Złota karta

13:09

Mam ją! Leży przede mną i lśni nowością oraz jadowitą żółcią, mająca przypominać złoto. Bo w nazwie ma „złota”. Jechałam po nią bardzo długo. Blisko 15 miesięcy. Tak jakoś zeszło. I teraz już jesteśmy razem, po kres naszych dni. Moich i jej, bo nie wiadomo , która pierwsza z tego tandemu wypadnie. Złota Karta Seniora i ja – niespodziewanie dla siebie samej nagle uprawniona do odbioru. Wolałabym odebrać Złotą Kartę Seniorki, ale musiałabym się chyba urodzić w innym kraju, bo nawet w wolnym mieście Poznaniu nie ma tyle wolności, by kobieta po 60-tce  zachowała swoją płeć.

Niby - przyzwyczaiłam się. Ale wkurza.
Tych wkurzeń zresztą znacznie więcej. W drodze po odbiór karty przeżyłam ich kilka.
Pogoda piękna, jesień ozdobiła świat cudnymi kolorami, słońce prześwietla wszystko i w tę bajkową scenerię wyjeżdżam rowerem. Po drodze mijam festiwal plakatu wyborczego i wyborczych obietnic. Dzięki wprowadzonym ograniczeniom plakatów i banerów zdecydowanie mniej, ale i tak jest co czytać. Najpierw wpadam na baner pani, która kandyduje z mojego okręgu do Rady Miasta. Trochę się boję kandydatów z rozwianym włosem, bo odruchowo kojarzą mi się myśli nieuczesane.  Ponieważ widzę ten plakat po raz pierwszy staję i czytam. W haśle wyborczym, wytłuszczonym mocnym drukiem, żeby utkwiło w pamięci czytam „Zagłosuj za Twoim Poznaniem”.
To znaczy jakim? -  myślę sobie? Mój Poznań ma skończoną sześćdziesiątkę i strach w oczach. Mój Poznań ma zniżki na Złotą Kartę Seniora i znikome możliwości rozwoju po przejściu na emeryturę. Mój Poznań to 146 000 seniorów, którzy nie mają się gdzie podziać. Mam to ciągnąć dalej?
Czepiasz się dziewczyno! myślę i śmigam dalej.
Na następnym rogu wisi mój osobisty hicior tej kampanii. Z plakatu spogląda na mnie chłopczyna (dawniej o takich mówiono gołowąs) z ulizanym włosem oraz paluchem wycelowanym prosto we mnie. Oczka ma takie zimne i nieprzystępne, nieprzejednane,  a na usteczkach cień szyderczego uśmiechu. Hasło wyborcze brzmi dumnie „Przegonimy wspólnie leśnych dziadków z Sejmiku”. Staję przed nim i w myślach obrzucam inwektywami. Najgorszymi. Jest na tym plakacie wszystko to, czego się boję. Czarny kolor populistycznego ugrupowania, niczym nieuzasadniona pewność siebie kandydata wzorującego się na wzorcach amerykańskich sprzed kilku dekad oraz deklaracja podziałów. Jako żeński odpowiednik leśnego dziadka, czyli leśna babka, rzucam na tego kandydata urok. Mam taką moc. A co! O wynik mogę być spokojna. Chłopczyna nikogo nie przegoni, bo pewnie nawet nie wie, jakie ma marne szanse w związku ze sposobem liczenia głosów. Ale sam fakt, że to wisi na mojej drodze i „rzuca mię się na oczy!” wkurza. Ktoś mu to puścił. Ktoś równie mądry. Plakat jest z jeszcze jednego powodu wyjątkowy. Nazwisko kandydata jest świetnie dobrane do sytuacji, jako puenta. Nomen omen. Po prostu zemsta protoplastów. Nie napiszę jakie. Poznaniacy znajdą ten plakat na wyznaczonych powierzchniach do wieszania materiałów wyborczych. Zainteresowanym z innych miast wyślę zdjęcie na priv.
Jadę dalej i na dużym skrzyżowaniu trafiam na to wkurzające świństwo.

Poziom dowcipu spod budki z piwem. Przekaz także stamtąd. Wszystko, co dla  mnie ważne jest tu oplute. Demokratyczne wybory, kobiecość sprowadzona do seksualności rodem z burdelu i wpisany w to wszystko przekaz o roli kobiety w życiu społecznym. Nie kandyduję do żadnego gremium, ale czuję się  obrażona jako obywatelka biorąca udział w święcie demokracji. W życiu nie kupię rajstop tej firmy, choćbym miała na golasa latać po okolicy. Zresztą - leśnej babce ujdzie to na sucho.
I jeszcze namówię koleżanki.
Drogie Panie – Adrianowi dziękujemy!
Do Centrum Świadczeń dojeżdżam poruszona. Po odbiorze Złotej Karty Seniora telefon sygnalizuje nowe wiadomości. Otwieram, by nic nie przegapić. Widzę wpis kandydata na radnego, który obiecuje, że zadba, „by na każdym osiedlu powstał kącik seniora”.

Ło matko! W „Chłopach” seniorów trzymali w chlewiku. Tam sobie mieli dożyć po cichutku. Teraz będą kąciki?
Mnie do kącika? Nawet nie do kąta? Ludzie! Ratunku!

Jak mówić o życiu po sześćdziesiątce, by rozpocząć wielką zmianę w sposobie myślenia o potrzebach ludzi w bardziej dojrzałym wieku, których ciągle przybywa?
Na kogo głosować, by później mieć z kim rozmawiać i współdziałać? Jak sprawdzić, co kandydaci mają w głowie? Jak u nich z wyobraźnią i jak z doświadczeniem?

Na razie mam Złotą Kartę Seniora, choć od urodzenia jestem kobietą.
Mam zniżki na wszystko, wielki apetyt na życie i perspektywę kącika, o ile metoda D’Hondta pozwoli wejść do rady autorowi tego pomysłu.

Łatwo nie jest!
Idźcie na wybory!
Czytaj więcej »

W chmurze

12:05

Zaczęło się od tego, że rano wysiadł aparat. Mimo wielu prób uchwycenia szaroburego nieba nad stalowym Morzem Śródziemnym telefon nie wydawał znajomego dźwięku kliknięcia i w żaden sposób nie mogłam zrobić zdjęcia tego niecodziennego widoku. A był to wtorek – ostatni dzień przed powrotem do kraju. W nocy wiało jak diabli i przywiało  ciemne chmury, deszcz i zimno. Z plaży  gwałtownie zabrano leżaki, a Grecy bezradnie rozkładali ręce, mówiąc „winter”. Poprzedniego dnia było 27 stopni i lazurowe niebo.
Zajęłam się pakowaniem. Bez żalu.
W południe smartfon poinformował mnie, że nie mogę się połączyć z Facebookiem. Bo coś tam. Trudno! Widać zimno mu nie służy – pomyślałam sobie.
Późnym wieczorem nie mogłam ustawić budzika. Ekran stał się nieczuły na mój dotyk. Już nie miałam żadnych wątpliwości, że z moim telefonem dzieje się coś niedobrego. Na wszelki wypadek podłączyłam mu ładowanie i poprosiłam anioła stróża, żeby mnie obudził, skoro smartfon nie współpracuje. Anioł stróż przejął się bardzo i budził mnie co godzinę. Obudzona zawsze brałam do ręki telefon, by sprawdzić godzinę. O trzeciej ostatni raz błysnął mi niebieskim światłem. Potem ekran był już tylko czarny i nieczynny.
Po prostu zdechł, umarł, odszedł zostawiając po sobie lekki niepokój. Bo to jednak jest coś więcej, niż tylko urządzenie. To jest moja końcówka do łączności ze światem. I nagle się okazało, że jak nie ma tej końcówki, to świat staje się niedostępny.
Z lotniska do domu jechałam z pilną potrzebą odzyskania sprawnej końcówki.
W tym celu oboje z mężem wyszukaliśmy wszystkie stare aparaty (mamy kilka, bo przecież wszystko zawsze może się przydać) i rozpoczął się festiwal prób i błędów oraz konsultacji  z osobami lepiej zorientowanymi w kwestii smartfonów. Nie będę opisywała rozczarowań, których doświadczyłam, bo mam wielki szacunek dla cierpliwości czytelniczek i czytelników. W każdym razie, gdy już nam się udało zgrać jakieś jedno urządzenie z jakąś jedną ładowarką i naszą siecią, oraz ożywić je, minęło 24 godziny od przylotu i był to czwartek wieczorem , a ja ciągle byłam bez sprawnej końcówki.
W dodatku w wielkim stresie, bo między innymi nie pasowała mi zaplanowana przed wyjazdem godzina wizyty u kosmetyczki, co jak wiadomo po powrocie jest fundamentalnym zadaniem. Z tego wszystkiego zapomniałam, że kosmetyczka mieszka dwa domy dalej i mogłabym pójść do niej i załatwić sprawę. Nie! Ja walczyłam o końcówkę, przekonana, że po znalezieniu nowego-starego smartfona wszystko wróci do ładu. Bo przecież włożę kartę i po kłopocie.
Końcówka mnie znowu połączy ze światem.
Późnym wieczorem dostałam urządzenie, które mrugało do mnie życzliwie, miało godzinę i aparat. Tylko nie miało moich kontaktów. To znaczy miało maile. Żadnego numeru telefonu. W dodatku było innym typem i wszystko miało odwrotnie.
O matko!
Rano zdeterminowana wsiadłam na rower i pognałam do galerii handlowej, gdzie jest stoisko mojej sieci i gdzie, jak sądziłam, spotkam fachowca, który uratuje mi życie towarzyskie, zawodowe i przywróci pion w rozwalonym świecie bez końcówki.
Fachowa siła była kobietą. Dodajmy – bardzo młodą, zasmarkaną, z obfitym biustem wyzierającym z głębokiego dekoltu. Nad biustem falowały długie rzęsy wymodelowane pracowicie od wczesnych godzin rannych. Fachowa siła charknęła w chusteczkę na powitanie, następnie oczyściwszy nos spojrzała na mnie mało przyjaźnie.
Zaczęłam więc bardzo grzecznie:
- Czy pani by mi mogła pomóc odzyskać moje numery telefonu, bo… - i tu w kilku zdaniach opowiedziałam w jakiej to ja jestem matni od kilku dni. A moje całe ciało mówiło tym rzęsom, że matnia jest okrutna i właściwie to już nie matnia, tylko otchłań czarna, by nie nazwać rzeczy po imieniu.
- A pani jest pewna, że pani ma te numery telefonów na karcie sim?
- No, a gdzie je mam mieć, jeśli ja mam ten sam numer od początku istnienia telefonii komórkowej? Ja je tam skrupulatnie sobie zbieram proszę pani od ..od..- i tu uświadomiłam sobie, że gdy ja zaczynałam zbierać te numery, to właścicielka rzęs była wielkim nieśmiałym marzeniem jakiejś dzieweczki chcącej, kiedyś zostać mamą – od chyba dwudziestu pięciu lat - dokończyłam na wydechu.
Długie rzęsy smarknęły sążniście. I popatrzały litościwie, acz z pewną pogardą
- I nikt pani tej karty nie wymieniał?         
- Nie! Nigdy! – odpowiedziałam natychmiast i dokładnie w tym momencie dotarło do tej mojej skołowaciałej brakiem końcówki łepetyny, że przecież ta sieć, której fachowa siła próbuje mnie obsłużyć nie osmarkawszy uprzednio, istnieje dopiero kilka lat. I że kartę wymienili, i że moje numery są w tym padłym ustrojstwie,  i że ja ich mogę nigdy nie odzyskać….
Długie rzęsy patrzały z politowaniem.
- Ożesztywmorde! zaklęłam pod nosem. I co teraz?
- Trzeba się dostać do softu – odpowiedziało dziewczę z dekoltem, rzęsami i bezdusznym peselem bezradnie rozkładając ręce.
- Dostać to ja się mogę proszę pani do tramwaju. Soft jest dla mnie nieosiągalny. To chyba widać!
- No właśnie! odpowiedziała fachowa siła. Dlatego najlepiej kopiować adresy w chmurze.

Matko! Kto jej pozwolił tu stać? Z tymi rzęsami, dekoltem i smarkami. A żeby ci się małpo jedna przemądrzała rzęsy posklejały! Pęknę chyba!
- W chmurze, proszę pani, to moje pokolenie ma skopiowane marzenia. Poza tym to taka sama mądra rada, jaką mógłby dać współczesny człowiek neandertalczykowi –żeby żywność najlepiej trzymał w lodówce.

Ulżyło!

- A musi pani mieć te telefony? Nie lepiej pozbierać od nowa? Pani ma jakąś firmę? – długie rzęsy przyglądały mi się podejrzliwie.
- Nie mam firmy, ale jestem bardzo publiczna. A tu, w tym ustrojstwie schowało mi się całe życie. A przynajmniej jego spora część.
No nic! muszę do softu  – dodałam zrezygnowana.

Wróciłam do domu i natychmiast udałam się do męża z informacją, że kicha. I z pretensją, bo przecież to on zmienił sieć naszych telefonów. I teraz, przez niego,  muszę do softu, zamiast po prostu przenieść z karty.
A mój mąż – człowiek starej daty, który już w życiu widział niejedno, powiedział:

- to ja tego trupka spróbuję naładować!
I naładował!
I działa!

To się w głowie nie mieści!
Czytaj więcej »

Pierwsze wrażenie

22:59

Z powodu wrodzonego lenistwa (samej nie chce mi się organizować) i nieustającej ciekawości świata, jeśli tylko jestem za granicą i mogę skorzystać z takiej opcji, zapisuję się na wycieczki krajoznawcze oferowane turystom. Mam wtedy gwarancję, że zobaczę rzeczy najważniejsze, trafię we właściwe miejsce o właściwej porze i jeszcze ktoś lepiej zorientowany powie mi, co oglądam. To niby drobiazg, ale dość istotny. W dodatku, kiedy tylko wejdę do autokaru, mam wolne. Nie szukam drogi, parkingu,  nie ustawiam gps-a i nie szukam okularów. I to jest właśnie ten luksus, który kupuję za kilka euro. Stosuję w tym przypadku  zasadę moich rozrzutnych przodków – poszła krowa, niech idzie i cielę. Jedyne, co mnie na tych wyjazdach męczy, to pielgrzymka od hotelu do hotelu, żeby pozbierać turystów. No ale mówi się trudno i jedziemy dalej.  I oto teraz dochodzę do sedna.
Tym razem mieszkamy w hotelu, który jest na końcu wszystkiego, więc od nas zaczyna się zbiórka. Punktualnie stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu. Z naszego hotelu w wycieczce uczestniczyły cztery osoby mniej więcej w moim wieku. To ważne – bo kwestia wieku jest w tym przypadku według mnie kluczowa. Elegancki bus czekał w umówionym miejscu. Kierowca – zabójczo przystojny młody Grek, kiedy tylko zobaczył, że się zbliżamy, wysiadł z auta, stanął przy drzwiach, by z uśmiechem nas przywitać (kalimera! dżendobry) i sprawdzić, czy mamy bilety. Był bardzo grzeczny i próbował odczytać nasze polskie nazwiska. Kiedy usłyszałam grecką wersję mojego, stanowczo za długiego, co brzmiało jakoś tak: trzekan???? – (tam gdzie znaki zapytania były błyski gałek ocznych!) wyręczyłam go poprawnym odczytaniem i zastałam natychmiast obdarowana kolejnym pięknym uśmiechem oraz stwierdzeniem: nice to meet you. W dodatku powiedział to tonem, jakby to była prawda. Odpowiedziałam mu, że mnie również i było to najprawdziwsze, bo poznać miłego człowieka to prezent od losu. W zgodzie i świeżo zadzierzgniętej sympatii ruszyliśmy do kolejnych hoteli. 

Po dziesięciu minutach byliśmy w następnym. Tu zabieraliśmy parę młodych ludzi w wieku naszego kierowcy. Oboje mieli może po dwadzieścia lat. Formalności załatwili przed drzwiami, a do busa weszli jakby tam zupełnie nikogo nie było nie było. Ani dzień dobry, ani ….nic.  Na twarzy mars, jakby szli na wojnę. No właśnie. Pomyślałam sobie, że to jakieś ćwoki niewychowane i tyle.
Pojechaliśmy dalej. Tam czekały cztery osoby. Znowu bardzo młodzi ludzie. I tutaj historia się powtórzyła. Weszli bez żadnej formy powitania z posępnymi minami. Widać nasza obecność nie była dość sympatyczna. Nie wyglądali na pogubioną ludzką nędzę dotkniętą brakami w wychowaniu. Wprost przeciwnie. Dobrze ubrani, zadbani, pewni siebie. W ostatnim hotelu wsiadało kolejne sześć osób. Cztery młode dziewczyny weszły do samochodu bez słowa.
Pierwsze „dzień dobry” usłyszałam od pary w naszym wieku (różnica wieku ok. trzydzieści lat), wsiadającej jako ostatni z grupy  i zaraz potem od naszej pilotki, która wsiadała na samym końcu. Przez całą wycieczkę znakomita pilotka opowiadała wiele o Grekach, podkreślając ich radość życia i otwartość na innych ludzi. Młody kierowca był uśmiechnięty przez cały dzień, mimo, że ciężko pracował. Próbował ze mną rozmawiać w trzech językach i zawsze kończyło się to pocieszną sytuacją. Ja mówiłam po grecku, on po polsku – ratowaliśmy się angielskim, co w moim wydaniu było raczej rozpaczliwą próbą sprostania wyzwaniu. Bo oto człowiek grzeczny i życzliwy, więc należy się wysilić, by mu przekazać dobre myśli. Rozstaliśmy się wieczorem w dużej sympatii życząc sobie nawzajem szczęścia.
„Wielka grecka wycieczka” stała się źródłem refleksji o Polakach.
Od powrotu do hotelu przyglądam się rodakom. Przyjechali nowi, więc mam pole obserwacji. Wszystkie nacje świata pozdrawiają się w hotelu. W różnych językach. Uśmiechają się do innych. Nie robią tego tylko spotykani przez mnie… Polacy i Rosjanie. Im młodsi, tym trudniej przychodzi „dzień dobry”. Mam taką teorię, że pokolenie młodych Polaków  ma jakiś problem z nawiązywaniem kontaktów. Nawet, kiedy siedzą koło kogoś cały dzień na plaży, gdzie stoi dziewięć parasoli i wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, to następnego dnia nie rozpoznają człowieka.
W pokoju obok naszego także mieszkali Polacy. Przywitaliśmy się ze sobą przy pierwszym kontakcie na balkonie. Zwyczajne „dzień dobry” rozpoczęło cały szereg miłych rozmów i wzajemnych uprzejmości. BYŁO MIŁO, co na wakacjach jest istotne. Państwo (w moim wieku) polecieli do kraju, a na ich miejsce przyjechali inni – bardzo młodzi. Na uprzejme dzień dobry, zobaczyłam najpierw zdziwioną minę, a chwilę potem usłyszałam gulgot w gardle na kształt tego pozdrowienia. A potem był odwrót z balkonu, jakby kontakt z drugim człowiekiem groził śmiercią lub kalectwem.
Jakieś takie upośledzone, czy co? Ci nowi, na zabiedzonych intelektualnie i społecznie też nie wyglądają.
Jak mogliśmy do tego dopuścić? Kiedyś pęknę ze złości i wiem z jakiego powodu, Obiecywałam sobie, że nie będę na blogu puszczać dydaktycznych smrodków i bardzo się staram, by tak nie było. Naprawdę - bardzo.
Ale się zebrało.
Z Grecji chciałabym zabrać uśmiech wszystkich napotkanych ludzi i przekonanie, że „nice to meet you”.

Czytaj więcej »

Greckie schody

12:35


W Grecji to ja kocham wszystko. I w dodatku całkiem niespodziewanie znalazłam się w wieku, w którym zdecydowanie powinnam już w niej zamieszkać. Co więcej – myślę, że nawet mogłabym tutaj zarobkować wypowiadając mądre myśli na temat życia, jak prawdziwa grecka filozofka. Raz dziennie jedną, bo ja bym miała cenne mądre myśli, a jak coś jest w nadmiarze, to nikt tego nie uszanuje.
Uwielbiam tutejszy klimat, przepadam za ich kuchnią, zachwycają mnie krajobrazy, a wszyscy Grecy, których w życiu  spotkałam, byli sympatyczni. Zakładam oczywiście, że spotkałam niewielu i w dodatku nie miałam okazji, by z nimi porozmawiać, bo w jednym jesteśmy do siebie bardzo podobni – nie łączy nas język angielski, ani żaden inny. Mimo wszystko w wielkiej sympatii dla Greków i Grecji nic mi nie przeszkadza i tak będzie po kres moich dni. Howk!

Kolejna wizyta w tym kraju utwierdza mnie w przekonaniu. Tym razem odwiedzam Chalkidiki, które zachwyca samą nazwą. Jest w tym słowie jakaś pociągająca egzotyka i brzmi kompletnie nieeuropejsko. A to w gruncie rzeczy tak niedaleko. Pilot naszego samolotu ( jakiś pirat powietrzny!) zakomunikował pasażerom w Poznaniu, że w Salonikach będziemy za dwie godziny. Czyli pół godziny wcześniej, niż zapowiadali w rozpisce. Nie ma innego wytłumaczenia, tylko takie, że leciał na skróty. Jak powiedział, tak zrobił. Mało wiem o lataniu i niech tak zostanie, bo ja jeszcze chciałabym wrócić. Po co się denerwować?
Chalkidiki to rejon z piękną przyrodą i malowniczymi krajobrazami. Mieszkamy właściwie w lesie, w otoczeniu pięknych malowniczych  wzgórz. Hotel  prowadzi grecka rodzina i naprawdę widać, że znają się na tej robocie. Jest już po sezonie, więc wokół cisza i spokój. Pięknie. Nic, tylko filozofować!
Nasz hotel położony jest nad samym morzem. Widzimy je z okien balkonu i zdaje się być na wyciągnięcie ręki, ale żeby się dostać na hotelową plażę musimy pokonać sporą wysokość nadbrzeżnej skarpy. Czytałam o tym w opisie hotelu, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że różnica poziomów do pokonania może być taka wielka. Nie policzyłam jeszcze tych schodów. Na razie nie mogę wyjść z podziwu dla myśli technicznej zastosowanej przez właścicieli hotelu, by umożliwić gościom plażowanie w pobliżu.
Ścieżkę na plażę z pewnością budowali konstruktorzy z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Zastosowali model ze Szpiglasowej Przełęczy. Jest stromo, wąsko i bolą kolana przy schodzeniu. 
Natomiast ostatni fragment jest żywcem przeniesiony ze Slowenskego Raju – bo to prawie drabina. Za pierwszym razem schodziłam tyłem i myślałam o tych, którzy mają lęk przestrzeni.
Oni musieliby zostać na podeście i zażywać tylko kąpieli słonecznych. Tą piękną drogą pokonuje się sporą wysokość i nie ma innej możliwości, by
Właściciele hotelu dbają o swoich gości. Każdy, kto chce skorzystać z leżaka, musi pobrać kluczyk od leżaka w recepcji. Leżaki są bezpłatne, ale nieoddany kluczyk kosztuje 15 euro. Zupełnie nie rozumiałam, o co chodzi z tym kluczykiem, bo jak jeżdżę po świecie podobnego rozwiązania nie widziałam nigdzie. Zrozumiałam, jak zeszłam. Plaża jest maleńka na dziewięć parasoli. W dodatku morze podmywa leżaki i mogłoby je zabrać. Trzeba je jakoś umocować. A nikomu się z góry nie chce schodzić, by pilnować majątku. Rozwiązanie z kluczykiem bardzo przemyślane. Pozwala sterować ruchem i zapewnia, że leżaki  nie odpłyną.

Tym którzy narzekają na schody na plażę, należy pokazać sąsiednie zejście. To jest dopiero majstersztyk budowlany. 
Pierwszy raz w życiu oglądam betonową drabinę. To coś obok schodów, to chyba korytarz do spuszczania łodzi. Nie wiem tylko jak wchodzi się z plaży na schody, bo tu chyba czegoś brakuje. Na oko dwóch metrów czegoś.
Naprawdę,  ludzie mają fantazję.
Ale morze czyściuteńkie i lazurowe. I nareszcie jestem w miejscu, w którym nie mam wyrzutów sumienia, że na plaży leżę bezczynnie. Ja na tym leżaku regeneruję się przed ogromnym wysiłkiem – czyli drogą powrotną.
No i czy to nie jest mądrze pomyślane?





Czytaj więcej »

Mózgi dwa

02:17
 

W sieci całej nie znajdę zdjęcia , które lepiej oddawałoby obecny stan mojego ducha i ciała. Napadło na mnie wszystko, co tylko mogło i chwyciło. Jak chwyciło, to trzymało. A ja biedna, jak ta pani na zdjęciu, ze wszystkich sił staram się podołać. Z natężenia i wysiłku zabrakło sił na pisanie. A i tematy byłyby dość oklepane – służba zdrowia i niezbyt fajne perspektywy. Generalnie – KICHA!
To po co o tym jeszcze pisać, skoro trzeba przeżyć?
W tej trudnej życiowej sytuacji, nucąc pod nosem refren z piosenki Krystyny Jandy „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie” postanowiłam się nie dać oraz dać radę. Mam więc kolejne obowiązki i nowe biurko z komputerem oraz perspektywę ciężkiej pracy po kres swoich dni.  Nie ma litości! Żadna emerytura, żadne tam odpoczywanie i rozwojowe mrzonki o talentach, niezrealizowanych marzeniach, porzuconych pasjach. Trudno! Tak wyszło.

Tymczasem jako nieuchronny znak końca lata bociany odleciały, szpaki się namawiają, dzieci poszły do szkoły, a na Facebooku pojawiły się wpisy sfrustrowanych rodziców po zderzeniu z systemem edukacji. Mam wrażenie, że zadowolona jest tylko Pani Minister właściwa dla spraw edukacji. Nie ukrywam, że czekam, kiedy  minie ona i jej stan zadowolenia. Na szczęście ja już nie muszę przeżywać rozterek polskich nauczycieli – uciekać z oświaty, czy karmić się nadzieją, że będzie lepiej, ani dylematów polskich rodziców – zabierać dzieciaka do edukacji domowej, czy jakoś to wytrzymać. Mogę się tylko przyglądać z boku i zastanawiać, ile jeszcze można naknocić i napsuć ludziom krwi oraz czy komuś rozumu nie odebrało, w zamian za prawo do kształtowania umysłów i postaw milionów młodych ludzi w naszym kraju?
Z tego i wielu innych wielu powodów zaczęłam się interesować kondycją psychiczną Polaków. Przez mój stosik książek do przeczytania przewinęła się pozycja „Twój drugi mózg” Emerana Mayera. Kupiłam ją zachęcona słowami „Jelita swoimi zdolnościami przyćmiewają wszystkie inne narządy a mogą nawet rywalizować z mózgiem. Są wyposażone we własny układ nerwowy, tzw. trzewny, który media nazywają często „drugim mózgiem”. Na ten drugi mózg składa się 50-100 milionów komórek nerwowych, czyli tyle ile zawiera rdzeń kręgowy”. Książka bardzo ciekawa, a to co wynika z lektury bardziej pasjonujące niż niejeden kryminał. Przytoczę jeden fragment, który był mi bardzo bliski. Autor w rozdziale o roli serotoniny opowiada o sprawności komunikacyjnej na osi mózg-jelita odwołując się do swojej przygody w Indiach, gdzie chcąc uczcić swoje małe święto spożył posiłek w restauracji:
„Nazajutrz rano usadowiłem się w autobusie, by odbyć dwudziestoczterogodzinną podróż do Delhi – doba ta po wieki będzie dla mnie przeklęta trawiennie. Próby zapanowania nad tym, co w moim żołądku i jelitach spowodował spożyty posiłek, były podobne do zachęcania atakującej watahy hien, aby zechciały się położyć i dać pogłaskać po brzuszkach. Intensywność tego doświadczenia wyryła się w najgłębszych pokładach mojej pamięci emocjonalnej, uświadamiając mi raz na zawsze, jak wielka potęgą są sensacje jelitowe (i ich wspomnienie)”.
Kto nie ma w swych zasobach takiego wspomnienia, ten jest naprawdę szczęściarzem. Ja posiadam takowe i jak się obczytam w temacie, to oswoję je poprzez upublicznienie w formie literackiej. Niezwykle celne porównanie do watahy hien niestety już zajęte, ale poszukam swojego.

Teraz jednak zamierzam wykorzystać mój drugi mózg, by ogarnąć istniejące problemy. W tym celu oddalę się na Chalkidiki, gdzie stopniowo zbadam wpływ diety śródziemnomorskiej na oba mózgi i poszukam rozwiązań wszystkiego, co mnie w życiu napadło.  

Tylko nie mówcie mi, że znowu wyjeżdżam.
Czytaj więcej »

Z miłości do wolności

05:51

Niewątpliwie zostałam wczoraj gwiazdą swojego profilu na Facebooku. A wszystko w wyniku umieszczenia zdjęcia własnej osoby w stroju wystylizowanym na czasy sprzed stu lat. Za wszystkie polubienia bardzo dziękuję, jeszcze bardziej za sympatyczne komentarze. Wierne czytelniczki mojego bloga i profilu dopytywały o szczegóły tego wydarzenia, więc dzisiaj o tym , co działo się wczoraj –18.08 2018 w Poznaniu – czyli refleksje zakulisowe.
Postanowiłam, że wezmę udział w kręceniu scen zbiorowych do filmu „Siłaczki” z dwóch powodów. Po pierwsze z wdzięczności i szacunku dla poznańskich sufrażystek. Nie byłabym tym kim jestem, gdyby nie ich determinacja.
Po drugie z miłości do wolności i roweru.
Organizatorzy rozsyłając zaproszenie, prosili, by która dziewczyna/pani może, przyjechała swoim rowerem. To przesądziło i zmotywowało mnie do zerwania się wczesnym rankiem w sobotę. Kiedy jechałam przez uśpione jeszcze miasto, to uświadomiłam  sobie, że tylko podstarzałe feministki i najgorsze zakapiory, zmęczone nocną balangą, są gotowe o tej porze dnia i tygodnia do aktywności. Choć właściwie aktywność  wszystkich mijanych panów z podbitymi oczami, ziejących na kilometr strawionym alkoholem, ograniczała się do picia piwa. Dawno nie widziałam tylu umęczonych facetów, co w tej drodze o poranku przez centrum mojego miasta. Ostatni siedział przed Teatrem Polskim i wyglądał tak okropnie, jak kwintesencja wszystkich poprzednich, mijanych po drodze.
Tymczasem w Teatrze Polskim było już pełno kobiet i gwarno jak w ulu. Każdy, kto ma trochę wyobraźni, może sobie uzmysłowić, że przebranie około stu kobiet w ciągu godziny w stroje z epoki łatwe nie jest. Kiedy weszłam do Malarni część osób było już kompletnie ubranych, część była w procesie poszukiwania czegoś, co pasowałoby do rozmiaru i stanowiło jakąś całość z resztą już pozyskanych elementów garderoby. Właścicielkom długich włosów zaplatano warkocze, formowano fryzury sprzed stu lat. Te z krótkimi włosami miały jeszcze dodatkowe  wyzwanie w postaci znalezienia nakrycia głowy.

Dziewczyna odpowiedzialna za stroje, jednocześnie mocując się  z haftkami przy sukience innej statystki, rzuciła na mnie okiem i bez żadnych ceregieli powiedziała wskazując brodą w kierunku wieszaka – „Tamta żółta spódnica. A góra to już nie wiem. Może niech Pani spróbuje to”. Drugie machnięcie brodą wskazało jedwabną białą kupkę leżącą na krześle. Ręce zapinały haftki.  Przebrałam się błyskawicznie i nagle, gdy poczułam ciężar długiej spódnicy uświadomiłam sobie, że przecież ja za chwilę w tym stroju mam jechać rowerem. Trzeba włożyć długą do ziemi spódnicę, by dotarło z całą siłą, o ile jest nam dzisiaj łatwiej w portkach lub krótkich sukienkach. Biała jedwabna bluzka z długimi rękawami, obficie ozdobiona falbanami  na biuście, to także spore utrudnienie, o czym miałam się przekonać  za chwilę. Jedwabiem pięknie zahacza się o wszystko, co tylko jest. Z dzwonkiem roweru na początek. Za to wielokrotnie. Specjalistka od stroju upięła, gdzie trzeba, obciągnęła, co należy i po sakramentalnym „może być”, odesłała do sekcji nakryć głowy.
Wzięłam wszystkie, które zostały i wróciłam po pomoc. Ze względu na wielkość głowy, pasował mi jedynie cylinder woźnicy, ale nie wzbudził zachwytu pani kierowniczki. Koniecznie chciała wsadzić mi na głowę uroczy fragment poznańskiej palmiarni, czyli mały kapelusik z ogromnym rondem, ozdobiony milionem kwiatów. Bardzo twarzowy, tyle że nijak nie trzymał się mojej głowy i musiałabym zalotnie trzymać go oburącz, co w trakcie jazdy rowerem mogło być poważnym utrudnieniem. Aż tak dobrze to, ja nie jeżdżę. Stałam bezradna po raz pierwszy żałując decyzji podjętej w ubiegłym stuleciu (O MATKO! – to prawda!), że długie włosy to nie moja bajka. I wtedy Pani obróciła się i zdjęła kapelusz z głowy innej koleżanki, wręczając jej melonik, a mnie kapelusik zdjęty z niej. Ten przynajmniej siedział na mojej czaszce. Odczułam wielką ulgę, bo w tym z ogrodem na głowie nie dałabym rady.
Chwilę potem schodząc ze stopni niechcący nadepnęłam na rąbek spódnicy innej pani. Rozległ się charakterystyczny dźwięk rozdzieranego materiału i oczom stojących ukazał się odsłonięty pośladek i opadająca spódnica. Moje „przepraszam” niewiele zmieniło. Uświadomiłam sobie, że razem ze zmianą mody, utraciłyśmy zdolność sprawnego poruszania się w tych długich dyrdunach, które ze stopni należało zawsze zgrabnie zagarnąć, by nie narazić się na podobne przygody. Moja Babcia tak właśnie wysiadała z tramwaju.
Ubrana wyszłam na plac i stanęłam w grupie pięknie wyglądających dam. Niektóre suknie wzbudziły mój podziw, a kobiety wyglądały zachwycająco.  
A później poproszono wszystkie przebrane panie, by wsiadły na rowery (swoje lub pożyczone do zdjęć) i przejechały spod Teatru Polskiego na Plac Wolności, gdzie czekała na nas ekipa filmowa.
Ludzie przyglądali się nam z ciekawością. Fotografowali. Tramwaj przejeżdżał wolniej niż zwykle. W oknach kamienic stali ludzie i obserwowali nasze wielokrotne przejazdy przez odgrodzony Plac Wolności. To naprawdę musiało pięknie wyglądać. Co chwilę ratowano jakąś spódnice wkręconą w łańcuch. Na szczęście nie było upału.
Wyglądało to tak:

Wracałam do domu z poczuciem, że wzięłam udział w zdarzeniu bardzo pożytecznym i potrzebnym. Ale dopiero śmigając na moim rowerze w drodze powrotnej, odziana w wygodne przewiewne spodnie i lekką koszulkę - atrybuty wyemancypowanych kobiet - doceniłam wywalczone przez sufrażystki prawo do posiadania własnego ciała. Oczywiście oprócz innych praw – wyborczego, prawa do edukacji i rozwoju oraz stanowienia o sobie.

Było świetnie!
 
Czytaj więcej »

Namawiam

05:44
Kraina niezwykłości. Tak nazywają Dolinę Baryczy wszystkie materiały reklamowe, do których dotarłam. Trudno się nie zgodzić. A po powrocie stamtąd trudno zapomnieć. Dlatego dziś namawiam, zachęcam, przekonuję – jedźcie. Zobaczcie na własne oczy.
Po kilkudniowym pobycie wróciłam oczarowana i ciągle nie mogę uwierzyć, że ten cudowny kawałek świata jest tak blisko.
 
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to niezwykłe miejsce zachwyci ludzi wrażliwych na piękno przyrody. Kiedyś wydawało mi się, że wszyscy ludzie milkną, gdy staną oko w oko z pięknym krajobrazem, grą świateł i kolorów, urodą i bliskością braci mniejszych. Dziś wiem, że ta zdolność nie jest dana wszystkim. Namawiam więc, tylko tych, którzy ją mają. Bierzcie dzieci, przyjaciół i pokażcie kawałek prawdziwego świata.  Jest piękny.
Dolina Baryczy to dość rozległy teren i wyjechałam stamtąd z poczuciem niedosytu. Wrócę, by ją porządnie objechać rowerem, posmakować ryb z różnych kuchni, odkryć inne specjały i przede wszystkim na własną rękę dotrzeć do zakątków, w których uroda świata zapiera dech. A takich jest mnóstwo. Główną atrakcją są oczywiście stawy. Kiedy namawiałam znajomych na urlop w tym rejonie, entuzjazmu na twarzy nie było widać. Staw hodowlany kojarzył się wszystkim raczej mało atrakcyjnie. W konkurencji z wakacjami nad morzem lub w górach przegrywa. Ale trzeba jechać do Milicza, by zrozumieć, że milickie stawy hodowlane to fenomem jedyny w Europie i kto nie widział, ten sobie tego nie wyobrazi. Oglądając mapę tego terenu, miałam takie skojarzenie, że to jakby Mazury w pomniejszeniu, ze względu na obfitość zbiorników wodnych. Doskonały teren do wycieczek pieszych, rowerowych, kajakowych.
A od popularnych kierunków wakacyjnych wypraw różni się przede wszystkim jednym – brakiem chmary turystów. W dni powszednie z rzadka widać pojedyncze osoby. W weekendy robi się tłoczniej, ale tylko w restauracjach i na trasach kajakowych na Baryczy, bo krótka i bezpieczna. Poza tym ptaki, woda, lasy i przepiękne łąki. Krajobrazy jak z obrazka.
Z wyprawy przywiozłam niezapomniane przeżycia. Te wiążą się głównie z obserwacją ptaków i ludzi. Ptaki były wszędzie i zawsze. Miałam szczęście zobaczyć zimorodka, który o świcie przefrunął przed moim nosem i zanim zdążyłam się zorientować, co to było, zniknął z pola widzenia. Gdyby nie obecność koleżanki specjalistki, wróciłabym do domu przekonana, że zobaczyłam motyla mutanta, bo to coś co przeleciało było cudownie niebieskie tyle, że większe od naszych motyli. Koleżanka, w chwili przelotu odwrócona w drugą stronę, powiedziała, że skoro niebieski, to na pewno był zimorodek, jej ulubiony ptaszek. Kilka godzin później zobaczyłyśmy parkę zimorodków drugi raz. Bardzo piękne i chyba lepiej ubrane od srok, które zawsze są bardzo eleganckie. Wieczorem na dachu nad naszym tarasem stawał bocian.
I przysłuchiwał się naszym rozmowom przez długi czas. Codziennie słuchaliśmy klekotu bocianów. Już się pakują.
Z obserwacji ludzi na długo zapamiętam minę młodej kobiety, którą nasza bardzo skora do aktywności i zwarta grupa osób w wieku dojrzałym doprowadziła do konfuzji. Otóż pewnego dnia postanowiliśmy wynająć kajaki i spłynąć rzeczką. W drodze do punktu startu Pani zapytała nas o doświadczenia kajakowe. Troje moich przyjaciół przyznało się, że odbędą inicjację, a ja nie mówiłam nic. Kajakiem pływałam w swoim życiu wiele razy i zupełnie nie widziałam zagrożeń w użytkowaniu tego sprzętu. Szczególnie na rzeczce prawie bez nurtu i z bardzo niskim stanem wody, w upalny bezchmurny dzień. Piszę „nie widziałam”, bo to co później udało nam się szczęśliwie przeżyć na wodzie, zmieniło mój punkt widzenia. Otóż – wypożyczanie kajaków to nie jest wcale łatwy chleb.
Najpierw koleżeństwo ubrało się w kapoki. Jedna Pani wbiła się dziecinny, druga ubrała największy z możliwych i zginęła w jego czeluściach, pan założył za mały i skrępował ruchy. Wyglądali, jak na balu przebierańców. W tym stroju mogli robić wszystko, tylko nie wiosłować. Pani kajakowa – młodsza od nas o jakieś czterdzieści lat, minę miała niewyraźną, ale rzeczowo wyjaśniła, że to nie jest rewia mody, tylko trzeba dobrać do wzrostu i tuszy.
Dobrali.
Potem moja serdeczna przyjaciółka, którą poprosiłam, by w trakcie swej kajakowej inicjacji starała się nie zgubić wiosła, dopytywała się uporczywie, gdzie są te uchwyty, w które wkłada się wiosło. Pani kajakowa miała oczy, jak talerze. W końcu wydusiła:
- W żadnym kajaku takich uchwytów nie ma. Wiosłem się wiosłuje. – mówi i patrzy z politowaniem
- Jak to nie ma, jak były? – pyta odziana w kapok zdeterminowana nadzieja polskiego kajakarstwa przed inicjacją
- Gdzie były? – mówi kajakowa z cieniem irytacji w głosie
- W klockach lego. Takie z boku – odpowiedziała przejęta kapokowa miss
Widać było, że kajakowa ma pierwszy raz do czynienia z tym rodzajem niedyspozycji umysłowej, bo nabzdyczyła się jak indor i wysyczała, że na takie pytania odpowiadać nie będzie. Napięcie rosło, ale rozładował je mąż koleżanki, przypominając zebranym, że w klockach lego była łódka, a nie kajak.
A te różnią się wiosłami.
Potem było jeszcze tylko wodowanie i próba wywrócenia kajaka na samym starcie, a także próba obrócenia go tyłem do kierunku spływu i płynięcia tyłem oraz wykonanie obrotu na rzeczce, która miała może 30 cm więcej, niż długość kajaka(licząc szuwary). Słowem początki były trudne.
 
Kajakowa stała, przyglądała się i wyraźnie była zatroskana. W końcu pojechała, a my zostaliśmy sami  z takimi widokami.
 
Innych przygód nie opiszę, bo mnie moje towarzystwo wykluczy ze swego grona (choć w moim opisie nie ma cienia przesady!).
Albo spełni moje życzenie wypisane na tej desce.

 
A obiecaliśmy sobie, że wrócimy.
Czytaj więcej »