. Dlatego mój stosunek do uszkodzenia mojego męża zmieniał się po każdej kolejnej komisji ZUS-owskiej, ponieważ każda uznawała jego przypadek, jako niepodważalny. Zrozumiałam więc, że męża mam absolutnego inwalidę, który w sanatorium nie tylko nie potańczy, ale nawet na spacer nie pójdzie, choć nogi ma zdrowe. Skoro ZUS uznał konieczność rehabilitacji i kolejnych zabiegów, to strach z takim facetem nawet przejść koło ewentualnych tańców i nienaturalnych ruchów biodrami. Nie mówiąc już o innych uciechach. Ale co tam, w końcu nie na tańce jadę, tylko na renowację starówki, czyli po zabiegi przywracające młodość, siły i zdrowie!

I nawet wizja pobytu w Polsce B, w dodatku w ruinie, mnie nie powstrzyma! Taka siła we mnie tkwi i samozaparcie!
Wyjechaliśmy w tę podróż na koniec Polski z pewnym wyprzedzeniem, by po drodze, przy okazji pozałatwiać różne sprawy. Najpierw zaskoczyła nas zima. Znienacka napadła na nas i na innych użytkowników drogi. My mieliśmy więcej szczęścia, bo jechaliśmy na koniec Polski. Ci co próbowali po świętach wyjechać na koniec świata przez Wrocław do Niemiec mieli gorzej, bo było ich tylu, że utknęli w korkach na autostradzie, z letnimi oponami i w kompletnej zadymie. Takie coś widziałam w Polsce pierwszy raz w życiu. Na szczęście na sąsiednim pasie. To znaczy widziałam niewiele, bo właściwie nikt nic nie widział, tak lało, wiało. Tylko sznur świateł nieprzerwany przez 20 kilometrów. Robi wrażenie. Jakoś dojechaliśmy bez przeszkód do celu, mimo letnich opon i niesprawnej ręki kierowcy.
Postanowiliśmy przenocować w hotelu na trasie. Hotel znaleźliśmy przez popularną wyszukiwarkę. My mieliśmy wszystkie potwierdzenia, panienka w recepcji nie miała nic. Za to w oczach miała przerażenie, więc natychmiast udała się na zaplecze po kierowniczkę. Kierowniczka – pani w wieku dojrzałym, z włosem  w poświątecznym nieładzie, o kolorze mocnej rudości z pasemkami czerwonymi wyszła po chwili i spojrzała niechętnie. Już podczas pierwszej próby wyjaśnienia nieporozumienia miałam wrażenie, że włosy sztywnieją jej z każdą chwilą bardziej i sterczą bardziej  we wszystkie strony świata. Przy czym tych stron jest znacznie więcej niż cztery.  Wyglądała, jakby miała na głowie hełm z kolcami. Albo skorupę od kasztana. Tylko rudą. Nie mogłam oderwać oczu od tego uzbrojenia, bo była to jakaś fenomenalna zemsta stylisty i pewnie dlatego straciłam czujność wpatrzona w ten cud kosmetyczno-technologiczny. Gdzieś tam między etapem zadziwienia, a etapem zwątpienia w to co widzę, dotarło do mnie, że mimo, iż pani ma wszystko zajęte, to jednak coś dla nas znajdzie. Mąż zapłacił, zabrał klucz i poszliśmy do pokoju. Niezwykły widok kolczastej głowy został pod powiekami.
Pokój był z trzema łóżkami i łazienką, a jedyne czego mu brakowało, to przyjemnego ciepła. Mnie zabrakło rozumu, by natychmiast wrócić do właścicielki sterczących kosmyków i oddać jej klucz, a następnie uciekać w tę wiosenną zimę na dworze i śniegi puszyste zdobiące nieśmiałą zieleń na drzewach.
W zamian odkręciliśmy kaloryfer i z nadzieją na nagrzanie pokoju, poszliśmy coś zjeść i zobaczyć rynek miasteczka.

Wróciliśmy po dwóch godzinach.
W pokoju było tak samo zimno. I wtedy mój schorowany mąż zarządził poszukiwanie grzejnika, albo odwrót z hotelu. Determinacja była spora, bo jego bark (uznany nawet przez ZUS!) nie lubi zimna.
Zeszliśmy do recepcji. Dzieweczka po naszej prośbie o grzejnik, ze śmiercią w oczach zawołała kolczastą kierowniczkę. Ta wyszła z zaplecza, a uśmiech tężał na jej twarzy, jak ja, na tym wiosennym mrozie za oknem lub w chłodzie pokoju. Pierwsze zwarcie - prośba o grzejnik - skończyło się wspólnym galopem po schodach do pokoju. Kolczasta leciała, jak młódka, ale ja nie byłam nic gorsza. Poza tym miałam klucz, więc psychicznie byłam do przodu.
Wpadła do pokoju z impetem i przecisnęła do kaloryfera umiejętnie schowanego za szafą i łóżkiem.
- Odkręcony – powiedziała żałośnie
- Na maksa – dodałam z lubością przeżywając kolejne zwycięstwo w tej wojnie z nieuczesaną.
A w łazience nie ma kaloryfera wcale – dodałam z satysfakcją, bo nic tak nie cieszy, jak racja po mojej stronie.

- Nie ma – odrzekła i schyliła głowę z rudymi kolcami.
- A jakiś dodatkowy grzejnik Pani  ma? – włączył się mój małżonek
- Nie mam – odparła, a na twarzy miała już tylko zajadłość.
- No to my rezygnujemy z tego pokoju – powiedział mąż i na te słowa czerwono rude kolczaste dziwo rzuciło się do drzwi i w zawrotnym tempie uciekło.

Zebraliśmy nasze podręczne bagaże i udaliśmy się do recepcji.
Tym razem za kontuarem stała sama kierowniczka i jej kolce. Ponieważ wzrost miała raczej niewielki, a kontuar był z tych solidnych, co to umiejętnie oddzieli, schowa a w razie konieczności będzie murem fortyfikacyjnym, zza blatu wystawała tylko kolczasta głowa z tymi czółkami rudo-czerwonymi. I gdyby nie ta niespodziewana zima za oknem, noc, bark i brak perspektywy, to pewnie z zachwytu dla tego widoku zostałabym w tym hotelu, trwając w bezruchu, żeby nie spłoszyć tego zwierzoczłekoupiora.
Zaraz po tym, gdy Pani stanowczo stwierdziła, że zrezygnować możemy, ale kasy nam nie odda, bo „się nie da!” nastąpiła wymiana ciosów kolczastej głowy i mojego męża! A ja trwałam w drugiej linii, w bezruchu, obwieszona torbami, jak przesiedleńcy, bo mąż ze względu na bark może się obwiesić jednostronnie. A w zdrowej ręce miał portfel i nim machał. Pani machała obiema, potrząsała kolcami i rzucała gniewne spojrzenia. Brzydkich wyrazów nie używali, ale nawzajem wysyłali sygnały rozmaite, mające uzmysłowić przeciwnikowi, że jest niekompetentnym idiot(k)ą i nie wie, że się (nie) da! Każde z nich wykonywało szereg nerwowych ruchów po swojej stronie kontuaru. Przypominali dwa szykujące się do wojny koguty, przy czym ona bardziej ze względu na kolory. I wzrost.
I do tego momentu wszystko było mi znane i bliskie (z wyjątkiem kolców), a potem nagle nastąpił zwrot akcji i Pani zaproponowała zwrot kasy, ale bez VAT-u. Mąż się zgodził i kiedy już, już wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały pojednanie stron, Pani kładąc pieniądze na ladzie powiedziała mściwie:
- Nie takie numery tu widziałam! Nie Pan jeden bierze pokój na godziny!
I tu nas rozwaliła kompletnie.
Mąż zaniemówił, a ja aż wciągnęłam powietrze z gwizdem i opuściłam torby!
No bo trzeba mieć chyba kolce w mózgu, żeby wpaść na taki koncept!

Co ja niby w tej zimnej norze miałabym robić, z tym chromym jednorękim? W dodatku własnym mężem od bardzo dawna? I dlaczego miałabym jechać w tym celu na drugi koniec Polski? No i jeszcze pomyślałam sobie o swoim i męża peselu.
I najpierw chciałam się oburzyć….Ale po chwili uznałam, że oto usłyszeliśmy jeden z większych komplementów. Oboje! Każdy trochę inny, ale w obu przypadkach budujący.
Oto mój mąż objawił się w świetle tej wypowiedzi jako sprawny i operatywny kochanek.
A ja stałam się nagle na tyle atrakcyjną kobietą, żeby z mojego powodu doszło do takich zdarzeń, jak wynajęcie pokoju na godziny i oszwabienie kolczastej!

No i czy nie po to jeździ się do wód, by się odmłodzić?
Proszę, jaki cudowny efekt!
I to w tak  krótkim czasie!

Polska to kraj cudów.
Czytaj więcej »

Kot metodyk

13:23
Kiedy dawno temu zaczynałam pracę w charakterze doradcy metodycznego (dla niewtajemniczonych: to osoba, która wspiera innych nauczycieli tego samego przedmiotu, w skutecznym osiąganiu założonych celów dydaktycznych) wśród pracowników Wojewódzkiego Ośrodka Metodycznego krążył żart o kocie metodyku. Otóż pewnego marcowego wieczoru młody kocurek wybierał się na łajdaczkę i bardzo chciał się złajdaczyć skutecznie i wielokrotnie ze wszystkim chętnymi do współłajdaczenia się kotkami. Kiedy już wyszedł z domu ze zdziwieniem zauważył, że idzie za nim stary kocur.
Przystanął, odwrócił się i pyta kocura:
- A ty dokąd? Przecież już nie możesz się łajdaczyć?
- Móc, to może nie mogę, ale popatrzeć i doradzić zawsze! – odpowiedziało kocisko, jak rasowy metodyk.

Z tamtych lat został mi nawyk podglądania warsztatu pedagogicznego innych ludzi i czerpania przyjemności, kiedy zdarzy mi się podejrzeć prawdziwego mistrza czy mistrzynię. Dlatego z wielkim zapałem udałam się na pierwsze spotkanie „Chóru Dziadów i Bab”.
Idea tego chóru – praca z seniorami - jest bliska memu społecznikowskiemu sercu, jak żadna inna. Jednak zanim się zapisałam z tyłu głowy pojawiły się wątpliwości - czy ja na pewno powinnam śpiewać w chórze? w Operze? jakieś granice przyzwoitości w ocenie swoich możliwości powinnam chyba mieć? Szczęśliwie wszystkie pokonał kot metodyk siedzący we mnie od dawna. Pewnie, gdyby nie nazwa tego chóru, to bym się wycofała. Ale kiedy ktoś ma odwagę tak nazwać chór, to znaczy, że jest to człowiek, którego warto zobaczyć w pracy. Pobiegłam
Było warto!
Mimo ulewnego deszczu i pogody, jak z angielskich kryminałów, mimo przedświątecznego tygodnia, Sala Drawicza w Operze Poznańskiej była wypełniona po brzegi. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Już tylko na ten widok serce rosło i upewniałam się w przekonaniu, że seniorzy szukają aktywności. A potem przyszedł Grzegorz Wierus dyrygent Teatru Wielkiego w Poznaniu i wszystko stało się jasne. Zrobiło się natychmiast jeszcze sympatyczniej, muzycznie, swojsko i pracowicie. Siedziałam i podziwiałam talent tego człowieka. Nigdy bym nie uwierzyła, że próba chóru (o ile  można nazwać chórem zebraną dosłownie z ulicy grupę ludzi w wieku mocno dojrzałym!) może być tak ciekawym i jednocześnie inspirującym przeżyciem. Energia pana Grzegorza Wierusa, jego zapał i dar komunikacji, dystans do siebie i zdolność mobilizowania ludzi do wysiłku spowodowały, że trwałam w zachwycie, a stare kocisko we mnie, aż mruczało z zadowolenia. Talent muzyczny w przypadku dyrygenta jest oczywisty, ale tego jak Grzegorz Wierus pracuje z seniorami, to mogliby się od niego uczyć wszyscy, którzy zabierają się za tę trudną pracę.
Nie nudził, nie gwiazdorzył, nie mizdrzył się  i nie obiecywał – czyli umiejętnie omijał rafy, na które wpadali prowadzący,  z którymi miałam dotychczas okazje pracować na zajęciach jako uczestniczka-seniorka. Maestro przyszedł, przywitał, rozciągnął zebranych, wytłumaczył, zachęcił, pokazał, rozruszał i rozśpiewał. W tajemniczy sposób obudził energię tkwiącą w ludziach, którzy przyjęli jego zaproszenie. Śpiewaliśmy  trudny kawałek pod bardzo znaczącym tytułem „Czeka nas uciech moc” ( z „Zemsty nietoperza”), co w przypadku seniorów wydawać by się mogło mało przekonujące  (bo co ich czeka, to już oni dobrze wiedzą), ale  pod dyrekcją Grzegorza Wierusa ma szanse zabrzmieć mimo wszystko, jak nadzieja na uciechy. Dla mnie – kompletnego laika muzycznego, ale z ogromną naturalną potrzebą śpiewania i nieodkrytymi pokładami możliwości  w tej dziedzinie - efekty pracy z naszą grupą były niezwykłe. Najważniejsze było jednak to, że wszyscy ludzie po zajęciach wychodzili z uśmiechem na twarzy.

Zobaczyć jednocześnie prawie setkę uśmiechniętych seniorów w Poznaniu – myślałam, że to niemożliwe. A jednak.
Piszę o tym wydarzeniu  z kilku powodów. Po pierwsze: uważam, że  koniecznie trzeba mówić głośno, kiedy dzieje się coś dobrego. A w tym przypadku mamy nie tylko świetny pomysł, ale także znakomite wykonanie i wyjątkowo dobrą społeczną robotę.
Po drugie: za wszelką cenę trzeba pokazywać dobre wzorce pracy z seniorami, bo bardzo potrzebujemy w naszym starzejącym się społeczeństwie takich inicjatyw, w wykonaniu ludzi z talentem do tej trudnej pracy. Seniorów przybywa, a pomysłów na aktywizowanie tej grupy ciągle zbyt mało.
Po trzecie: nabór do „Chóru Dziadów i Bab” ciągle trwa, więc wysyłajcie swoich bliskich, jeśli lubią śpiewać. Dziadów brakuje szczególnie, ale baby też zostaną ciepło przyjęte.
A po czwarte: namawiam wszystkich, którzy przymierzają się do pracy z grupami seniorów, by poszli i zobaczyli, jak to robi Grzegorz Wierus. Warsztatu pracy najlepiej uczyć się od najlepszych. I wcale nie myślę tu o stronie muzycznej, tylko o warsztacie pracy z grupą ( a ma dużą i głośną). I tu już oczywiście odezwał się mój kot metodyk.

No i wreszcie refleksja na koniec – czego by o mnie nie powiedzieli, nikt mi nie zarzuci, że nie śpiewałam w Operze.
Śpiewałam! I to altem!

A teraz idę poćwiczyć śpiewanie do kuchni, bo idą święta!

Dobrych Świąt życzę!

 

„Chór Dziadów i Bab” ukonstytuował się w zeszłym sezonie artystycznym i zapoczątkowały go zajęcia zatytułowane „Moniuszko w kolorze”. W obecnym sezonie działalność chóru wspiera Stowarzyszenie Kulturalne Pegaz i to ono pozyskało środki, aby chór zaczął działać. Stowarzyszenie jest także patronem Herbatek z Pegazem, które ruszają już 23 kwietnia i na nie też będą zapraszani seniorzy. Będą to spotkania z artystami Teatru Wielkiego w Poznaniu.

Poniżej linki:

http://www.opera.poznan.pl/pl/moniuszko-w-kolorze

https://www.youtube.com/watch?v=6VZ6ncIUhAo

Autorem fotografii jest Michał Leśkiewicz.
Czytaj więcej »