Manifest

10:05
Nie ma dnia, bym nie otarła się o nienawiść, pogardę, lekceważenie.
Konsekwentnie od kilkunastu miesięcy staram się unikać wszechobecnej niechęci wobec drugiego człowieka, ale nie ma co ukrywać – uciec się nie da. Wyłączenie telewizji rządowej nie na wiele się zda, bo zmasowany atak wszystkich na wszystko widać w każdej stacji. Jadem kapie, bryzga i oblepia człowieka. Jad noszę także w sobie, podobnie jak gotowość do konfrontacji  z wrogiem. Ona rośnie wprost proporcjonalnie do przerażenia, gdy myślę o skutkach tego, co obecnie dzieje się w kraju. Jaką cenę zapłacimy za podziały, karmienie niechęci do tych z innego sortu, za lęki i uprzedzenia? Wyobraźni mi nie wystarcza.
Coraz więcej osób, które spotykam na swojej drodze, ma te same obawy. Mówią o tym zwyczajni ludzie, bo podziały pojawiają się w rodzinach, grupach przyjaciół czy wśród sąsiadów. Ludzie wyrzucają siebie nawzajem z Facebooka, ale wyrzucić z życia jest znacznie trudniej. Można się omijać, ale bez końca nie da się tak żyć.

A przecież obecna sytuacja społeczna nie pojawiła się w próżni. Ona się nakłada na „wcześniejsze choroby”, na problemy, z którymi borykamy się jako społeczeństwo od wielu lat. Jednym z wielu jest dość powszechny problem z komunikowaniem się i budowaniem relacji z drugim człowiekiem, często tym najbliższym.  Nie znam rodziny, w której pod dywanem nie byłyby schowane jakieś trudne sprawy. To problemy niszczące lub zatruwające życie moje i moich znajomych lub przyjaciół. Wśród nich są wypierana choroba alkoholowa, uzależnienia od mediów lub gier, unikanie pracy lub pracoholizm, zanikające więzi rodzinne, niszcząca samotność. Tego jest wokół mnie mnóstwo.

W Ameryce człowiek idzie do psychoterapeuty i próbuje problemy rozwiązać. W Polsce wszyscy wiedzą, że do psychoterapeuty idą wariaci i psychole, a w życiu trzeba sobie jakoś radzić. Obejrzałam ostatnio film dokumentalny „Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” Pawła Łozińskiego. To nie jest hit kinowy, ale mnie trzymał w napięciu i bardzo poruszył. Gdybym uczyła, pewnie wykorzystałabym ten materiał na lekcji wychowawczej, by porozmawiać potem z uczniami, jak trudno nam być z najbliższymi. Jak szybko budujemy zasieki i  z jakim trudem je opuszczamy. Jak bardzo utarte frazesy przeszkadzają nam w komunikacji. Jak ważna jest rozmowa i słuchanie z szacunkiem drugiego człowieka. Jaką rolę w tym wszystkim może pełnić terapeuta.

Niestety, już nie uczę, więc film mogę jedynie polecić, jako rodzaj wsparcia wszystkim myślącym osobom, które mają świadomość, że pod ich dywanem śmierdzi i należałoby coś z tym zrobić. Jak pokazuje film, decyzja o psychoterapii łatwa nie jest. Ale pomaga, choć boli.
Film obejrzeć można tu: https://vod.pl/filmy-dokumentalne/nawet-nie-wiesz-jak-bardzo-cie-kocham-online/ppd7jxw

Piszę o nim, bo kiedy myślę, jak będziemy się zbierać po tej społeczno-politycznej masakrze, której dokonujemy obecnie sami na sobie, to rośnie moje przekonanie, że bez pomocy specjalistów nie da się posklejać, naprawić tego, co obecnie jest rujnowane.  
A tymczasem warto zacząć pracować nad zmianą swojego stosunku do psychoterapii i do pracy nad tym, co nam się ułożyło w głowie.

Warto także skorzystać z sugestii zawartych w tekście przygotowanym przez trzy znakomite polskie aktorki Agatę Kuleszę, Izę Kunę i Agatę Buzek i wygłoszonym podczas wręczania „Orłów 2017”
„Wszystkie trzy jesteśmy ambitne i mamy nerwicę. Kulesza jest katoliczką, Kuna jest ateistką, a Buzek jest chuda. Kuna ma dwoje dzieci, Kulesza jedno, a Buzek jest córką premiera. Buzek nie je mięsa, Kuleszy ścięli drzewo i płakała jak nigdy w filmie, a Kuna brzydzi się przyrodą. I mimo tych różnic i tego, że dzisiaj tylko jedna z nas dostała Orła, będziemy nadal pracować, szanować się, sprzeczać i spotykać w domu Agaty Kuleszy. Lubmy się trochę.”

Manifestów w naszym kraju było wiele.
Ten jest wyjątkowo trafny i potrzebny.
Czytaj więcej »

Urwanie głowy….

05:59
... z powodu zerwanej ręki. Życie lubi zaskakiwać. Ręka na szczęście nie moja, ale Małżonka. Okoliczności zerwania tajemnicze, ale jako kobieta oćwiczona przez mężczyzn nie dopytuję. A nuż musiałabym się wściec, zareagować, by dotarło i potem naprawiać to, co sama bym zepsuła własnym dociekaniem? Wtedy zamiast urwania głowy, miałabym jeszcze koniec świata. A ponieważ lubię spokój, to już pozostanę przy urwaniu.
Rękę lewą zepsuł sobie Pan Mąż we wrześniu. W październiku dowiedział się, że czeka go operacja. „Trzeba doczepić klamrami oderwane od główki ścięgna, bo jak nie to ręka zwiotczeje, zrobi się żółta i zwiśnie sobie” – to mniej więcej powiedział uczony doktor, pokazując jednocześnie esy floresy na ekranie monitora. Już sama myśl, że ręka zrobi się żółta i zwiśnie sobie zrobiła na mnie wrażenie. Klamry pobudziły wyobraźnię mojego Męża. Cena za tę przyjemność powaliła nas oboje. NFZ wykazał zrozumienie dla tej sytuacji i wpisano Małżonka i jego rękę na zabieg operacyjny na rok 2021. W tym czasie ręka zdążyłaby zwisnąć kilkakrotnie i nieodwracalnie, bo proces chorobowy zupełnie nie rozumie list i terminów NFZ. No to cóż było robić? Trzeba było podjąć decyzję, by ratować lewą rękę, bo brak sprawnej lewicy mści się okrutnie.
Termin operacji był przekładany wielokrotnie, bo ciągle było coś. A to wyjazd wcześniej zaplanowany, a to międzynarodowa konferencja i brak zespołu lekarzy, a to grypa i wiruchy, na końcu wyniki nie takie. Zdążyłam się już przyzwyczaić do stanu oczekiwania. Oswoiliśmy sobie tę operację, tak jakby to miał być faktycznie drobny zabieg. I nagle po półrocznym oczekiwaniu bach – do szpitala, na stół i po kilkunastogodzinnym pobycie w szpitalu wypad do domu.
Czyli – pod opiekę żony.

I teraz mogę napisać dlaczego postanowiłam o tym opowiedzieć. Bo tak naprawdę ten post nie jest wcale o ręce, tylko o roli kobiet w życiu. I jest o doświadczeniu wielu z nas, kiedy w tych wszystkich rolach, do których nikt nas nie przygotowuje, musimy się jakoś odnaleźć.
W zakresie opieki zdrowotnej nad pacjentem  poszpitalnym to ja najlepiej wypadam w roli tej , która dzwoni po pogotowie. Mam opanowane do bólu. Jeszcze dolatywanie do apteki mi wychodzi i przynoszenie zapisanych leków. Smarowanie jakoś opanowałam, ścielenie łóżek i terapeutyczne rozmowy z chorym też. Ale już nadzór nad ćwiczeniami rehabilitacyjnymi, ubieranie jednorękich i pomoc przy toalecie sprawia mi pewien kłopot. A przecież to tylko lewa ręka.
Iniekcje wywołują u mnie stan miękkości nóg i ogólną niemoc. A lęk przed ewentualnymi powikłaniami ściska mi trzewia. W pierwszą noc po operacji ręka wysunęła się  z ortezy i mąż… nie mógł jej znaleźć. Opowiedział mi o tej przygodzie, gdy przyszłam po niego do szpitala. Umarłam w środku ze strachu i wydusiłam  z siebie tylko „wolałabym, żeby ją przyszyli na stałe”  



Teraz co 10 minut sprawdzam, czy ma podpartą i zabezpieczoną. Głupio byłoby, gdyby po tych wszystkich wyrzeczeniach, trudach i kosztach postanowiła żyć własnym życiem. Mam o tyle ułatwione zadanie, że operowana ręka jest po zabiegu pomalowana na wściekły pomarańczowy. Trudno pomylić. Kolor chyba nawiązuje do zapowiadanego żółtego. Takie swoiste memento po wyczyszczeniu portfela. Ale to tylko moje domysły.
Rola pielęgniarki to generalnie nie moja bajka. Ale czy ktoś mnie pyta?

Tymczasem zewsząd płyną wyrazy współczucia dla chorego, bo Fb wszystkich łączy, a mąż poinformował o swoim stanie. Płyną też dobre rady w rodzaju, że w przypadku bólu leczyć się należy tylko dobrą whisky lub wcale nie przejmować się tym, co mówią lekarze. Wytargałabym za czuprynę, o ile nadawcy tych komunikatów mają takową. I pogratulowała poczucia humoru.
Przeczytałam w uczonych materiałach, że tylko 10% kobiet po sześćdziesiątce jest aktywna zawodowo lub społecznie. Pozostałe zajmują się wnukami, opieką nad najbliższymi lub …codziennością.
Ponieważ okrągła rocznica urodzin za pasem, mogę o sobie powiedzieć, używając popularnego zwrotu - jestem w mainstream-ie.

Pytanie, jak to pogodzić z własną wolą i marzeniami?
Czytaj więcej »

Mnie dwie

12:42

Obudziłam się około 7 rano z brakiem myśli. Nic mną w nocy nie targało, nie kazało wstawać, nie przepędzało snu. Głowa spała. Do siódmej. Kilka sekund później przez mózg przeleciała myśl: „To dzisiaj! Jezu!”. Potem pojawił się znany skurcz trzewi i głębokie przekonanie, że znowu się wpakowałam.
Przy myciu zębów udało mi się zmobilizować na tyle, by zmusić mojego lenia do współpracy z tą bardziej pracowitą częścią mnie i wreszcie dopracować tekst tego, co chcę powiedzieć na Placu Wolności w Poznaniu do tłumów, które przyjdą na Ogólnopolski Strajk Kobiet. Powiedzieć chcę wszystko. Ale mam tylko 5 minut. Odbiło mi chyba, kiedy się zgodziłam. Odbiło na pewno. Żadne chyba. Jezu.
O dziewiątej siadamy do biurka ja, czyli mnie-dwie i pies Belka. Belka obserwuje Antoninek przez okno, ja staram się zebrać myśli i je uporządkować. Staram się już trzeci dzień, bo mnie-dwie nie współpracują. Jedna mnoży pomysły, druga odwraca uwagę. A przecież muszę to zrobić porządnie, bo to wielka okazja, by poruszyć kobiety i pokazać im problem, który wymaga naszej wspólnej uwagi i czynu. I wiem dobrze, że tylko gdy sobie wszystko uporządkuję i będę przygotowana, to dam radę wyjść, wystać przed tym tłumem i powiedzieć, co należy.

O dziesiątej dzwoni przyjaciółka i melduje, że jedzie do lekarza, bo jest chora. Nie przyjedzie na strajk. Pyta, o czym będę mówiła, ale nie jest specjalnie zainteresowana. Wiadomo – chora. O jedenastej rozmawiam z siostrą. „Ty to umiesz sobie zapewnić wyzwania” słyszę w ramach programu rodzinnego wsparcia liderów. O czwartej zadzwoni mąż z drugiego końca kraju, by mi powiedzieć, że trzyma kciuki. I że sama chciałam, no to mam. Wpisał się chłop w konwencję.

O drugiej mam swój schemat wystąpienia. Mogę iść. Najwyżej umrę.
O trzeciej marzę o zawale, złamaniu nogi albo innym honorowym sposobie ucieczki. Nic się nie dzieje.
O 16.20 zmuszam się, by wysiąść z tramwaju pełnego kobiet w czarnych płaszczach i sztywna ze strachu idę na Plac Wolności. Widzę tłum.  Wchodzę na scenę i witam się z innymi dziewczynami, które także mają wystąpić. Wszystkie zamiast dzień dobry informują, jak się boją i jakie mają objawy tremy. Tymczasem organizatorki zaczynają prowadzić manifestację. Są świetne w tym, co robią. Przygotowane, kompetentne i energiczne. Rozgrzewają tłum, a ten zaczyna żyć.  Potem mówi Marta – Pełnomocniczka Prezydenta ds. przeciwdziałania wykluczeniom społecznym. Mam suchość w gardle i śmierć w oczach. Ale słucham i patrzę na ludzi. Reagują, to dobrze. Po Marcie Mazurek zaplanowano wystąpienie Joanny Jaśkowiak Pierwszej Damy Wolnego Miasta Poznań. Mam być trzecia. To wielki zaszczyt dla mnie. Stoję już w blokach startowych, jak zawodnik na zawodach. Moje ja odważne i pakujące się w kłopoty spokojnie słucha przedmówczyni, bo może trzeba będzie nawiązać. Moje ja strachliwe zrezygnowane weszło w nogi i próbuje je sparaliżować. Z sukcesem.

I wtedy Joanna Jaśkowiak mówi, że jest wkurwiona.
Tłum szaleje, a ja odzyskuję swoją siłę i spokój. Jasne komunikaty w postaci tzw. brzydkich wyrazów rozładowują napięcie. Moje na pewno.
Kiedy Joanna Jaśkowiak schodzi ze sceny, idę  do mikrofonu. Mam kartkę ze schematem, ale mówię z głowy. Patrzę na tłum i widzę, że mówię do słuchających ludzi. To wielkie osiągnięcie i wielka wartość. Nie wiem ilu ich jest, ale tłum robi wrażenie. Dobrze, że mi się ten tłum nie przyśnił, bo pewnie jednak umarłabym ze strachu. A tak tylko ręce mi się trzęsą z emocji. Ale przecież rękami nie mówię i mogę się uspokoić, gdy ludzie sami z siebie klaszczą. Myślimy podobnie, to pomaga.  Mówię to, co zaplanowałam i schodzę o własnych siłach.

Nie umarłam.
Potem odbieram gratulacje i mogę już całkiem spokojnie podziwiać energię kobiet, ich profesjonalne podejście do wykonywanych zadań, ich przebojowość i determinację. Moje ja liderskie wie, że wykonało zadanie. I już nie pamięta, że rano pytało siebie, czy „ja zawsze muszę ”. Sycę je energią tego tłumu, karmię poczuciem solidarności i wspólnoty.
Mam serce przepełnione dumą i radością, bo w tłumie mnóstwo moich znajomych - kobiet i ich mężczyzn. W to Święto Kobiet mężczyźni są tłem. Nawet Prezydent Miasta jest dzisiaj tylko mężem swojej żony.
O 18 wsiadam do tramwaju i jadę do domu. Obok mnie siedzi dziewczyna w czarnej kurtce, a na rękawie ma przylepioną nalepkę z wierszykiem:

Kto ty jesteś?
-Wściekła Polka!
Jaki znak twój?
-Parasolka!

Pozwala mi zrobić zdjęcie.

Drogę z tramwaju do domu odmierza mi rytm piosenki podsłuchanej na strajku, którą sobie nucę:

Szydło !Niestety!
Ten rząd obalą kobiety!

Takie to było moje Święto Kobiet!
Niezwykłe.
Czyli takie, na jakie zasługujemy.
Czytaj więcej »

Podejrzane w szatni

13:46

Trzy razy w tygodniu siedzę na tej ławeczce w Termach Maltańskich. Siedzę i czekam na jedną z koleżanek, z którą wracam do domu po ćwiczeniach na basenie. Koleżanki zmieniają się zgodnie z rytmem dni tygodnia. Niezmienna jestem ja i ławeczka. I czekanie, bo mi jakoś to ubieranie idzie szybciej. Nigdy nie narzekam, bo ławeczka i czekanie na niej pozwalają się przyglądać ludziom. A to bardzo ciekawe i pouczające zajęcie.
We wtorek usiadłam jak zwykle w miejscu, z którego dobrze widać podchodzących do punktu rozliczenia czasu. Ledwie usiadłam i spojrzałam w kierunku, gdzie wkrótce powinna wyłonić się moja koleżanka, zobaczyłam mamę z dwójką chłopców. Młodszy właśnie śmignął pod barierką i szybko usiadł koło mnie. Zaraz po nim  zajął miejsce jego trochę starszy brat. Obydwaj chłopcy chodzili do przedszkola, ale starszy już chyba kończył ten etap. Mama przyklękła przed nimi na podłodze i zanurkowała w przepastnej torbie. Najpierw wyjęła pudełko z kanapkami i obdzieliła synów, negocjując z nimi stanowisko w kwestii szynki w kanapkach. Potem wyjęła skarpetki i buty po czym rozpoczęła żmudny proces ubierania czterech chłopięcych stópek. Nóżki nie współpracowały, za to mama wiążąc sznurowadła, odpowiadała cierpliwie na różne istotne pytania dotyczące otoczenia. Potem chłopcy zdecydowanie zażądali picia, a mama z torby wyjęła dwie butelki i każdemu otworzyła butelkę oraz podała do rączki.
Następnie ubrała chłopców w szaliki, czapki i kurtki (każdego oddzielnie) mocując się z rękawami, zamkami i guzikami oraz brakiem zainteresowania swoich synów procesem ubierania. Na końcu pospiesznie uzupełniła własną garderobę i uprzejmie poprosiła mnie o opiekę  nad malcami, a sama udała się pięć metrów dalej do kasownika, by opłacić parking i wywieźć chłopaków do domu.
Od samego patrzenia na jej wysiłki poczułam się zmęczona. Łatwo nie ma – pomyślałam sobie. Ale na szczęście zauważyłam wyczekiwaną koleżankę ubraną i gotową do wyjścia.
Wyszłam.

W czwartek na mojej ławeczce siedziała dziewczynka w wieku przedszkolnym. Usiadłam obok i kiedy zaczęłam się zastanawiać, czy nie zainteresować się samotnym dzieckiem siedzącym samotnie, otworzyły się drzwi toalety damskiej i wyszedł z niej mężczyzna z małą dziewczynką. Podeszli do mojej ławki. To był tato i młodsza siostra siedzącej dziewczynki. Dziewczynki były mniej więcej w tym samym wieku, co chłopcy spotkani we wtorek. Tato stanął i wsadził ręce do kieszeni i oznajmił: fałszywy alarm. A dziewczynki rzuciły się do swoich plecaków, by się ubrać. Tato stał niewzruszony i kontrolował otoczenie.

W trakcie ubierania starsza powiedziała, że jest głodna.
- Jedziemy do domu, to chyba będzie jakaś kolacja – odpowiedział ojciec trwający w bezruchu.
- A kupisz nam lody? – dopytała starsza córka próbując zapiąć guziki kurtki
- Lody mogę kupić, chociaż to nie jedzenie!
- Zimne lody, zimne lody – powtarzała młodsza, wciskając lewą nogę do prawego buta. Tato pochylił się przestawił buty, po czym wrócił do pionu i znowu wsadził ręce do kieszeni kurtki. Starsza zawiązała sznurowadła siostrze. Kiedy skończyła, odwrócił się i rzucił w przestrzeń – idziemy!
Obie dziewczynki potulnie ruszyły za tatą ciągnąc po podłodze swoje plecaki, ale młodsza nagle zorientowała się, że nie ma rękawiczek. I głośno się ich domagała!
W kieszeni masz – rzucił ojciec przez ramię i szedł dalej. Wtedy głośny rozpaczliwy płacz przedarł się przez gwar holu. Ojciec stanął, odwrócił się i spoglądając z góry, powtórzył:
- W KIESZENI! No Basiu! Kto ma ci ich szukać?
I poszli na parking.

Dwa bardzo różne modele wychowawcze. Po spotkaniu z mamą i jej synami myślałam o jej poświęceniu, staraniach i umęczeniu. Po obserwacji ojca i córek zaczęłam się zastanawiać, czy jednak usłużna mama nie robi krzywdy swoim synom i ich przyszłym partnerkom. Bo przecież wzorce zachowań i wynikające z nich oczekiwania przekazujemy dzieciom właśnie w takich drobnych życiowych sytuacjach.  Mama na kolanach i siedzący obsługiwani przez nią synowie. Tatuś angażujący się tak, by się nie zaangażować i od początku uczone samodzielności dziewczynki.

Przyglądałam się tym scenom z uwagą, mając w głowie skłębione myśli w związku ze zbliżającym się świętem kobiet i planowanymi protestami. Oczywiście pójdę, bo protestuję. Jestem oburzona traktowaniem kobiet, poniżaniem, ograniczaniem ich praw do samodecydowania, gorszym uposażeniem, szklanym sufitem i tysiącem innych drobnych rzeczy, które mnie wkurzają od zawsze.

Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że w pewnym sensie jesteśmy współodpowiedzialne za kobiecy los. Ani chłopcy, ani tato córek z księżyca nie spadli.
Mama jest tą kobietą, która uczy ról społecznych.

Przy nadopiekuńczych matkach łatwiej kobietom nie będzie.
Jeszcze przez wiele kolejnych pokoleń.

 
Czytaj więcej »

Dopóki nas widać i słychać

05:14

Wojny napoleońskie, tsunami i trzęsienia ziemi – do tego porównywałabym wszechobecną grypę. Dwa tygodnie w łóżku, potem jeszcze tydzień rekonwalescencji i ciągle daleko do formy sprzed infekcji. A tu żyć trzeba! I nie ma się kogo zapytać „Jak żyć?”, bo we władzach żadnego wsparcia, tylko źródło nieustannego stresu. Jeszcze by mi nie daj Boże ktoś odpowiedział i od tej rady padłabym porażona nowoodkrytą prawdą.
To ja już na wszelki wypadek nie zadaję głupich pytań, tylko metodą prób i błędów spróbuję pożyć jeszcze trochę.
Grypa pokrzyżowała wszystkie nasze plany. Po pierwsze wypadła z rozpiski opieka nad Mężem, który miał mieć w tym czasie skomplikowaną operację barku, a następnie unieruchomiony, miał być zdany całkowicie na moją łaskę i niełaskę. Jako wyjątkowa żona postanowiłam  na czas jego ograniczeń i niepełnosprawności służyć mu pomocą i własną prawą ręką wykonywać te czynności, których jego prawa ręka nie wykona. W tym celu zaplanowałam sobie tydzień domowy, tymczasem dwa dni po mnie Mąż zapadł na „moją” grypę i tym samym wypadł z rozpiski w szpitalu. Ale mieliśmy za to spokojny tydzień na chorowanie. Gorzej, że operacja barku ciągle wisi nad nami, a mnie powoli kończy się gotowość, do bycia protezą, bo ile można czekać?
Tymczasem ten czas zatrzymania miał także swoje dobre strony. Po pierwsze zyskałam dozgonną wdzięczność osób, którym zabroniłam się odwiedzać. Tym samym uratowałam ich przed okrutną konfrontacją ze słabością własnej  cielesności i siłą nowoczesnych wirusów.  Po drugie wyposzczona ze zdwojoną siłą rzuciłam się w wir spraw, które angażują moją uwagę i którymi się zajmuję. Naoglądałam się w czasie choroby telewizyjnych reklam, z których wynika jasny przekaz, że ludzie w moim wieku powinni właściwie od rana do wieczora jeść różnego rodzaju preparaty, by zachować zdrowie i kondycję. O konieczności zmiany nawyków, potrzebie aktywności fizycznej, intelektualnej i społecznej w reklamach się nic nie mówi. Takie prawo marketingowej papki. Za to sprzedaje się obrazki całkowicie nieprawdziwe – ładnie ubranych starszych ludzi, otoczonych innymi ludźmi lub wnukami, aktywnych i pełnych życia, uśmiechniętych i szczęśliwych. A prawda o polskiej starości jest zupełnie inna. Potrzebujemy jako społeczeństwo edukacji dla starzenia się. I wcale nie może ona dotyczyć tylko medykamentów, czy nawet diety i fizyczności. Raczej skupiałabym się na elementach społecznych, czyli jak żyć , by do starości donieść, a potem (przy niekorzystnych warunkach zewnętrznych!) długo zachować aktywność społeczną – czyli chcieć wyjść z domu, zaangażować się, mieć pasje i dzielić się zainteresowaniami, szukać i poznawać nowych ludzi. To wbrew pozorom rewolucja społeczna. A czasu na nią,  jak na lekarstwo, bo lawinowo rośnie liczba starych ludzi, żyjemy coraz dłużej a infrastruktura dla odpowiedniej opieki zdrowotnej oraz aktywności osób w wieku dojrzałym praktycznie nie istnieje.
W dodatku mało kto upomina się o potrzebne zmiany. Ludzie powyżej sześćdziesiątego roku życia są już niewidoczni dla społeczeństwa i z przyczyn naturalnych tracą siłę oddziaływania. A młodsi całą siłą skupiają się na wypieraniu refleksji o własnej dojrzałości i nieuchronnym zbliżaniu się do kolejnych cezur. Tymczasem „Jeśli sam (człowiek po sześćdziesiątce!) nie zatroszczy się o siebie, inni jego potrzeb nie dostrzegą. Żyjemy coraz bardziej posegregowani wiekowo” GW. 24.02.2017 „Czy w Polsce starość jest trudniejsza”. W ubiegłym tygodniu spotkałam się z grupą osób aktywnych i pełniących różne ważne społeczne funkcje. Wszyscy należeliśmy do tego samego pokolenia, więc daty urodzenia były zbliżone. Spotkanie dotyczyło koncepcji utworzenia nowoczesnego miejsca spotkań i rozwoju seniorów. Choć wszyscy uczestnicy spotkania byli przekonani o słuszności idei, to z grupy osób aktywnych zawodowo wyraźnie słychać było przekaz „ja nie czuję się seniorem”.

No właśnie! Pytanie, czy trzeba czuć się seniorem, by uruchomić wyobraźnię i pomyśleć o tym, jak szybko działa mechanizm wykluczenia społecznego. Jak stosunkowo łatwo i bezboleśnie w praktyce robi się z ludzi więźniów czwartego piętra,  niewolników kanapy i pilota, armię niewidzialnych?
W cytowanym artykule zawarto informację, że w międzynarodowym badaniu jakości życia starszych osób Polska zajęła 32. miejsce na 96 krajów ujętych w rankingu. Przed nami 16 krajów unijnych w tym także Czechy i Słowenia. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeśli my jesteśmy na pozycji 32. to w kraju z ostatniego miejsca na tej liście starych ludzi się chyba komisyjnie likwiduje.
Do sześćdziesiątki zostało mi jeszcze kilka miesięcy. Więc walczę, bo jeśli statystyczna Polka żyje 82 lata to przede mną ponad dwadzieścia lat udręki. Bez zaplecza dla mojej potrzeby aktywności, bez należytej opieki zdrowotnej i bez córki, na którą spadłby zwyczajowo obowiązek opieki nade mną, to ja się tutaj zamęczę.
O tych sprawach będzie także mowa na Kongresie Kobiet w Poznaniu we wrześniu tego roku.
Wczoraj, na spotkaniu w Urzędzie Miasta w Poznaniu inicjującym prace Kongresu, zgłosiłam postulat tematyki poświęconej sprawom senioralnym i na pewno zaangażuję się w organizację tych obszarów.

Bo tak trzeba.
I już.
Czytaj więcej »

Walentynki i wiruchy

08:56
W Walentynki miałam grypę. Ani Walentynek, ani grypy dotychczas nie traktowałam zbyt poważnie. Może dlatego, że nigdy jakoś ich nie łączyłam. I dopiero doświadczenie minionego tygodnia uświadomiło mi, jak bardzo się myliłam.
Wirusem grypy poczęstowała mnie konkretna osoba. Rozwijał się w moim organizmie prawidłowo i po cichu, a ja stara kretynka, żadnego z sygnałów nie potraktowałam z należytą powagą. To znaczy - i tak nie wiem, co mogłabym w tej konkretnej sytuacji zrobić, ale zlekceważenie niewinnych pierwszych sygnałów organizmu, to chyba nie był dobry pomysł. W piątek poczułam się na tyle kiepsko, że odwołałam poranne spotkanie w sprawie nowego projektu. W kalendarzu został tylko zamówiony miesiąc wcześniej fryzjer i spotkanie z przyjaciółką po wypadku. U fryzjera jeszcze dawałam radę, ale na spotkaniu miałam wrażenie, że siedzę w lodówce i w dodatku w hełmofonie. A  w mojej świeżo ostrzyżonej głowie tylko "Szumy, zlepy, ciągi"…. Łeb bolał, szumiało, myśl się nie kleiła i rosło poczucie rozbicia.
Ostatkiem sił wróciłam do domu szczękając całą drogę zębami. Jakoś doszłam i zległam na pierwszej z brzegu kanapie. Tak znalazł mnie mój Mąż. Z troską pochylił się nad moimi prawie zwłokami, proponując, bym jednak odwołała kolację dla znajomych zaproszonych na sobotni wieczór, bo chyba nie dam rady jej przygotować. Odwołałam. Potem jakimś nadludzkim wysiłkiem pokonałam schody i położyłam się do łóżka na poduszce elektrycznej, bo było mi tak zimno, jakbym siedziała goła na lodowcu. Wkrótce poduszkę mogłam wyłączyć, bo miałam już własną wysoką gorączkę i spokojnie zapadłam w otępieńcze trwanie, w którym świat zewnętrzny przestał istnieć, a ja byłam tylko bólem głowy, mięśni i stawów.
Tak przeżyłam sobotę i niedzielę. W nielicznych momentach trzeźwienia próbowałam oglądać filmy (czytać się nie dało ze względu ból gałek ocznych i łzawienie) i jakoś tak dziwnie się składało, że głównie oglądałam bloki reklamowe. Przede wszystkim leków na grypę i przeziębienie. Wszystkie miały jeden przekaz – nie przejmuj się grypą i przeziębieniem! Weź preparat „x” i żyj, tak jak lubisz. Wspinaj się, idź do pracy, leć samolotem – w tym obszarze jest w tych reklamowych propozycjach duża rozpiętość.
Pomyślałam sobie, że skala społecznego świństwa, jaką czynią te reklamy jest niewyobrażalna. Bo przecież mnie poczęstowała bardzo konkretna osoba, która najprawdopodobniej uwierzyła w ten durny przekaz. Zamiast położyć się do łózka i odchorować, łyknęła jakieś prochy, a wiruchy grypy podała dalej, wszystkim swoim klientkom, które ufnie weszły do jej zakładu. Gdyby chociaż na drzwiach gabinetu była informacja – „Uwaga! Mam grypę! Wchodzisz na własne ryzyko!”.
W niedzielę wieczorem grypa położyła mojego Męża. W poniedziałek lekarz zabronił nam się kontaktować z kimkolwiek. Odmówiłam sprzątaczkę. Przegoniłam także rodzinę zaniepokojoną naszym stanem i przekonaną, że chorych należy odwiedzać.
Zabronił nam również wychodzić z domu. Zalecił, by nie opuszczać łóżka.

I w ten sposób wpisaliśmy się w walentynkowe klimaty.
Z bólem, katarem, łamaniem w kościach i spojrzeniami na księżą oborę (jak mawiała moja Babcia o tych, co wyglądają na gotowych do przeniesienia się na pastwiska niebieskie) leżeliśmy zgodnie obok siebie.

Tak, jak przystało miłującej się parze!
Tylko "bez sił, bez ducha".
To szkieletów ludy?
Czytaj więcej »
artysta

Finisaż

03:50

Mój stosunek do artystów i filozofów jest uporządkowany. Im bardziej znam, tym bardziej lubię. Podziwiam ich dzieła lub poglądy, co nie znaczy, że rozumiem. Specjalnie się tym nie przejmuję, bo na tym chyba polega istota współistnienia, żeby bardziej podziwiać, niż rozumieć. Wśród artystów najbardziej lubię, tych których znam bardzo dobrze, a przynajmniej tak mi się wydaje. Filozofów znam niewielu, a każda próba zawarcia bliższej znajomości z niektórymi kończyła się zawsze głęboką refleksją nad marnością mojego umysłu, który idei filozoficznej na proste i zwyczajne życie nie umiał przełożyć. Kurs filozofii, któremu poddano mnie na studiach, upewnił mnie, że nie jest to dziedzina wiedzy, której chciałabym się poświęcić, a moi ówcześni nauczyciele (było dwóch, ale jeden bardzo krótko) zapadli mi w pamięć jako najbardziej niedostosowane społecznie indywidualności  z jakimi przyszło mi się w życiu zetknąć. Nasze studenckie „rozważania” filozoficzne były nieustanną próbą złapania kontaktu z prowadzącym. Mam wrażenie, że ta potrzeba była tylko po naszej stronie, bo prowadzącemu brak jakiegokolwiek kontaktu w niczym nie przeszkadzał.
Ale i artyści, i filozofowie budzą moją ciekawość i spotkania z nimi są niezwykle inspirujące. Dlatego w z wielką radością skorzystałam z dwóch zaproszeń. Pierwsze przyszło w styczniu i było zaproszeniem na finisaż prac Jacka Papli, poznańskiego grafika. O Jacku myślę, jako o wieloletnim przyjacielu i wyjątkowym, niezwykle utalentowanym człowieku, więc zaproszenie przyjęłam z wielką radością. Z tak wielką, że chyba nastąpił proces jakiegoś zaburzenia widzenia. Ale po kolei. Finisaż miał się odbyć w Instytucie Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Termin zbiegał się niestety z planowanymi przeze mnie badaniami w szpitalu, więc po otrzymaniu zaproszenia grzecznie przeprosiłam artystę, że nas nie będzie. Siła wyższa. Trudno, chociaż żal. Żal tym większy, że finisaż miał być nie tylko zakończeniem wystawy, ale także zamknięciem etapu życia – czyli zakończeniem  pracy zawodowej. A to w życiu każdego człowieka powinno mieć wyjątkową oprawę. W końcu dla wielu ludzi uwolnienie się z obowiązku świadczenia stosunku pracy jest największym marzeniem.  Dlatego, kiedy jednak się okazało, że nie idę do szpitala, postanowiliśmy zrobić naszemu przyjacielowi niespodziankę.
W dniu finisażu dla pewności raz jeszcze otworzyłam zaproszenie, spisałam do notesu adres i godzinę, sprawdziłam w podręczniku savoir-vivre, jak się ubrać i zachować na takiej uroczystości. Potem dopilnowałam, by w odpowiednich strojach i o odpowiedniej godzinie wyruszyć do Zielonej Góry. Z Poznania to jakieś dwie godziny drogi. Podróż minęła nam głównie na refleksji, że kraj nam się pozmieniał, bo droga całkiem przyzwoita oraz jaką minę będzie miał finiszujący Jacek, gdy nas  zobaczy. Dojechaliśmy na czas, chociaż jakoś tak od tyłu budynku. Wokół była absolutna cisza i nigdzie żadnego znaku sugerującego ważną uroczystość. Ale był budynek, a w nim cała nasza nadzieja. Wbiegliśmy, by niczego z przemówień nie uronić. Wszędzie było pusto i cicho. Za przeszklonymi ścianami zauważyłam wystawę prac Jacka. Nigdzie nie było żywej duszy. W szatni zaspany portier przyglądał się nam ze zdziwieniem. Na pytanie o finisaż Pana Papli popatrzał na nas z pewnym niepokojem w oczach i asekuracyjnie odrzekł, że on tu tylko wiesza, a tam jest pani, która wie wszystko i wskazał kobietę siedzącą za szybą. Podeszliśmy więc do owej Pani, a ja wyjęłam już notes z torebki, by raz jeszcze sprawdzić adres, bo może miejsce nie to? Pani była równie zdziwiona, jak portier. I wtedy zobaczyłam, że data finisażu to 3 marca, a nie 3 lutego. Tak było na zaproszeniu, tak przepisałam do notesu i tylko do głowy wprowadziłam sobie inny miesiąc. Za to na trwale.

No i co?
Ano nic! Spragniona kontaktu z artystą zadzwoniłam do niego stojąc w środku sali, otoczona jego grafikami. Właśnie wracał z Zielonej do Poznania. Jego radosny chichot niósł się po sali wypełnionej sztuką i naszą obecnością, wkurzenie mojego męża opadało proporcjonalnie do tego, jak rosło moje przygnębienie. Oj urosło! A słowo finisaż nagle nabrało zupełnie nowego znaczenia.
Wróciliśmy do Poznania uciekając przed obcością Zielonej Góry, przed mgłami i ślizgawicą. O refleksjach z drogi powrotnej pomilczę, bo przygniotły. I tylko pies się naprawdę cieszył z naszego powrotu.

Drugie zaproszenie dotyczyło warsztatów popularnego filozofa, które miały miejsce w sobotę w Poznaniu poświęconych stosowaniu filozofii stoików w życiu. Poszłam na nie z tym piątkowym wspomnieniem niepotrzebnej podróży i całym bagażem życiowych doświadczeń, który coraz bardziej ciąży. Szczególnie, że tyle wokół innych przygnębiających komunikatów płynących zewsząd. I było to pierwsze spotkanie z filozofem, które przeżyłam świadomie i które wniosło w moje życie coś innego, niż dotychczasowe. Po pierwsze ucieszyłam się, że należę do grupy ludzi poszukujących, a nie ludzi pospolitych, którzy żyją mechanicznie, nie  pracując nad sobą i rozumieniem świata. To podział zaczerpnięty od starożytnych filozofów. Zaraz człowiekowi lepiej, jak się może pod mądrzejszymi podpisać.
Po drugie bardzo mnie zafrapowała myśl:
„Tym co trwoży ludzi, nie jest to co im się przydarza, ale znaczenie jakie temu przypisują.”
 EPIKTET – „ENCHEIRIDION”

Zabrałam ją ze sobą z tego spotkania i dzielę się nią, jak chlebem. Stosując ją w praktyce staram się myśleć o finisażu Jacka i całej mojej przygodzie, jako o wyrazie głębokiej sympatii dla artysty,  gotowości do poświęceń dla przyjaciół, a nie dowodzie mojej sklerozy, ślepoty, nieuchronnego początku końca i wszystkiego, co w obumieraniu mózgu człowieka przeraża.
Tylko jak męża mego zmienić w Epikteta, by z godnością znosił to, co mu funduję?
Obawiam się, że filozofia na to pytanie nie daje odpowiedzi.
Czytaj więcej »