Tekst dla każdego

11:07

Do porannej kawy przeczytałam tekst Krystyny Jandy. Link poniżej. Przeczytajcie koniecznie. Nie dlatego, że świetnie napisany, że na czasie, że  ważny. Przeczytajcie, bo jest on potrzebny każdemu z nas. Od prawa do lewa, młodym i starym, biednym i bogatym.
https://kobieta.onet.pl/ludzie-nie-macie-pojecia-ze-tuz-obok-niedaleko-jest-taki-straszny-swiat-felieton/v3hfht8?utm_source=www.facebook.com_viasg_kobieta&utm_medium=social&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs&utm_v=2

Tekst napisany przez znaną polską aktorkę ma szansę przebić się i dotrzeć do świadomości bardzo wielu ludzi. Napisany na podstawie osobistych przeżyć, jest bardzo autentyczny i o wiele bardziej przekonujący, niż najbardziej drobiazgowe raporty. Dotyka problemu, o którym starannie milczymy i z którym kompletnie nie umiemy sobie poradzić.
Podobne obserwacje, co autorka przytoczonego felietonu,  miałam rok temu, gdy moja Mama trafiła do szpitala. Miałam szczęście w nieszczęściu, bo w odróżnieniu od Warszawy, w Poznaniu nie ma oddziału geriatrycznego, więc Mamę zawieziono na dyżurną kardiologię, a tam widziałam te same obrazki, które opisuje Krystyna Janda, tylko na mniejszą skalę. Na oddziale leżeli ludzie w różnym wieku, choć w sali mojej Mamy same staruszki. Natężenie napięcia emocjonalnego podczas wizyt w szpitalu było więc znacznie mniejsze, ale i tak pozostało w pamięci i uwiera.
Tekst Pani Jandy jest dla mnie ważny nie tylko z powodów wspólnoty obserwacji. Dał mi nadzieję, że jednak problemy związane ze starzeniem się społeczeństwa, będą nagłaśniane i systematycznie rozwiązywane. Z takim przesłaniem zgłaszałam swoją gotowość do pracy w Miejskiej Radzie Seniorów, a z nadzieją na skuteczne działanie, postanowiłam zostać wiceprzewodniczącą MRS.
Cały tekst Krystyny Jandy powinien służyć jako inspiracja do działania wszystkich, którzy chcą zrobić coś dobrego w życiu. Politycy i społecznicy pewnie myślą podobnie, jak autorka, tylko w praktyce wszystko się jakoś rozmywa. W Poznaniu, mieście ponad 146 000 seniorów, nie ma szpitalnego oddziału geriatrycznego nie ma także odpowiedniej do zapotrzebowania sieci poradni geriatrycznych.
Po prostu nie ma i już.
Jak ważna jest tego rodzaju opieka wie tylko ten, kto doświadczył szczęścia opieki nad starzejącymi się rodzicami. Słowa szczęścia używam tutaj świadomie, bo tak jak mówimy o cudzie macierzyństwa wielkiej radości z faktu bycia rodzicem, tak powinniśmy myśleć o starości. W zakresie opieki nad matką i dzieckiem w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat zmieniło się bardzo wiele. Nie ma porównania z tym, czego doświadczałyśmy, jako matki kilkadziesiąt lat temu. W sprawie opieki nad starymi ludźmi jest chyba znacznie gorzej, niż było. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie, kiedy słucham opowieści moich wielu koleżanek, które muszą pogodzić opiekę nad starzejącymi się bliskimi, z obowiązkami zawodowymi i własnym życiem. W jednym są zgodne – znikąd pomocy.
Niestety, trzeba się z tym zgodzić.
A przecież opieka medyczna to tylko jeden z tysiąca innych nierozwiązanych problemów ludzi w wieku późno dojrzałym i starych.
Po lekturze tego felietonu mam jeszcze jedną smutną refleksję. Ciekawi mnie ile osób, które czytały ten tekst, pomyślało, że mogą (o ile będą mieli szczęście mieszkać w mieście, w którym będzie oddział geriatryczny) doświadczyć osobiście pobytu na takim oddziale. Ile osób przeczyta ten tekst z osobistej perspektywy, a nie tylko jako kolejny niezałatwiony problem społeczny. Pewnie niewielu, bo lepiej się nie martwić na zapas.  Możemy iść w zaparte, odrzucać fakt starzenia się naszego organizmu i bardzo zabiegać o świetną kondycję, ale trzeba przyjąć, że kiedyś i nas dopadnie starość, choroba, może samotność.
Nie wierzę, że nic nie można zrobić, by było lepiej

Wiem, że można zaniechać.
Wiem też, że nie wolno!
Czytaj więcej »

Radio

06:30

Otworzyłam rano Facebooka i jako pierwszy przeczytałam wpis zaprzyjaźnionej redaktorki radiowej, że oto dziś – 13.02 – jest Światowy Dzień Radia. Z przyczyn zrozumiałych, Magda Sobczak pisała, że to jest święto wszystkich radiowców. W gronie moich znajomych jest bardzo dużo osób związanych zawodowo z radiem. Nie wiem, jak to się dzieje, ale wszyscy, których znam są naprawdę wyjątkowi. Mają poczucie humoru (co wcale nie jest takie częste u ludzi!), przeczytali te same książki co ja, więc rozumiemy, co do siebie mówimy, przeczytali inne książki, niż ja i zawsze polecą dobrą lekturę, interesują się życiem i mechanizmami, które nim (lub nami) kierują, są otwarci, życzliwi i bardzo dobrze czuję się w ich towarzystwie. No i jeszcze jedno! Ładnie brzmią i mówią.
Naprawdę lubię radiowców i wszystkim życzę jak najlepiej. Bądźcie szczęśliwi w swojej pracy, bo wasze zadowolenie ma ogromny wpływ, na samopoczucie innych. Bądźcie zdrowi i niech Was nie wymieniają, na bardziej układnych, bo to też odbija się na naszym zdrowiu psychicznym.  
Naszym, czyli słuchaczy!
Z Magdą Sobczak, której słucham codziennie, z którą zawsze się zgadzam i którą po prostu, po ludzku bardzo lubię i podziwiam, w jednym się zgodzić się nie mogę. Światowy Dzień Radia to także święto słuchaczy. Nie wiem, czy wszystkich, ale takich jak ja, na pewno. Moje pokolenie jest wychowane na radiu.
Ono jest ze mną od zawsze i kształtowało mnie pod wieloma względami. W dodatku - nie byłoby radia, gdyby nie ludzie, którzy RADIA SŁUCHAJĄ. Piszę o tym, bo mam wrażenie, że słuchanie radia, też uległo zmianie. I w tym przypadku chyba różnice będzie wyznaczał wiek odbiorców. A może wykształcenie?
O tym jak różne są potrzeby odbiorców i sposoby słuchania radia łatwo się przekonać w cudzych samochodach. Najlepiej w taksówkach, w których często pasażer jest narażony na dźwiękowy atak obcej sobie stacji. Głośna jazgotliwa muzyka i komentarze prowadzących (często niewybredne i banalne) powodują u mnie chęć ucieczki na każdym skrzyżowaniu. Powstrzymuje mnie tylko zdrowy rozsądek, ale są takie stacje radiowe, które należy wyciszyć w mojej obecności. I jak płacę, to wymagam. Gorzej w prywatnych autach. Tam milczę stosownie do swej trudnej sytuacji i jakoś znoszę jazgot i beblanie bez sensu.
Czy inni tego słuchają – nie wiem. Wielu ma po prostu włączone radio.
Ja słucham.
Ostatnio, do  różnych funkcji spełnianych przez radio w naszym pięknym kraju, dodałabym także funkcję terapeutyczną. Otóż od czasu wszechobecnej dobrej zmiany i przygnębienia (a często depresji!) jakie w związku z dobrą zmianą odczuwam  ja i wielu moich znajomych, postanowiłam, by nie pogłębiać fatalnego nastroju, uciec od prorządowych przekazów. W związku z tym nałożyłam embargo na wszystkie stacje, w których się mówi. Zrezygnowałam nawet z ukochanej Trójki, czy na nowo odkrytej po latach, Jedynki. Wybrałam sobie stacje typowo muzyczne. Natychmiast po wejściu do domu, otulam się muzyką z Radia Pogoda lub z RMF Classic.
Takie rozwiązanie ma dobre i złe strony. Dobre, bo w czasach zawieruchy nikt mnie nie gnębi głupotą wygłaszaną z niezachwianą pewnością. Istotne informacje i tak do mnie docierają, a ja mam szanse  choćby w części ocalić dobre samopoczucie. Rozwiązanie polecam, bo sprawdziłam i działa.
Niestety, pojawił się pewien problem. Otóż pilot mi się zaciął. I nijak na inne stacje nie mogę się przerzucić. Choćbym chciała.
Zachodzę w głowę, dlaczego tak się stało?
Cały czas wierzę, że to tylko zepsuty przycisk, a nie znak przeznaczenia, że ja już nigdy na publiczną stację nie wejdę, bo tam będą po wsze czasy gadali piewcy dobrej zmiany.
Nie dopuszczam tej myśli.
Kochani Radiowcy i drodzy Radiosłuchacze!
Jeszcze będzie przepięknie!
A z okazji naszego wspólnego święta, życzę Wszystkim, by to było już niedługo!
Czytaj więcej »

Terapia

08:53

Spotykam dawno niewidzianą przyjaciółkę. Trudno w tej sytuacji o inne pytanie, niż „co słychać nowego?”. Kot mi się rozchorował – słyszę. Moja przyjaciółka to kobieta wykształcona, aktywna, oczytana, kierującą się zdrowym rozsądkiem. Żadna tam „kocia mama”, z którą o niczym innym, jak o kocie, nie pogadasz. Co prawda od zawsze towarzyszył jej jakiś kot, ale nigdy nie wypełniał całego świata, choć każdy z pewnością był jego pępkiem. Skoro więc news o kocie podany został jako pierwszy, rozumiem, że sprawa jest poważna.
- A co mu się stało? pytam szczerze zainteresowana kocim losem.
- Mój kot ma depresję – słyszę i czuję, jak na twarzy rysuje mi się znak zapytania.
- A jak to poznałaś? Z rozpoznaniem depresji u ludzi jest problem , a ty odkryłaś u kota? – mówię i patrzę z podziwem, bo z problemami psychicznymi zwierząt, a tym bardziej z osobami, które umieją je dostrzec, jeszcze nie miałam do czynienia.
- No właśnie! Najpierw zrobił się osowiały.
- A jak się rozpoznaje osowiałość u kotów? - pytam, bo ja zawsze z psem żyłam i wszystkie koty według mnie, to osowiałe powolniaki, nieustannie silące się na dostojność i absolutne prawo do bycia najważniejszym. Takie ciała osobne.
- Na przykład siadał w kuwecie i tam siedział. Jakby zapomniał, do czego ona służy. I siedział. No wiesz, tak siedział i… już!
O matko! myślę sobie. Gdyby zastosować to jako symptom rozpoznawalności depresji u ludzi, to naprawdę strach myśleć, ilu byłoby ciężko chorych. Znam paru, którzy mieliby szanse trafić do leczenie zamkniętego. Ale milczę, by nie zgubiła wątku.
- Kochana! Ileż mnie to nerwów kosztowało! Zorganizowałam wyprawę, zapakowałam go do transportera i pojechaliśmy do weterynarza. Pani doktor ustaliła, że musimy zrobić badania. W tym celu udało mi się nawet pobrać jego mocz. Mówię udało, bo rzecz wcale nie jest prosta. Ty nawet nie wiesz, jakie to było wyzwanie. Najpierw liczne podchody i przyczajenia, by złapać materiał do badań. W tym czasie głównie siedziałam za pralką, aby nie stracić z oczu kuwety, nie zaprzepaścić okazji i w odpowiedniej chwili podsunąć  wyjałowioną tackę. Wreszcie dopadłam.
Ale badanie wykluczyło choroby i lekarka stwierdziła depresję. Wyobraź sobie: diagnoza brzmi - kot nie realizuje się, jako kocur. I dlatego rozpadł się psychicznie.
- No i co teraz? - pytam prawdziwie przejęta. Niezrealizowany kocur nie brzmi dobrze. Poza tym wiem, jak cierpią tacy niezrealizowani.
- Nic! On dostaje tabletki, moja portmonetka jest lżejsza o sporą kwotę, a ja leczę depresję u kota. Czy ty słyszysz, co ja mówię? Ja, która swoje zdrowie psychiczne zaniedbywałam całe życie, leczę depresję u kota.
- No słyszę i nadziwić się nie mogę! Ale chociaż wylazł z tej kuwety? - drążę temat.
- Niby wylazł – odpowiada - ale nie jestem do końca przekonana z jakiego powodu. Mam wrażenie, że przestał tam przesiadywać, bo teraz boi się, że znowu wlezę za pralkę i znienacka wyskoczę z tacką. Zresztą,  kto kota zrozumie? A wiesz, lekarka powiedziała, że jak tabletki nie pomogą, to włączymy feromony. To się podobno rozwiesza w pomieszczeniach, w których koty przesiadują i bardzo pomaga im w powrocie do zdrowia. Podobno poprawia nastrój.
- To może wpadnę do Ciebie, jak już je rozwiesisz? Posiedzimy i my w tym pokoju. Ja co prawda w kuwecie nie przesiaduję, ale z nastrojem bywa różnie. Zresztą nie tylko u mnie! Zabiorę jeszcze kilka koleżanek i kolegów w podobnym stanie. Połączymy tym samym terapię grupową z konsultacją zbiorową nad zdrowiem psychicznym. Naszym i podopiecznych.

Rozstajemy się z mocnym postanowieniem aktywnego włączenia się w kocią terapię, połączenia sił i upowszechniania wiedzy o kłopotach, ze zdrowiem psychicznym. Podobno co czwarty Polak takowe posiada. Kotów, w podobnej sytuacji, nikt nie liczy.
Następnego dnia rano wchodzę do sklepu, by kupić gazetę, do której zapowiedzieli dodatek o depresji. W sklepie nie ma już ani jednego egzemplarza. U konkurencji podobnie.
- Wykupili - mówi mi zaprzyjaźniona ekspedientka. Pani wie! Był dodatek o depresji!
Nezadowolenie z faktu wykupienia mojej ulubionej gazety z potrzebnym dodatkiem rozładowuję myślą, że może to i dobry znak. Ludzie przestają lekceważyć zdrowie psychiczne i zaczynają szukać informacji, jak pomóc sobie i swoim najbliższym.
Ale, jak pokazuje przygoda mojej przyjaciółki, czasem trzeba mieć kota, by zauważyć własne problemy.
Gdyby jeszcze można było dla ludzi brać tabletki od weterynarza, a nie od psychiatry, byłoby pewnie znacznie łatwiej.
Czytaj więcej »

Służba zdrowia

13:48

Wszystko zaczęło się niewinnie. Jak to w życiu. Najpierw jakieś pół roku temu przyjaciółka namówiła mnie na wspólny udział w programie profilaktycznym. Udział wiązał się z jednodniowym pobytem w szpitalu, ale w zamian beneficjentki miały dostać pełną informację o stanie swojego zdrowia. Tę wynikającą z badań biochemicznych rzecz jasna, bo o inne aspekty zdrowotności lepiej nie zahaczać. Posiadanie aktualnych wyników nie było specjalnie kuszące, ale argument przyjaciółki, że będziemy się mogły wreszcie nagadać, przemówił do wyobraźni. Zapisałyśmy się i  po odbyciu wszelkich nakłuć, pobrań i innych takich, które przerywały nam interesujące spotkanie, stałam się szczęśliwą posiadaczką „wypisu”. Wręczył mi go Pan Doktor, który widząc moje wielkie zadowolenie z faktu, że już wychodzę ze szpitala, powiedział lodowatym tonem, że na moim miejscu nie lekceważyłby tego podwyższonego cholesterolu i bardzo nieładnego wyniku TSH.
O! TU! - rzekł i palcem pokazał mi cyferki.
Skonfundowałam się, jak każda niedouczona niewiasta, bo podwyższony cholesterol, to według mnie mogą mieć tylko mięsożercy z nadwagą, natomiast  TSH  bardziej kojarzyłam z nazwą jakiegoś klubu sportowego. Na przykład „TSH Londyn” – brzmi naprawdę dobrze. A tu proszę! I to jakim lodowatym tonem. Paluchem po cyferkach. Nic empatii.
Zabrałam wypis, a nadmiar życia w życiu odsunął nieładne cyferki na plan dalszy. Ale widać lodowaty ton tamtego doktora zrobił na mnie wrażenie, bo jednak po pewnym czasie trafiłam do zaprzyjaźnionego lekarza. Kartę wypisu położyłam mu przed nosem. Chyba jednak wszyscy lekarze są specjalnie szkoleni, bo ten też westchnął:
- Nieładnie! Nieładnie! – powiedział kręcąc głową. Zrobiło mi się bardzo przykro. Lubię, kiedy ludzie są zadowoleni.
- No ale co nieładnie? – pytam jak człowieka
- Tarczyca! Leniwa jest! – mówi i skrobie sobie w papierach.
- No coś takiego! Ja myślałam, że ja cała jestem raczej pracowita? A tu proszę - jeden organ się wyłamał. Czego to się człowiek o sobie nie dowie. Taki wstyd. No i co teraz?
- Zrobimy badanie krwi. Jak się wynik powtórzy, włączamy leki. – i wręczył wyskrobane skierowanie na kolejne badanie.

W styczniowy ciemny i brzydki poranek, przed pierwszą kawą mąż zawiózł mnie do laboratorium. Stanął przed budynkiem i jako stały bywalec, powiedział:
To tu! Idź ja poczekam w samochodzie, bo tam nie ma gdzie usiąść. Jak do badania krwi, to szybko idzie. I oparł się wygodnie, by dodrzemać, gdyż ciemności kryły ziemię a brak kawy doskwierał okrutnie.
Bardzo posłusznie udałam się we wskazanym kierunku i już po trzeciej próbie trafiłam do właściwej kolejki i ustaliłam, kto przede mną. Faktycznie nie było gdzie usiąść, za to opinia, że szybko idzie, była nieprawdziwa. Nie szło. Stało.

Kiedy wreszcie weszłam do gabinetu, zobaczyłam dwie panie. Jedna siedziała przy klawiaturze, druga na stanowisku do pobierania. Pani od sprzętu zapytała mnie o nazwisko i wtedy zdechł komputer. Myślę, że nie z wrażenia, tylko z przypadku. Ale zdechł. Procedura uruchamiania była skomplikowana i trwała dość długo. Stałam cierpliwie. W końcu zaproponowałam, że może Pani od pobierania mi pobierze, a w tym czasie ocknie się komputer. Panie przyjęły moją myśl innowacyjną. Nadal było bez kawy i ciemno.
Pani od strzykawki założyła mi opaskę uciskową i rzekła:
- Na drugi raz, jak pani do nas przyjdzie, proszę zabrać żyły ze sobą.
Sens tego żartu zrozumiałam po długim czasie. Ale obiecałam, że tak zrobię.
- No nic! Wkłuwamy! Tu cisza i po chwili : nie leci! Da Pani drugą rękę – powiedziała ta od strzykawki
- Dam. Nie jest lepsza. – powiedziałam i obróciłam się, by umożliwić pobranie z drugiej. Pani założyła drugą opaskę i wkłuła się ponownie
- Jest gorsza! Jak tak dalej pójdzie pobiorę Pani z dłoni. – powiedziała i poczułam lekki niepokój, bo gdzieś tam w tle czaiła się groźba.
- Ależ pani gruboskórna! – strzykawkowa wyraźnie nie miała pomysłu, jak się do mnie dobrać i obmacywała moje ręce szukając dogodnego miejsca? Pani tak zawsze?
- Ależ gdzie tam. Nigdy! – na tym etapie zaprzeczyłabym już wszystkiemu. Z gruboskórną przesadziła małpa niedouczona.
- Pani Basiu! Ma pani jakiś pomysł, co z tym zrobić?  - strzykawkowa zwróciła się do tej od komputera.
To, czyli ja -  trwało w bezruchu, bo tylko pacjent tyle zniesie.
Pani Basia oderwała się od reanimowanego komputera,  wstała i podeszła. Pomacała i rzekła: bierzemy z dłoni. Następnie wkłuła mi się w żyłę na prawej dłoni.
- Ledwo leci! Ależ jest leniwa. Pani opuści rękę, a ja się położę na podłodze – rzekła i przyjęła pozycję dość niebanalną, jak na gabinet pobrania krwi. Przyglądałam się temu z rosnącym zainteresowaniem.
 - Pani da lewą! Z niej pobierzemy do drugiej probówki – i wkłuła się w lewą, leżąc na podłodze.

Po czterdziestu minutach opuszczałam gabinet z obandażowanymi obydwoma łokciami od pobrań próbnych i zabandażowanymi dłońmi. Bo teraz leciało wszędzie.
Tymczasem zaniepokojony moją długą nieobecnością mąż wszedł do poczekalni w chwili, kiedy wszyscy oczekujący na swoją kolejkę głośno się zastanawiali,  co tak długo.
Operują tam chyba, powiedział jeden z nerwowych panów. Kiedy zobaczył mnie poczwórnie obandażowaną powiedział radośnie „A nie mówiłem!”

Przeszłam odważnie przed tym zgromadzeniem, nieświadoma, że napięcie sięgało zenitu. Po godzinie miałam podskórne wylewy na obu dłoniach i wyglądałam, jak ofiara przemocy.
Z wynikiem i posiniaczonymi dłońmi wróciłam do mojego lekarza.

- Nie jest dobrze! – mówi i przygląda mi się badawczo, spoglądając na moje dłonie.
- No nie jest! ręce mi okulawili i jeszcze się dowiedziałam, że jestem gruboskórna oraz cała leniwa.
- No proszę! Czyli nie tylko tarczyca?
- No nie! a czy ty mógłbyś mi Drogi Doktorze wyjaśnić, po co ja się tak męczę. Może ta moja leniwa tarczyca nie jest wcale taka zła i nie należy jej popędzać.
- Zła nie jest, ale jak jej nie popędzisz to mówiąc w wielkim uproszczeniu zrobisz się gruba i skretyniejesz. Bo leniwa tarczyca to spowolniony metabolizm oraz procesy myślowe.
- ŁO matko!  - poczułam niezwykły przypływ energii – Uwielbiam te twoje jasne komunikaty! Tylko nie to! Nie gruba i nie skretyniała! Dobra, dawaj te tabletki! byle dużo!
I w ten oto sposób, żądna kontaktu przyjaciółka wpłynęła na mój rozwój. Teraz o tarczycy już wiem wszystko.
I jeszcze zrozumiałam dlaczego, starsi ludzie opowiadają o swoich chorobach.
Bo to jest ten etap w życiu, w którym człowiek wreszcie zaczyna pojmować, jak działa jego organizm.
Fascynujące odkrycie.
Zwłaszcza jak nie działa!
Czytaj więcej »

Pismo

04:57

Na wszystkie kłopoty najlepszym lekarstwem jest praca i aktywność. Początek roku był wyjątkowo trudny, dlatego z wielką radością przyjęłam decyzję Rady Miasta Poznania o powołaniu w skład IV Kadencji Miejskiej Rady Seniorów. To dla mnie wielkie wyróżnienie i zobowiązanie. Miałam napisać o swoich planach związanych z pracą w MRS wcześniej, ale uroczystości rodzinne (liczne, rozbudowane w formie i bardzo angażujące) oraz śmierć Prezydenta Adamowicza kompletnie mnie wytrąciły z równowagi. Nominacja do Rady Seniorów ze zrozumiałych względów zeszła na plan dalszy.  
Wczoraj wróciła w centrum uwagi, bowiem otrzymałam zaproszenie na pierwsze spotkanie, które zgodnie ze Statutem Miejskiej Rady Seniorów zwołuje Prezydent.
Przeczytałam uważnie treść, by niczego nie przeoczyć i znalazłam taki zapis w porządku obrad:
- Wybór Przewodniczącego Miejskiej Rady Seniorów
- Przejęcie przez Przewodniczącego prowadzenia spotkania.

Nie trzeba mieć studiów filologicznych, by zrozumieć z tego zapisu , że w IV kadencji Radzie Seniorów będzie przewodniczył mężczyzna. I zgodnie z porządkiem obrad - najpierw dokonamy wyboru, który z sześciu panów obecnych w nowym piętnastoosobowym zespole pokieruje pracami Rady.  A potem wybranemu panu oddamy prowadzenie spotkania. Napisano? Napisano.
Wiedza o znaczeniu końcówek rzeczowników w języku polskim to materiał ze szkoły podstawowej.
Dawno nie poczułam się tak wykluczona. Nie napiszę nic o tym, co nasuwa się samo i mogłoby być argumentem, że tak nie powinno się  robić – o Karcie Różnorodności, o prawach kobiet, o szklanym suficie, o parytetach, o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn. Oszczędzę tego moim czytelniczkom i czytelnikom.  Mądrzejsi ode mnie napisali więcej i jak widać skuteczność jest mizerna.

Napiszę o tym, jak to działa w praktyce. Na własnym przykładzie. Otóż po przeczytaniu takiego zaproszenia, w którym jasno i wyraźnie wskazano, że mnie tam nie chcą, najpierw robi się człowiekowi (czytaj kobiecie!) przykro, skrzydła opadają i człowiek poszukałby kątka, żeby się schować. To trwa kilka minut w moim przypadku i zazwyczaj pomaga szklanka herbaty.

Potem idę do męża i pytam , co on o tym myśli? On nie widzi nic złego. No to się pytam, czy uważa, że byłabym złą przewodniczącą, skoro mam takie doświadczenie. Byłabyś świetna, słyszę i rosnę w środku. Ego mi się podnosi i nieśmiało zaczynam machać skrzydłami.
- No ale stoi jak byk - wybieramy przewodniczącego, a nie przewodniczącą! Pokazuję, żeby dotarło na co ma zwrócić uwagę!
- O! Faktycznie! no to się nie godź na takie traktowanie!
- Ja się nie zgodzę na pewno! Ale ty masz zobaczyć mechanizm, jak to działa. Widzisz teraz! Większość kobiet się nie odezwie, bo w tym przekazie jest ukryty podtekst – wybierzemy mężczyznę, bo będzie lepszy od kobiety. I zanim baba pomyśli, że to głupie myślenie, już się z nim pogodzi! I wycofa!
- Chyba masz rację – mówi, ale widzę, że problem go nie dotyczy.
Nic dziwnego - -nie jest kobietą.

Po krzepiącej próbie wytłumaczenia mężczyźnie czuję się ciut lepiej, ale tego typu zniewagi wymagają terapii lub przynajmniej konsultacji telefonicznej. Bo może jednak nie mam racji? I może jednak lepiej się nie odzywać? Dzwonię do pierwszej przyjaciółki. Opowiadam i słyszę : Nie wierzę! W Poznaniu takie coś?  Druga wrzeszczy, że w urzędach niczego się nauczyli i chyba siedzą jakieś matoły, skoro po strajkach kobiet, Kongresie Kobiet i pracy pełnomocniczki ds. równego traktowania, marszach i obchodach stulecia uzyskania praw wyborczych dają taką plamę.
Co wrzeszczała trzecia nie napiszę. Nie uchodzi!

Po tych rozmowach się wyprostowałam, skrzydła uniosłam i zamierzam walczyć o rzeczy ważne. Także o to, by MRS działała jak najskuteczniej. Przywołane pismo traktuję tylko jako dowód niezbity, że bardzo potrzebujemy refleksji nad językiem, którym się posługujemy na co dzień.
Tym bardziej, że teraz o języku mówi cała Polska. Tymczasem nie ma jeszcze żadnej definicji, co jest językiem nienawiści. Myślę jednak, że język nienawiści zawsze zaczyna się w pewnym sensie od wykluczania, które jest złe.

A zło trzeba wyrywać z korzeniami.
I w każdym miejscu.

 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
Czytaj więcej »

Bunt

06:12
Ciągle nie mogę się otrząsnąć po śmierci Pawła Adamowicza. Samo zabójstwo oraz jego okoliczności poruszyły mnie wyjątkowo mocno. Od tygodnia nie mogę zebrać myśli.
Kiedy dzieje się coś tak niesłychanie okrutnego, jak zabójstwo, mam wrażenie, że przestaję rozumieć to, co wokół mnie. Kiedy zabijają prezydenta, ginie moje poczucie bezpieczeństwa. Kiedy zabijają lidera, tracę siłę do życia i wiarę, że  należy się angażować, bo wszystko zależy od nas. Im jestem starsza, tym mniej pomagają piękne obrazki zbiorowego przeżywania żałoby. Pocieszam się, że być może to dlatego, iż Paweł Adamowicz był młody, w pełni sił i powinien żyć dla wspólnego dobra. I że stało się to w czasie niezwykłym. Wyjątkowo dużo straciliśmy. Jest we mnie bunt i niezgoda.

W ciągu minionego tygodnia mimowolnie wysłuchałam wielu komentarzy różnych ludzi. Starałam się je ograniczać do minimum. Bez nich rozumiem okrucieństwo tego, co się stało, bez nich umiem sobie wyobrazić skutki społeczne tego morderstwa. Bez nich także widzę rów mariański, który dzieli nasze społeczeństwo. Usilnie staram się jednak znaleźć sposób na budowanie mostów. Znaleźć siłę na przebaczenie, które jest niezbędne, by się porozumieć i dalej żyć.
Nie myślę tu wcale o przebaczaniu mordercy, politykom, którzy pluli i pluć będą na myślących inaczej, dziennikarzom pomniejszającym zasługi Pawła Adamowicza lub drugą ofiarę – Jurka Owsiaka. Mogę nie oglądać narodowej telewizji, by nie budować w sobie przekonania, że żyję w kraju wroga. Gorzej w sferze prywatnej. Staram się  znaleźć siłę, by tolerować w swoim otoczeniu osoby arbitralnie wypowiadające się o ściemie, oszustwach, hochsztaplerstwie i głupocie tych, którzy wierzą w oszukańcze machlojki zamordowanego Prezydenta i szefa Fundacji WOŚP. Mam na koncie kilkanaście takich starć, zerwane kontakty i marzenie, bym się już nigdy więcej nie spotkała z głoszącymi te poglądy. Ale jak nie spotykać z krewnymi? Rów mariański ominął mój dom i najbliższą rodzinę. Ale tylko najbliższą.
Paweł Adamowicz został dzisiaj pochowany ze wszystkimi honorami. Zabójca ugodził swoim nożem tysiące Polek i Polaków. Bez pomocy fachowców z tym poczuciem krzywdy raczej nie damy sobie rady. Może w tej sytuacji każdy z nas powinien przeczytać ten artykuł :
https://charaktery.eu/artykul/droga-do-przebaczenia-2049?fbclid=IwAR0blHyaWfVYjSZOWwkWuiiQMibXFNbBvkjVPWZgI4AASoX1aXG87p_VKJc

Znalazłam w nim taki fragment:
„W „Słowniku poprawnej polszczyzny” pod redakcją nieocenionego prof. Witolda Doroszewskiego (PWN, 1973) nie ma słowa przebaczyć ani wybaczyć. Są tam hasła nienawiść, zemsta, krzywda. Przebaczania zabrakło, słownik obywa się bez tego terminu. Życie – nie może. W życiu bez końca potrafimy wymieniać naszych krzywdzicieli. W życiu wybaczanie jest potrzebne.
Bogdan Wojciszke i Wiesław Baryła od lat opisują zjawisko, które nazywają polską kulturą narzekania. Jej centralnym elementem jest poczucie krzywdy. Aż 70 proc. Polaków uważa się za skrzywdzonych: przez rząd, nowobogackich, nowy porządek społeczny. Ale także przez los, dalszą rodzinę, rodzeństwo. Źródeł naszej krzywdy dopatrujemy się zwykle poza sobą, przede wszystkim w działaniach innych ludzi. Sądzimy, że inni powinni nam zadośćuczynić. W poczuciu krzywdy tworzymy krótsze lub dłuższe listy zdarzeń, które trzeba pomścić i ludzi, którym nie wolno wybaczyć. Boimy się, że przebaczając, zwolnimy winowajców z odpowiedzialności.
Że puścimy wolno tych, którzy powinni gnić w więzieniu naszej pamięci krzywd.
Phil Bosmans, flamandzki pisarz i zakonnik Zgromadzenia Misjonarzy w Montfort mawiał: tam, gdzie nie chce się przebaczyć, od razu powstaje mur. Od muru zaś zaczyna się więzienie. To więzienie jest w nas – w naszym umyśle i sercu. Jak wyjść z tej pułapki, na którą sami się skazujemy? Klucz do własnej celi więziennej mamy w ręku – pisał kardynał Stefan Wyszyński. To przebaczenie jest przywróceniem sobie wolności.”

Z  tej pułapki każdy musi wyjść sam. Szukam swojego klucza.
Z trudem.
Czytaj więcej »

Zdjęcie

09:21

To moje ulubione zdjęcie z dzieciństwa.
Mój początek wszystkiego. Ja, to ta siedząca na  balustradzie dziewczynka. Uśmiechnięta i szczęśliwa, tak jak powinno być szczęśliwe każde dziecko. Bez wyraźnego powodu. Ot! po prostu tak naturalnie. Na zdjęciu mam mniej, niż trzy lata. Tak wynika z moich obliczeń i znanych faktów, nie z opisu zdjęcia. Obejmuje mnie moja Mama. Widać, że też jest szczęśliwa. Ona jest szczęśliwa,  jak każda Mama, która ma zdrowe dziecko i dach nad głową. Zdjęcie jest zrobione na balkonie naszego mieszkania na Chwaliszewie. Być może uwieczniono na zdjęciu ten dzień, kiedy po raz pierwszy weszliśmy do naszego mieszkania. Rodzice wspominali, że kiedy obeszłam wszystkie kąty i nic nie budziło mojego zainteresowania, oświadczyłam „łanne mamy mieśkanie, ale teraz chośmy do naszego domu” i zdecydowanym krokiem opuściłam lokal.
Bo dom był tam, gdzie zabawki, czyli w mieszkaniu dziadków.
Zdjęcie zrobiono w czasach, kiedy fotografia była sztuką tajemną, a zwyczajny śmiertelnik po prostu nie miał aparatu. Wtedy w chwilach ważnych szło się do fotografa. Ufryzowany i odpowiednio odziany do zdjęcia delikwent wyglądał zawsze godnie i nieprawdziwie. Na tej fotografii, której autor jest mi nieznany, żadnej stylizacji nie ma. Samo szczęście i uroda jednej chwili. I fotograficzny zapis z początku wielkiej przygody, jaką jest relacja matki i córki.

Zdjęcie jest bezcenne, bo nie mam innego, na którym byłybyśmy tylko my dwie i w dodatku w takiej bliskości. Bardzo szybko odkryłam uroki niezależności i prędzej znaleźliby mnie zwisająca głową w dół na trzepaku lub oblatująca z chmarą dzieciaków chwaliszewskie podwórka, niż tulącą się do mamy. Potem kiedy już byłam starsza i wreszcie mieliśmy własny aparat fotograficzny, to Mama robiła zdjęcia. I znowu nie było okazji, byśmy sobie zrobiły wspólne. A później, przyszło aktywne życie i o utrwalaniu pięknych chwil nikt nie myślał. Po prostu przelatywały jedna za drugą. No i tak wyszło, że właściwie z Mamą to mam tylko to jedno zdjęcie z wczesnego dzieciństwa i cały szereg wspomnień, w których ona była najważniejsza. I oczywiście mój Tato, który z wielkim wdziękiem przedstawiał się znajomym, jako mąż swojej żony.  
Piszę o tym zdjęciu, bo wkrótce Mama skończy 90 lat. Będzie mnóstwo życzeń, kilka przyjęć i wiele pięknych chwil. Oczywiście zrobimy setki zdjęć. Będą kwiaty i wiwaty, wspólne śpiewy i smaczne jedzenie. Przyjadą krewni, przyjaciele i uczniowie. Na szczęście Mama uwielbia przyjęcia, gości i okrągłą rocznicę urodzin przyjmuje, jak dar niebios, nie jak dopust  boży. Przez te wszystkie lata udało jej się zachować radość życia i poczucie humoru. To na starość jest najważniejsze. Więc wszyscy się cieszymy, tym bardziej, że średnia wieku i dorobku gości będzie imponująca. Ministerstwo Kultury powinno objąć patronatem tę imprezę, ale może lepiej, że się nie kwapi.

Tymczasem patrzę na to zdjęcie, na moją uśmiechniętą i szczęśliwą Mamę i myślę sobie, co tu zrobić, by w wieku bardzo sędziwym nadal mieć apetyt na życie, mimo wszystkich przeciwieństw. Mimo demencji, ubytków słuchu i wzroku. Jak zachować radość? Kiedy próbuję podpytać Panią Starszą, z wrodzoną swadą odpowiada:
- Dziecko! A skąd ja mogę wiedzieć? Przecież ja wszystko zapomniałam i jestem całkiem nowa, bo tegoroczna. Zapomniałaś o tym?
Nie zapomniałam. Ale może właśnie w zdolności do zapominania tkwi sekret naszego odnawiania? Albo po prostu niektórzy ludzie mają większe zasoby witalnych sił?

Jeśli tak jest, to życzę sobie, by owe zasoby były dziedziczne.
A co!
Czytaj więcej »