Ty lepiej nic nie mów….

11:58

….bo ta małpa to wszystko opisze! - powiedziała moja serdeczna przyjaciółka do drugiej serdecznej przyjaciółki. I wszystkie zarżałyśmy radośnie. Ja na pewno rżałam z uciechy, bo los blogerów to podglądać i opisywać. I rżeć, jak się uda podejrzeć coś fajnego! A one – nie wiem! Ale też rżały. Może dlatego, że dzień był cudny i pogodnie nastawiał nawet do podglądaczy i opisywaczy, a może okoliczności przyrody sprawiły, że moje podglądanie i opisywanie wydawało się mniej irytujące. W każdym razie dyskusja nad tym, jak to ja sobie używam na blogu, obszczekując przyjaciół, zdominowała jesienno-letnie niedzielne przedpołudnie przy kawie. Zanim obszczekam po raz kolejny, chciałam zwrócić uwagę, że współczesny bloger piszący o swoim życiu właściwie ma obrzydliwie trudno, bo albo musi doświadczać jakiejś strasznej traumy i pisać o swojej walce, albo może pisać tylko o swoich zwierzętach, bo jedynie w tych dwóch przypadkach nikt mu nie zarzuci, że obszczekuje przyjaciół. Ja na szczęście doświadczam życia bez walki, za to mam wokół siebie ludzi niezwykłych, których bardzo lubię i życie moje jest bogate dzięki nim. No to się dzielę tym bogactwem obserwacji, jak czynił Kochanowski (np. fraszki dworskie) czy Mickiewicz (np. Pan Tadeusz). To tak dla przypomnienia!. Z pokorą stwierdzam, że z mniejszym talentem, ale z równym zacięciem korzystam z tego bogactwa przeżyć, którego mi KOCHANI i KOCHANE dostarczacie.
Więc do roboty.
W miniony weekend świętowaliśmy ważne rodzinne święto. Bardzo okrągłą rocznicę urodzin mojego męża. Kolejna zmiana prefiksu nie dodaje skrzydeł i wcale nie nastraja pozytywnie. Tym bardziej, trzeba było wymyślić coś, by nie tylko przeżyć ten dzień, ale jeszcze wzmocnić siebie na nowy etap życia.  
Postanowiliśmy spędzić ten dzień w gronie najbardziej bliskich przyjaciół i zafundować wspólny pobyt w atrakcyjnym, odległym od domu miejscu, posiadającym różne atrakcje oraz kucharzy i kelnerów. Polecam ten sposób, jako sprawdzony. Po raz pierwszy świetnie bawiłam się na imprezie, której byłam pomysłodawczynią i organizatorką. I żeby nie było wątpliwości – pieniądze, które wydaliśmy były dwukrotnie mniejsze, niż te, które wydałam 10 lat temu na imprezę z okazji okrągłych urodzin. Wtedy umordowałam się przed i po tak okrutnie, że, jak widać, tę lekcję od życia zapamiętałam na długo. I dzięki tamtemu doświadczeniu, szukałam innej formuły świętowania.
Zamiast urodzinowego obiadu z kawą, czy suto zakrapianej kolacji, płonących deserów i tortów ze świeczkami, szpilek i garniturów, był dobry hotel  w ładnym miejscu, smaczne jedzenie, wspólne uciechy w strefie SPA, ognisko, spacery po lesie, gra w kręgle i radość z bycia razem. Średnia wieku w naszej grupie była zbliżona do obchodzonego jubileuszu, więc wszyscy wyrośliśmy w tych samych klimatach. Śmieszyły nas te same dowcipy i bawiły podobne sytuacje. Sposób poprawiania nastroju także mieliśmy wspólny, ale wszystko z umiarem, bo średnia wieku nie tyle zobowiązuje, ile już nie pozwala na wyskoki i chwileczki zapomnienia. Choć muszę przyznać, że determinacja męskiej części zgromadzenia do pilnowania ognia rzuciła mnie na kolana. Wysiedzieć osiem godzin przy ognisku, to mi się nawet w najbardziej szaleńczych studenckich wyjazdach nie udało. A tu proszę jaka determinacja - nasi panowie umieli. I gdyby nie deszcz, to pewnie siedzieliby tam do końca świata. W wyniku tego wspólnego pilnowania ognia przeżyłam chwilę niezwykłą i bardzo inspirującą. Oto jeden z naszych gości, serdeczny przyjaciel, podszedł do mnie, mocno przytulił, zbliżył usta  do mojego ucha i wyszeptał – Masz fantastycznego męża! Jak dotąd mężczyźni w wyniku takiego zbliżenia gloryfikowali moje przymioty. A to kształty, a to talenty, czasem całokształt! I nagle -  masz babo placek!
Znak czasu? Czy tylko mąż nieprzeciętnie fantastyczny?
W tych zaskoczeniach nie byłam sama, bo po kres dni swoich zapamiętam minę mojej przyjaciółki, do której podszedł nagle jeden z biesiadników (nieznany jej wcześniej), przysiadł się bardzo blisko, objął ramieniem i zajrzawszy głęboko w oczy zapytał „No i jak kochanie? Jak się bawisz?” Kiedy zorientował się, że stan usztywnienia obejmowanego ciała jest co najmniej zastanawiający, odsunął się, przyjrzał z uwagą i bez najmniejszej konfuzji stwierdził „Ale grzywkę, to masz taką samą, jak moja żona”. No ale noc była późna, ognisko płonęło już wiele godzin,  a kolega ma kłopoty ze wzrokiem. Zresztą przyjaciółka szybko doszła do siebie i uznałyśmy zgodnie, że jednak lepiej kiedy pomylą cię z własną żoną, niż dowiedzieć się, że z fantastycznych rzeczy został mi już tylko mąż.

Jako formę wspólnej rozrywki polecam także grę w kręgle. Grałam po raz pierwszy w życiu i niby proste to ćwiczenie, a jednak najczęściej zaliczałam rynnę. Zaskoczyła mnie jednak inna przyjaciółka, która chyba wzmocniona wypitą metaxą, biła rekordy życiowe i wyczyniała cuda na torze. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że we wszystkich sportach, które dotychczas razem uprawiałyśmy, miała zawsze kłopoty z koordynacją ruchów. A tu proszę! Chwilami miałam wrażenie, że gdyby nie siła przyciągania, to by poleciała nad torem, z takim  zapałem, wdziękiem i zaangażowaniem rzucała kulą. A zachwyt na jej twarzy – niezapomniany widok.
Były także chwile pełne nostalgii i zadumy, jak to na dostojny jubileusz przystało. Jeden z naszych gości z troską przyjmujący fakt, że jubilat nie pije, przejął inicjatywę i natchnionym głosem zarządził: Panowie! Wypijmy zdrowie Witka! Chłop już nie pije! Trzeba wypić za niego i za jego zdrowie!

I takie to były naonczas gry i zabawy ludu polskiego!
I ja tam byłam!
I jadłam, i piłam!
A com widziała i podsłuchała,
Tom opisała!

 Bo takie prawo małp.

 
Czytaj więcej »

Kulturalne sznytki jednej emerytki

12:19

W najnowszym numerze mojego ulubionego „Coachingu” wyczytałam takie zdanie: „Aby uniknąć wypalenia, trzeba dbać o swój organizm przynajmniej tak, jak dba się o średnio lubianego psa: regularnie karmić, wyprowadzać na spacer i czasem pogłaskać”.

Autorem tego celnego spostrzeżenia jest podobno Wojciech Eichelberger, którego cenię za rzetelną robotę wykonywaną na rzecz upowszechniania zrozumienia człowieka w człowieku. Wszystkie jego artykuły pozwalały mi odkryć w sobie samej pokłady tajemne i często skutecznie wypierane. Nie dziwota, że myśl mi do serca przypadła. I została na dłużej. Tym bardziej, że jako zadeklarowana miłośniczka psów wyznaję zasadę, że nic, co psie, nie jest mi obce.
Po pierwszym zachwycie dla trafności tego spostrzeżenia przyszły jednak refleksje. No dobrze! Regularne karmienie rozumiem. Spacery także. W odniesieniu do człowieka myślę, że chodzi o zdrową dietę dostosowaną do potrzeb, a wyprowadzanie na spacer, to nic innego jak aktywność fizyczna. Rozumiem, stosuję i popieram. Nawet bym rzekła, że gotowość mojego organizmu do regularnego karmienia potrafi mnie zadziwić,  a umiłowanie aktywności fizycznej wyssałam z mlekiem matki i tak mi zostało. A więc nie ma żadnego konfliktu interesów.
A co z głaskaniem?
Tu jest kłopot. Szefa już nie mam, więc na uznanie w robocie nie ma co liczyć.  ZUS jest w kwestii głaskania mocno powściągliwy i jak czasem pogłaszcze, to się człowiekowi słabo może zrobić. Na męża (swojego!) też nie liczę, bo on już mi wszystko powiedział i nie będzie powtarzał. Poza tym mamy psa i w kwestii głaskania terierka mnie wygryzła! A głaskanie przez cudzego męża, niezależnie od wieku,  jest niebezpieczne. Zresztą - jestem już w okresie życia „wyglądasz dobrze” i nikt się do głaskania specjalnie nie pali. Z tych powodów trzeba to sobie jakoś samemu organizować.  I oczywiście myślę tu o głaskaniu, jako o doświadczaniu uczuć przyjemnych, wcale niekoniecznie dosłownie związanych z dotykiem.
W tej sytuacji najbardziej dostępna formą jest  samogłaskanie, czyli udział w kulturze i powrót do sprawdzonych z dzieciństwa sposobów doświadczania przyjemności – lektury i teatru. I tu zaczyna się problem, bo albo mam pecha, albo w kulturze dzieje się coś, co mnie wkrótce wykluczy z odbioru i pozbawi możliwości przeżywania przyjemności płynących z obcowania z kulturą. A już na pewno do cna wypali mój zapał.
Najpierw był cios czytelniczy. W ulubionym Radio Pogoda rozdawali książki. Zgłosiłam gotowość przyjęcia i w paczce przyszły dwie. Jedna z nich wydała mi się interesująca. Gruba powieść współczesnej autorki Marty Masady „Święto Trąbek”, zapowiadana jako „brawurowy debiut”  to historia trzydziestoparoletniej bohaterki, która miała być „mocną powieścią opisującą kondycję współczesnej kobiety”. Coś dla mnie! pomyślałam i dawaj, jak to dziecko naiwne, zaczęłam czytać. A potem z każdą stroną było gorzej. Jeśli to ma być prawda o współczesnej kobiecie, to znaczy, że żyję jednak na innej planecie,  bez żadnego związku z tym, co tutaj. Przeczytałam sto stron i nie zdarzyło się nic, co by uzasadniało dalsze czytanie. Za to miałam nieodparte wrażenie, że autorka postanowiła na język literacki przełożyć filmy pornograficzne (co jak wiadomo trudne bardzo, bo tam nawet dialogu nie ma) z drobiazgowym opisem wszystkiego, ubarwiając rozmyślaniami histerycznej bohaterki. PRZYJEMNOŚCI w czytaniu absolutnie ŻADNEJ! Chłam jakich mało! Po co to drukować?
No cóż wpadki się zdarzają, a darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda! pomyślałam sobie i z przyjemnością pchnęłam nieprzeczytany egzemplarz dalej.
Ale w poszukiwaniu przyjemności czytania nie ustawałam. Nabyłam amerykańską powieść (znowu gruba  tak, jak lubię) „Małe życie”. Wyboru dokonałam po rekomendacji znajomej, która nie mogła się oderwać i przez kilkadziesiąt godzin czytała bez przerwy. Też chciałam się zapaść w książkę, więc kupiłam tę „Wyśmienitą, niepokojącą powieść, która z portretu pokolenia zmienia się w mroczną, choć przepełnioną czułością historię. To poruszające studium ludzkiego okrucieństwa ma bowiem kontrapunkt: pokrzepiającą moc przyjaźni”(opis chyba z okładki).  Teraz widzę, że w tych moich poszukiwaniach jest jakaś potrzeba znalezienia wspólnego języka ze współczesnym pokoleniem i zrozumienia go. Męczę się z tą książką, podobnie jak z poprzednią. Główny bohater, zamożny nowojorczyk się samookalecza. Opisów cięcia, blizn, ropiejących sznytów przeczytałam już tyle, że teraz boję się wziąć tę podobno obyczajową powieść do ręki. Mam wrażenie, że krew, ropa, wymiociny pochlapią mi pościel. Jestem w połowie i ciągle jeszcze mam nadzieję, że kiedyś dotrę do tego, co w tej powieści miało być poruszające. Na razie nie ma nic. Ale liczę się z tym, że jeśli nie zrezygnuję, to zamiast przyjemności czytania i rozumienia świata, zostaną mi trwałe sznyty i sznytki  wydziergane na mojej psychice.  
Po wpadkach czytelniczych przeżyłam także traumę teatralną.  Poszłam na spektakl „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” w Teatrze Polskim w Poznaniu. Wyszłam tak przygnębiona i przybita, że kilka dni dochodziłam do siebie. Spektakl nie zostawia złudzeń – wszyscy ludzie są podli, źli i obrzydliwi. I kat, i ofiara są tak samo okrutni i okropni. Wśród trzynastu bohaterów same szuje i szubrawcy, a na scenie okrucieństwa i obsceny tyle, że wrażliwszym może się zrobić słabo.  Właściwie, to na okładkach książek lub plakatach teatralnych powinno być ostrzeżenie o możliwości wystąpienia trwałych szkód psychicznych u osób o mniejszej odporności. I może należałoby podawać jeszcze adres do sprawdzonego psychoterapeuty, który potem człowieka poskleja.
Jeden z moich przyjaciół napisał mi ostatnio o  wyrwie psychicznej, której doświadcza obecnie w związku ze zmianami w naszym kraju. Wszystkimi – politycznymi, społecznymi i kulturowymi, bo one się kumulują i wzmacniają nawzajem powodując rozpad człowieka. Myślę, że takich rozbitych, z wyrwą jest obecnie bardzo wielu. Dotychczas chroniłam swoją kondycję psychiczną dobrą zmianą literaturą i teatrem. Ale teraz tam jest strasznie i ….. byle jak.
No to jak się głaskać?
Z psami jednak łatwiej.

Czytaj więcej »

Niedziela na leżaku

08:49

Leżę sobie na leżaku w moim ogrodzie i myślę, jak to dobrze, że naród biega, jeździ na rowerze i uprawia różne sporty.
Bo jak w Poznaniu organizują maraton, biegi, albo inne sportowe pospolite ruszenie, to mieszkańcy Antoninka zostają na pewien czas odcięci od świata. To znaczy świat ich odgradza barierkami i mogą się tylko z tego swojego fyrtla wydostać przez specjalne śluzy. To jest zawsze kłopot, bo sportowe pospolite ruszenie w liczbie kilkuset lub kilku tysięcy rusza się ciągle, a policjanci puszczający przez śluzę honorują tylko i wyłącznie niebieskie koguty na dachu. O reszcie cierpliwie stojących w długiej kolejce myślą chyba, że skoro lubią mieszkać w Antoninku, to na pewno lubią też w niedzielę stać w kolejce do przejazdu przez śluzę i czekać na zmiłowanie oraz wystarczająco długą wyrwę w rozciągniętym pospolitym ruszeniu. Każdy, kto raz tego próbował takiego przejazdu, dobrze wie o jakich emocjach myślę.
Ponieważ trzymam się zasady szukania pozytywów w każdej sytuacji, poszukałam i w tej. Oto mam wolną niedzielę. Bo nikt do mnie i ja do nikogo nie dojadę. Nie ma rodzinnego obiadu i przygotowań z nim związanych, nie podam nikomu kawy z ciastem i lodami. Jest piękna pogoda i są tylko dwa biegi – wolny i wolniejszy. I możliwe spotkanie z własnym myślami, co wcale nie jest takie proste. Co więcej, mam wrażenie, że coraz więcej ludzi biega i może dlatego z myślami własnym spotykają się rzadziej. A z własną odpowiedzialnością to już chyba wcale. Ta refleksja nachodzi mnie zawsze, jak tylko dopadnie mnie rządowe radio i telewizja, albo przeczytam gazetę. No to leżę i sobie myślę o tym, co mnie spotkało w tym tygodniu.
Najpierw spotkałam pewną starszą panią. Pani była w wieku mocno dojrzałym i śmiało mogłaby być moją matką. W moim dzieciństwie o osobach w tym wieku mówiło się, że stoją już nad grobem. Dziś zupełnie nieadekwatne określenie. Poznałyśmy się podczas posiedzenia Rady Seniorów Miasta Poznania, na które zaproszono Rady Osiedli, by wspólnie dyskutować o poprawie losu seniorów w Poznaniu. Zanim Pani podeszła do mnie, dowiedziałam się, że jest znaną społeczniczką od lat zaangażowaną w ważny dla naszego miasta projekt. Celowo nie piszę jaki. To w tej historii nie ma większego znaczenia. Na tym spotkaniu prezentowałam naszą pracę konkursową „Poznań naszych marzeń”, w której zajęłyśmy się głównie losem seniorów we wszystkich etapach senioralnego życia – czyli od narodzin seniora w wieku ok. 55 lat (to opinia szczególnie popularna w aptekach!), aż do późnej starości, której granica coraz bardziej się przesuwa. Znam żwawych dziewięćdziesięciolatków, więc śmiało możemy mówić o okresie 40-letnim w życiu człowieka. Przy tej rozpiętości  trzeba pamiętać o bardzo różnych potrzebach tej grupy społecznej. Takie było główne przesłanie naszej pracy.

Po prezentacji Pani podeszła do mnie. I z niezwykłą energią potrząsnęła moją prawicą. Uścisk ręki  miała prawdziwie liderski. W oczach zdecydowanie i determinację. I choć postury była bardzo drobnej, to emanowała siłą i było widać, że duch w niej wielki.
- Świetne wystąpienie! Gratuluję pani! – usłyszałam i miłe ciepło rozlało mi się w okolicach serca. Ja proszę Pani bardzo się cieszę, że Panią poznałam. I chciałabym z Panią pracować, bo Pani ma świetne pomysły – ciągnęła dalej i wręczyła mi plik kartek z informacjami na temat projektu, w który jest zaangażowana.
Ale jedno muszę Pani powiedzieć: na młodych ( w domyśle młodych seniorów!) nie wolno dawać żadnych pieniędzy. Młodzi nie potrzebują! Wszystkie pieniądze muszą iść tu! – i znacząco poklepała plik dokumentów projektu dotyczącego rozwiązywania problemów późnej starości. Skontaktujemy się! – i energicznie odeszła pozostawiając mnie w absolutnym zadziwieniu.

Tego samego dnia wieczorem rozmawiałam z młodą osobą (5 lat po studiach), która uruchamia własny biznes. Rozmawiamy o rozwoju pożądanym w jej branży. Przemiła młoda kobieta opowiada mi o swoich planach podjęcia ważnych studiów podyplomowych, na które bezskutecznie próbuje się dostać. Gdyby je skończyła, podniosłaby swoje kwalifikacje. Bardzo jej zależy, ale ….
- …chętnych tylu, a miejsc mało! I nie wiem dlaczego przyjmują takich starych, po czterdziestce i starszych! Na co im te kwalifikacje! Przecież powinno się stawiać na młodych! Prawda? – i patrzy na mnie szukając zrozumienia.

Uśmiecham się i opowiadam o spotkaniu z seniorką-liderką, a opowieść kończę refleksją, że w każdym wieku stosujemy sprawdzoną metodę z piaskownicy – łopatką po łbie, jak nam ktoś coś zabiera i jeszcze krzyk, że nam robią krzywdę. Bo moje jest najmojsze – jak mawiał mój kolega z podwórka.
I wiek – jak się okazuje nie ma żadnego znaczenia.

Bo póki życia, póty łopatka.

 
Czytaj więcej »

Dobry magazynier to podstawa

12:31

Za oknem gabinetu wrześniowe późne popołudnie. W oddali słychać szum miasta. Cisza i spokój. Po drugiej stronie biurka siedzi dojrzały mężczyzna, który wykonuje badania neuro-psychologiczne pozwalające określić przyczyny zaburzeń pamięci i problemów z uczeniem się. Badanie jest powszechnie znane i niezbędne wielu osobom w różnym wieku i różnych sytuacjach zdrowotnych i życiowych. W naszym wielkim mieście na NFZ nie można go zrobić. Wypadło z oferty, bo za drogie. Trzeba prywatnie. Przymuszeni sytuacją życiową korzystamy z oferty Pana Doktora. Bo to psycholog i lekarz w jednym. Nie, żeby jakieś tam pospieszne kursy i udawany doktorat, tylko porządne studia na jednym i drugim kierunku, na porządnych uniwersytetach i w czasach, kiedy nie wszyscy musieli skończyć podjęte studia. Dlatego siedzę spokojna i ufna. Choć diagnoza nie dotyczy mnie bezpośrednio, to absolutnie wpłynie na moje życie. Więc odczuwam pewien niepokój, ale dużo mniejszy niż małżonek, który był podmiotem bacznych obserwacji i testów podczas kilku sesji. Właściwie najbardziej się niepokoję o sposób, w jaki Pan Doktor przekaże trudne prawdy, bo dobrze wiem, że komunikacja z pacjentem  naszej służbie zdrowia nie wychodzi. Podobnie zresztą jak wielu innym reprezentantom pozostałych zawodów.
Na biurku leżą kartki zapisanych testów, opinia Doktora i blok czystych kartek. Przystępujemy do omówienia wyników badań, które sprawdzały funkcje pamięci. W zapisanej opinii aż roi się od –izmów. Tekst nic nam nie mówi. Jest najeżony trudnymi słowami i nawet jakbym to sobie głośno przeczytała, to raczej trudno byłoby ogarnąć i wyciągać wnioski, co dalej z tym fantem zrobić.
Pan Doktor jednak wie do kogo mówi. Bierze pierwszą kartkę.
- to badanie sprawdzało, jaki jest zasób Pana pamięci, czyli pamięć długoterminowa. Mówiąc tak obrazowo, jaki Pan ma magazyn – tu Doktor odchyla się na krześle i z uwagą spogląda na mojego małżonka.
- Panie kochany – mówi taki odchylony patrząc z podziwem – KGB, CIA, GRU i ABW mogą się przy Panu schować! Pan to masz magazyn! Naprawdę pogratulować! Szpica w populacji badanych! – dorzuca. I patrzy oczami pełnymi uwielbienia i szacunku.
Mąż rośnie w sobie, jako właściciel magazynu, a ja z nim. No proszę!
Dumna jestem niesłychanie.
Szpica! – no!no!no!
- A teraz niech pan sobie wyobrazi, że do tego magazynu zatrudnił pan magazyniera. I tym testem badaliśmy, jak ten magazynier się sprawuje (pokazuje kolejną kartkę z przeprowadzonych badań). I tu proszę pana wychodzi niezbicie, że ten Pana magazynier, to jest taki lekko wczorajszy. Jakby był po imprezie. Już się ubrał w garnitur i umył zęby proszę pana, ale jak tylko chce coś zrobić, to mu tak jakoś zdecydowanie gorzej wychodzi. I on w tej robocie jest, ale pracuje na pół gwizdka. Sam Pan wie, jak to jest na kacu. I z tym magazynierem musimy zrobić porządek. To znaczy z pamięcią operacyjną.
Opowieść Doktora wywołuje wesołość u mnie i małżonka. Sedno wypowiedzi nie przeraża.
- A proszę mi powiedzieć dlaczego ostatnio często idę gdzieś po coś, dochodzę w to miejsce i zapominam, po co szedłem  – pyta mój małżonek oświecony właściciel magazynu i magazyniera. A ja, mimo rozbawienia, nadstawiam ucha, bo moja turystyka piesza ostatnio także wyraźnie się nasiliła.
- To jest proszę Pana kwestia latarki, jaką ma Pana magazynier. Bo  w tym magazynie nie ma żadnego okna, czy innego źródła światła. On jest lekko wczorajszy, a latarka ma luzy na przegubach, czyli może źle świecić. Latarka to uwaga.
Ale to są proszę Pana sprawy do wyćwiczenia. Potem nastąpił długi wykład, na temat funkcjonowania mózgu i zależności naszej kondycji od wielu banalnych rzeczy – poziomu stresu, diety, higieny życia  prowadzony na podobnym poziomie przystępności.
Wychodzimy lżejsi finansowo, ale przekonani, że wiele spraw nam się wyjaśniło. Prosto z gabinetu biegnę na basen, gdzie od lat ćwiczymy z przyjaciółką. Ona przyjeżdża zawsze na ostatnią chwilę, bo to strasznie zapracowana i zestresowana kobieta jest. Przebieram się w kabinie i myślę o wizycie u Doktora. Kiedy wyszłam z kabiny, widzę moją przyjaciółkę, która chichocze wychodząc ze swojej.
- Co jest? – pytam zaciekawiona niespodziewanym atakiem wesołości
- Pamiętaj! Jakbyś mnie tutaj nagle zobaczyła paradującą na goluśko, to mnie cofnij proszę, bo mogę tak wparować na basen. Przed chwilą w pośpiechu rozebrałam się, spakowałam metodycznie wszystkie rzeczy do torby, w kolejności gotowej do wyciągania i już zadowolona wychodziłam z kabiny. Jeszcze tylko odwróciłam się kontrolnie, by zobaczyć, czy nic nie zostało na ławce. I co ! A tam mój kostium kąpielowy leży na ławce, a ja goła i w klapkach gotowa do wyjścia, z ręką na klamce!
-  To twój magazynier. Widać też się wczoraj nawalił, jak stodoła i dziś jest wczorajszy. I też ma słabą latarkę – mówię spokojnie. Nie martw się, o ile się dogadam z moim, to Cię zatrzymam. Gorzej, jak mój też się zbiesi! To wtedy ty lecisz goła, a ja za Tobą. Z przyzwyczajenia – dodaję, a oczy mojej koleżanki robią się coraz bardziej okrągłe.
A ja odwracam się spokojnie i idę na basen poćwiczyć. Z nadzieją, że i mój, i jej  magazynier po zajęciach poświecą latarką w tym kierunku. I że potem wszystko jej wyjaśnię mądrze i naukowo.
Ale pewności nie ma! Bo u mnie też magazynier lekko wczorajszy, a latarka z luzami.
I co z nim zrobić?
Czytaj więcej »

O skutkach inicjacji po latach

05:17

Wszystko zaczęło się niewinnie. Siostra znalazła ogłoszenie na słupie telegraficznym na swoim osiedlu. Ponieważ marudziłam od dawna, że chciałabym znowu wrócić do tej formy rozrywki, zadzwoniła i radośnie przekazała mi informację o swym znalezisku. Fajno – pomyślałam i bez ociągania zadzwoniłam pod podany w ogłoszeniu numer kontaktowy. Odezwał się bardzo miły męski głos i kiedy usłyszał w jakiej sprawie dzwonię, natychmiast przeprosił, że teraz nie może rozmawiać, ale oddzwoni wieczorem. Oddzwonił. I odpowiedział rzeczowo i wyczerpująco na wszystkie moje pytania. Nawet jeśli miałam jakieś wątpliwości, to rozwiał je natychmiast. W końcu, jak człowiek o czymś ciągle myśli i chciałby przeżyć coś raz jeszcze, to podświadomie do tego dąży a wtedy trudno nie skorzystać z okazji. Tym bardziej, że pan zapewniał mnie, iż sobie poradzę. Gotowość do udziału w tym spotkaniu rosła we mnie z każdą chwilą. Tak rosła, że przysłoniła kompletnie refleksje na temat moich ewentualnych predyspozycji. Tak rosła, że namówiłam do udziału moją przyjaciółkę, która też kiedyś praktykowała, po czym przestała i teraz by znowu chciała. No to jak już dwie chciałyśmy, to nie było siły. Bo jak się baba uprze…
 A jak dwie?
Punktualnie stawiłam się w wyznaczonym miejscu. Przed wejściem gromadzili się ludzie. Wszyscy z mojej piaskownicy, czyli panie i panowie z głowami przyprószonymi siwizną (jeżeli jeszcze było co przyprószyć). Stałam z boku, jak dziewica przed inicjacją i powoli docierało do mnie, na co się zdecydowałam. Kiedy zaczęłam odczuwać rosnący niepokój, czy podołam, przyszedł sms od przyjaciółki, która też chciała, z informacją, że utknęła w korku, ale jedzie. W tym samym momencie otwarto drzwi umożliwiając wejście do klubu. Na ewentualną ucieczkę już było za późno. Trudno raz kozie śmierć! Kto, jak nie ja? Kiedy, jak nie teraz? – pomyślałam i poszłam razem z innymi do sali.
Jeśli dotychczas zebrani ludzie robili wrażenie zupełnie niegroźnych i wyluzowanych, to teraz nagle ożyli i z werwą rzucili się do pracy. Ustawiali stoliki, nakrywali zielonym płótnem, rozstawiali jakieś pudełka i wszyscy rozmawiali o zwycięstwach i spotkaniach. A jeden z panów powiedział, że w sobotę leżał bez jednej[i], co wzbudziło zainteresowanie słuchających.  Kilkakrotnie zapytano mnie, czy mam partnera[ii]. I kiedy widzieli moje wahanie, to natychmiast pytali, czy już kiedyś próbowałam?
Oj tak! Czterdzieści lat temu! – odpowiadałam z wdziękiem, bo w tym towarzystwie czterdzieści lat to po prostu trochę czasu, a nie epoka lodowcowa. W ciągu kilku minut wszyscy siedzieli przy stolikach, tylko ja ciągle, jak ta dziewica stałam z boku, nadal nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Podeszłam do prowadzącego, bo wreszcie zrozumiałam, który to. A ten elegancki i sympatyczny Pan rzekł bez najmniejszego wahania:
- A to Pani do mnie dzwoniła! Proszę usiąść do stolika!
- ale ja … czterdzieści lat….
- Poradzi sobie pani – usłyszałam i poczułam na sobie zniecierpliwiony wzrok wszystkich zebranych. No to usiadłam przy jedynym niepełnym stoliku. Męskim. Spojrzałam na mojego partnera i nie zobaczyłam na jego obliczu radości z faktu, że ze mną gra. Delikatnie mówiąc miał raczej niesmak na twarzy. To był ten, co w sobotę leżał bez jednej. Nie dziwię mu się wcale, bo ponowna brydżowa inicjacja po czterdziestu latach przerwy, to może być niezła jazda. I znowu miałam taki pomysł, żeby uciekać. Albo napisać sms do przyjaciółki, która utknęła w korku, by zadzwoniła z informacją o pożarze, podłożyła bombę lub zrobiła cokolwiek, bym mogła uciec. Z honorem oczywiście. Ale już na wszystko było za późno.
Czułam suchość w gardle, mrowienie kończyn dolnych, sztywność karku i pomroczność jasną. Jezu! Mało, że gra w brydża to zawsze niepokój i emocje, to tu jeszcze jakieś pudełka na stole, zamiast jak to w szkole bywało, talii kart i kartki do zapisu. 

W co ja się wpakowałam? O co chodzi z tymi pudełkami. I oczywiście wszyscy wszystko wiedzą, tylko ja, jak ta ciućma,  nic nie rozumiem. Co ja mam z nimi zrobić? W oczach musiałam mieć śmierć, bo siedzący z prawej starszy pan powiedział spokojnym głosem:
- Niech pani wyciągnie swoje karty! O tak! – wyjął je z przegródki pudełka i podał. Matko! Gdyby był młodszy pewnie, by wrzasnął, ale senior oparty na lasce reaguje inaczej. On już wie, że trzeba cierpliwie.
Takie zaćmienie, żebym ja kart nie umiała wyjąć? Partner przyglądał mi się z lekkim niedowierzaniem na twarzy. Na szczęście punkty liczyć umiem i chyba to się przez te wszystkie  lata nie zmieniło. – pocieszałam się jak mogłam.
Potem jeszcze tylko musiałam z pomocą moich stolikowych kolegów zrozumieć, jak się w tym towarzystwie licytuje, wykorzystać drugie pudełko stojące przede mną, by wylicytować z partnerem kontrakt i spocona, jak mysz rozegrać pierwszą grę. Leżałam bez jednej. Dopiero, kiedy skończyła się pierwsza gra, zrozumiałam,  na czym polega gra w brydża sportowego i dotarło do mnie, że właśnie wykonałam swój karciany skok na bungie. Całkiem nieświadomie z towarzyskiego brydża, w którego grałam z radością przez kilkanaście lat, przesiadłam się do stolika wg reguł brydża sportowego. Że jest, wiedziałam, ale na czym polega? Kompletnie nic!
I w ten sposób przeżyłam jedno z trudniejszych życiowych doświadczeń. W dodatku na warsztatach dla seniorów, gdzie wśród zebranych zdecydowanie obniżałam średnią wiekową. A po półtoragodzinnym spotkaniu byłam tak umordowana, jakbym wykonała solidną fizyczną robotę. Nie dziwota – brydżowy organ był nie używany od prawie czterdziestu lat, a ja w dodatku sport uprawiałam. HA!
Uruchomienie musiało boleć!
Ale było warto!




[i] Leżeć bez jednej – w języku brydżystów wziąć o jedną lewę za mało w stosunku do licytowanego kontraktu
[ii] Mieć partnera –  inaczej para, bo w brydża gra się parami,
Czytaj więcej »

Jestem jak kopalnia

13:08
W porannych wiadomościach usłyszałam, że kopalnia w X zostanie zamknięta, ponieważ okazała się „trwale nierentowna”. Nie usłyszałam kiedy, nie pamiętam gdzie. Ale „trwale nierentowna” wbiło mi się w głowę i zatrzymało mnie w biegu. Ja czasem mam jakiś problem z ogarnianiem rzeczywistości, ale głupotę językową lub manipulację wyłapuję szybko i zapamiętam natychmiast. Kopalnia w X miała być zamknięta już dawno, ale wszystkie kolejne rządy ulegały, a ekipy startujące po władzę we współpracy ze związkami obiecywały. W ten sposób rentowność kopalni uzależniona była od liczby polityków zaangażowanych w sprawę. I koniunktury. No i teraz, po kilku miesiącach w duchu dobrej zmiany, kopalnia okazała się być jednak trwale nierentowną i ją zamkną. Bo przedtem była tylko nierentowana. Ten przysłówek jest tutaj bardzo istotny. Bo TRWALE nierentowną kopalnię trzeba zamknąć, a w nierentownej można zrobić wiec - na przykład!

Najlepiej poparcia dla tego, który obiecuje.
Jak tak człowiek posłucha tej głupizny, to naprawdę może poczuć, że mu się zwoje grzeją. I wszystko byłoby nawet zabawne, gdyby nie to, że to prawda i że to się dzieje w moim kraju. Od momentu jak nowa władza objęła stery, każdy dzień przynosi takie wiadomości, że rozsądnemu i racjonalnie myślącemu człowiekowi włos się jeży. I kiedy rozmawiam z różnymi ludźmi raczej nie spotykam poparcia dla tych decyzji. Natomiast największe niebezpieczeństwo, jakie widzę jest nie w tym że głupizny przybywa, ale w tym, że powoli następuje proces przystosowania do głupoty i milczącej zgody na nią. Bo wszystko przecież dzieje się w majestacie prawa i za zgodą suwerena.

W Poznaniu rozpoczęły się już doroczne spotkania Kuratora z dyrektorami szkół. To ważne konferencje, bo na nich przekazuje się informacje istotne dla organizacji oświaty. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że w tym roku są one wyjątkowo oczekiwane, bo rewolucyjne zmiany zapowiedziano suwerenowi w czasie wakacji. Licząc chyba na to, że suweren w szale wakacyjnych uciech nawet nie zauważy zapowiedzi likwidacji szkół, niszczenia dorobku wielu ludzi i społeczności i realnego zagrożenia utraty pracy przez bardzo wielu nauczycieli. Kuratorzy muszą się spodziewać, że wszędzie padną te same pytania o wszystkie niewiadome związane z zapowiedzianymi zmianami. I wcale nie myślę tu o kosztach w skali globalnej czy sensowności takiej zmiany, choć przecież żadnej dyskusji społecznej na ten temat nie było. Myślę o niepewnym losie tysięcy nauczycieli zatrudnionych w gimnazjach i o naszych samorządach, które za te zmiany zapłacą z naszych pieniędzy. Nawet w domowym budżecie na wszystko trzeba mieć kasę.
W Poznaniu Pani Kurator zarządziła strategię na przeczekanie. Z programu konferencji usunięto możliwość zadawania pytań, a potem uspokojono wszystkich, że Pani Minister napisze do Dyrektorów list i w nim odpowie na wszystkie pytania. Rozumiem, że Pani Minister, z racji swego stanowiska, ma jak wiadomo wiedzę tajemną i potrafi odpowiedzieć nawet na pytania niezadane.
Przeżyłam w oświacie niejedną reformę i nie pamiętam, by którakolwiek zmiana wprowadzana była przy aprobacie wszystkich. Były pytania, tarcia, dyskusje. Nawet awantury.
A teraz jest milczenie.
I ono mnie przeraża.
Na szczęście – ja mogę być, jak ta kopalnia TRWALE NIERENTOWNA. I mogę się zamknąć.

Ale co z resztą?
Czytaj więcej »

Duchy przeszłości

03:34
Wakacje to okazja do podróżowania i oczywiście obserwacji. W czasie tych wakacji przemieszczałam się po kraju z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy. Dziś wróciłam z kolejnej wyprawy i związanego z nią odkrywania tego, co na co dzień w moim życiu nieobecne. I teraz mogę już stwierdzić na sto procent, że sugestie, iż wraca nam PRL są mocno przesadzone. On nie wraca, bo on nigdzie nie poszedł. Siedzi sobie cicho w kątku i czeka. A tam, gdzie ma warunki rozwija się w pełnej krasie i staje się dla jednych mekką, a dla innych atrakcją turystyczną.

W Kudowie, w centrum uzdrowiska jest knajpa o wdzięcznej nazwie „Kosmiczna”. Z pewnością jest to  miejsce uświęcone potem i nadludzkim wysiłkiem wielu kuracjuszy i turystów. Niejeden tam zapomniał o bożym świecie i zaleceniach dietetyków i lekarzy. Ale chyba właśnie na tej wspólnocie wspomnień i przeżyć budowany jest obecny program marketingowy tego lokalu z dancingiem, bo przed knajpą stoi duży baner, informujący, że tu wszystko jest jak dawniej, czyli w PRL-u. Tak grają i tak karmią. Z pewną nieśmiałością weszłam do środka. Było samo południe, więc pusto. Jeszcze nie było chętnych na schabowego z kapuchą, a ci od śledzika odsypiali pewnie nockę. W szatni (prawdziwej z numerkami i ladą!) nikogo. Do toalet za drzwiami z lat 70. przezornie nie zaglądałam. A w sali konsumpcyjnej można by bez żadnego retuszu kręcić „Wodzireja”. Faktycznie wszystkie meble i cały wystrój z obowiązkowym sztucznym kwiatkiem w fajansowym wazoniku pochodził z tamtych lat. Nawet pachniało starym smrodem nikotynowym. A w tle z głośników muzyczny hymn wszystkich tęskniących, czyli „Gdzie te prywatki”.  Obsługi ni widu, ni słychu, więc uciekałam szybciej niż weszłam. Jednak bardzo mnie zastanowiła nazwa „Kosmiczna” – że niby taki kosmiczny odlot? A może stałym bywalcem był nasz kosmiczny lotnik? Nie dowiedziałam się tego, bo nie było kogo zapytać, ale wyjechałam z Kudowy z przeświadczeniem, że mają tam lokalny wybryk natur(aln)y. I już.
W czasie podróży nad morze, zamiast zwiedzać ogrzane słońcem kioski z goframi przy plaży,  oddaliliśmy się w głąb lądu, bo jak długo można się trząść z zimna na brzegu. Wyszukałam w necie atrakcje Słupska i tam wskazano popularną karczmę, jako jedno z dziesięciu obowiązkowych miejsc. Chciałam do niej  zajrzeć, bo pamiętam karczmę sprzed lat. Byłam tam pod koniec lat 70. zaproszona przez ówczesnego mężczyznę mojego życia. Może dlatego karczma zrobiła wtedy na mnie ogromne wrażenie. W ubiegłym tygodniu przejeżdżaliśmy obok w porze południowej kawy lub lekkiego posiłku. Postanowiliśmy odwiedzić to miejsce i sprawdzić, jak się ma. Zacznę od plusów. Toalety są wyremontowane i porządne i tylko w nich nie ma nawiązań do minionej epoki. Sala konsumpcyjna chyba bez żadnego retuszu, bo taką pamiętam. No ale karczma, to karczma i musi mieć drewniane proste meble i siermiężność w wystroju, choćby to była wszechobecna i modna za Gierka boazeria. Tyle, że teraz to już nie zachwyca.
Natomiast obsługa wprawiła mnie w osłupienie. Usiedliśmy w kącie kompletnie pustej sali. Po chwili od okienka, przez które kelner odbiera posiłki, oderwała się pani kelnerka. Zanim do nas podeszła, z ociąganiem charakterystycznym dla osób skupionych na czymś bardzo ważnym, odłożyła zapalonego papierosa i z dostojeństwem kelnerki z lat 70. podpłynęła do naszego stolika. Podpłynęła, bo w jej ruchu było wszystko z tamtych lat – dostojeństwo właściwe temu, który ma władzę, stateczność podkreślająca poświęcenie i misję jej profesji i lekka niechęć do tego, kto przerywa sumienne wykonywanie pracy. Kto z nas starszych nie pamięta tej mieszanki? No więc podpłynęła do nas dwukrotnie, raz by rzucić na stół solidnie oprawione menu i po chwili , by zebrać zamówienie. Za każdym razem z nieukrywanym z zaciekawieniem przyglądałam się temu, co czas z nią zrobił. Pani miała swoje lata i po twarzy, ogólnej kondycji i płynnym ruchu wnioskuję, że 40 lat temu obsługiwała mnie w tym lokalu. Makijaż – mocny i wg kanonów z tamtych lat miała taki sam, jak wtedy. Czarne mocne kreski uważnie śledziły deski sufitu, kiedy nawiązywała z nami kontakt. Zawsze, kiedy odpowiadała na nasze pytania patrzała w górę, jakby tam szukała pomocy. Albo zmiłowania. Natomiast w ciemnych włosach z wyraźnymi siwymi odrostami miała wpleciony …wianek, jako dopełnienie stroju ludowego, który miała na sobie. Nie jestem etnografem, ale mam wrażenie, że wianki to raczej nosiły młódki i chyba ktoś czegoś nie dopilnował. Informacji na temat dań udzielała fachowo, z wyraźnym znudzeniem recytując słowo w słowo zapisy objaśniające potrawy w menu. I oczywiście unosząc oczy  w czarnych obwódkach ku sufitowi i odchylając wianek. Widok był raczej upiorny.
Dania, które nam przyniosła, były niesmaczne. Moja regionalna polewka z grzanką, była zwyczajnym wywarem na dwóch grzybach z dodatkiem soku z kiszonej kapusty, a grzanka z serem przypominała otłuszczony papeć. Po prostu zemsta kucharza. Podobnie w przypadku innego specjału, gruszki na ryżu z bitą śmietaną, którą wzięła moja przyjaciółka. Mina, z jaką dziobała w talerzu mówiła wszystko, a jest to osoba deklarująca się jako ta, która zawsze ma apetyt i wszystko lubi. Kawa i piwo nie budziły naszych wątpliwości. Ale deklaracja, że w tym lokalu od 1969 roku pielęgnują tradycję jest bardzo prawdziwa. Za bardzo jak na mój gust. Wniosek - warto czasem spróbować tego, co się pielęgnuje.
Bliski kontakt z ofertą gastronomiczną w czasie lata to doświadczenie na niejeden post. Bo co powiedzieć o sprzedawcy lodów w Kołobrzegu, który porozumiewa się z klientami bez słów, jeno gestem. Najpierw charakterystyczny ruch brodą w stronę zamawiającego, potem kiwnięcie głową, następnie wyciągnięta ręka po kasę. Widząc ten proceder wnuczka mojej przyjaciółki zapytała z troską „Babciu! Czy ten pan nie mówi?”. I pryszczaty młodzian sprzedający lody odpowiedział ludzkim głosem

- „Mówi, ale po co?”  
No i na takie dictum, to ja już nie miałabym odpowiedzi. I pewnie chęci na lody.

Albo inna historia przywieziona również z Kołobrzegu. Przyjaciółka w smażalni kupowała usmażone ryby dla swojej rodziny i chciała je zabrać do domu obok. Przywołana do okienka podeszła i widzi taką scenę: sprzedawczyni zważyła pokaźną porcję położoną na papierowej tacce i sięga pod ladę, spod której wyjmuje używaną torebkę foliową i próbuje w nią włożyć zważone, gorące ryby. Na protest mojej przyjaciółki i jej sprzeciw „Przecież ta torba była używana i ja nie wiem, co w niej było” pani wzniosła się w swym oburzeniu na wyżyny intelektu i odpaliła:
- A co niby miało być – świński ryj?
Jednak szczytem wszystkiego jest zaobserwowana podczas letnich wojaży w Wielkopolsce  nazwa sieci wiejskich sklepów „Cho no tu”. Rany, ile w tym finezji.

Dlatego kocham wakacyjne wyjazdy do obcych krajów, bo nawet, jak się trafi przypadek trudny, to w obcym języku. I ja po prostu nie rozumiem.
No i duchy przeszłości nie straszą, bo ich tam chyba nie ma. 
Czytaj więcej »