Zmowa

23:30

Los mnie doświadczył kolejnym mężczyzną mikrej postury, który stanął na mojej drodze. Mam ostatnio szczęście do niedużych. Ten nowy pojawił się równie niespodziewanie i równie silnie zaistniał, jak opisywany w poprzednim poście Polak Mały. A wszystko z powodu wielkiej potrzeby odrestaurowania i zrestartowania mojego Małżonka, który ostatnio podupadł na zdrowiu w wyniku  różnych niesprzyjających okoliczności.
Ucieczka na Turecką Riwierę powiodła nam się znakomicie. Trafiliśmy do hotelu nad samym morzem pełnym Rosjan. Tu nawet w obsłudze są Rosjanie, bo jak wiadomo tam dom mój, gdzie dają kasę. Mam wrażenie, że jesteśmy jedynymi osobami w tym wielkim hotelu, które nie mówią po rosyjsku. A ja się ćwiczę w cierpliwości, bo zwrot „Wy ruska? Wy otkuda?” brzmi w moich uszach, jak smagnięcie biczem. Z gracją odpowiadam, że jestem Polką i NIE ROZUMIEM. I czasem wydaje mi się, że ja nie w Turcji, tylko w jakiejś republice rosyjskiej się znalazłam. Ale to jednak ciągle Turcja.
A w każdym tureckim hotelu jest turecka łaźnia. Byliśmy z Mężem w takiej kilkanaście lat temu i skończyło się to dla mnie przerwaniem zabiegów parowych, bo okazało się, że mam serce. I ono jednak łaźni nie lubi. Wyklepali mnie wtedy, nałożyli maseczkę i owiniętą ręcznikami zostawili w spokoju. Mąż mój skorzystał z całego pakietu i odnowiony całkiem brylował potem przy basenie ściągając na siebie kuszące spojrzenia rodu niewieściego. Na mnie pies z kulawą nogą nie spojrzał, bo mało, że nieodnowiona byłam, to jeszcze świadomość,  że mam serce i ono może mnie nie słuchać i na przykład przestać równo pracować, dodała mi lat. Ale w pamięci po tamtym pobycie pozostały mi zachwyty Małżonka nad skutecznością zabiegów.
Dlatego namówiłam go, byśmy ponownie skorzystali z dobrodziejstw łaźni tureckiej. Łapacze klientów  z miejscowej „Turkish bath” mieli szczęście rozlane na twarzy, kiedy sami, dobrowolnie  weszliśmy na ich terytorium z prośbą, by nam pokazali, co mają.
„Wy ruskie” – zapytali.
Niet. My z Polszy. Pokazali. Dali „dobra cena”. Umówili. Poszliśmy.
W wyznaczonym czasie szłam na zabiegi z pewną nieśmiałością, ale w planie „B”, miałam ucieczkę z dusznej łaźni, bo tylko tam – ja i moje serce - mogliśmy mieć kłopoty. Mąż z radością, bo tak stargował cenę za zabiegi, że od właściciela otrzymał ksywę „staryj jewrej”.
O umówionej godzinie przy wejściu czekała na nas para naszych oprawców. Na męża czekała niewiasta. Przypominała Tajkę, która na wyspie Koh-czang katowała mojego męża ku uciesze jego i okolicznej tajskiej ludności, słuchającej z lubością jego jęków roznoszących się po okolicy, bo masowali nas wtedy w salonie masażu prawie pod gołym niebem. Po dwóch latach mąż mój wspomina tamtą panią z wielką lubością.
Na mnie czekał ON. Był wzrostu siedzącego psa, solidnej krępej postury, do pasa goły, a od pasa owinięty jedynie takim bawełnianym ręcznikiem zakrywającym całą resztę. Ręce miał złożone na piersiach. Twarz skupiona. Wyglądał, jak zawodnik sumo przed walką.
Przeczucie mówiło - uciekaj kobieto!
Ale ja poszłam za nim, bo nic tak nie osłabia czujności, jak pobyt w hotelu, gdzie karmią 5 razy dziennie i poją, ile kto chce. Trochę miałam nadzieję, że zrobi mi się słabo w łaźni i wyjdę z honorem. Tymczasem nic mi się nie zrobiło w grocie solnej, saunie, łaźni. Nic. Nic przy peelingach i przy masażach w pianie  Czujność mi spadła i potulnie poszłam na masaż ciała.
Milczący i skupiony oprawca położył mnie na łóżku do masowania i rozpoczęła się nasza wojna. Bezbłędnie naciskał, dusił i ucierał wszędzie tam, gdzie ból pojawiał się natychmiast, docierał do mózgu i drążył. Już po chwili wiedziałam, że fotel dentystyczny to dziecinna igraszka w porównaniu z masażem. Przy masażu pięt podskakiwałam tak wysoko, że masażysta wyraźnie zwątpił. Naciąganie palców u nóg z trudem wytrzymałam w milczeniu. Łydki bolały, jak diabli, przy udach myślałam, że umrę. Ratowała mnie myśl, że nie jestem stonogą i wkrótce będzie koniec tej udręki. No ale potem były plecy. Skupiony masażysta, który na pewno w chwilach wolnych trenuje sumo, potraktował mnie łokciem, kolanem, kamieniami i za każdym razem odkrywał moje bogate bolesne wnętrze, o którym dotychczas nic nie wiedziałam. Zakończył masażem głowy, a efektem końcowym było naciąganie kręgosłupa do tego stopnia, że włosy stanęły mi dęba i z takimi opuszczałam jego gabinet. Przez cały czas milczał, od czasu do czasu powtarzając jedynie „niebojsia” ewentualnie szemrał coś pod nosem w zupełnie nieznanym języka.
Po pół godzinie wymasowana i ustawiona do pionu łącznie z włosami, zległam w pomieszczeniu do relaksu, gdzie nałożono mi maseczkę upiększającą i podano czaj. Obok, również z maseczką, leżał mój mąż – znaczy staryj jewrej. I jak już tak całkiem dobrze mi się zrobiło, do naszego pomieszczenia weszli właściciel tego miejsca uciech cielesnych, mój skupiony zawodnik sumo, dwóch innych kierowników znających języki i piąty przypadkowy.  Wszyscy stanęli nad naszymi leżankami.Kierownik spojrzał na mojego męża z wyrzutem i rzekł
- „on gawarit (tu wskazał milczącego zawodnika stojącego znowu jak przed walką) „szto twaja żena sto lat nie masowana. U was ból spiny jest? Ja was postawliu na szestć miesiacza. Ja mam dla was dobra cena na masaż.” Wszyscy kiwnęli głowami.
Stali nad nami, jak jakaś turecko-rosyjska mafia. W dodatku człowiek w maseczce i w pozycji horyzontalnej jest mniej wojowniczy. Strach było odmówić. Poza tym wyrzuty sumienia poczułam od razu. Sto lat. Faktycznie. Jak można tak się zaniedbać? Tak się po prostu NIE MASOWAĆ! Skoro cały świat dba o body i tylko mnie moje body w niczym nie przeszkadza.
No nie przeszkadzało, bo ten od sumo mi już udowodnił, że jednak i nawet bardzo.
Mąż mój rzucił na mnie okiem spod maseczki i rzekł: no sama widzisz. Masować się trzeba! Trzeba się wziąć za siebie.
- Kakaja ciena? –zapytał
- Dla was – choroszaja! – rzekł właściciel gabinetów.
- Ja was żdu utro ransze – powiedział mój zawodnik spoglądając wymownie w moje oczy i odszedł.
I teraz mam go codziennie. A rano budzę się z myślą, że to jakaś zmowa małych facetów, którzy chcą mnie wykończyć.
Tiepier mieżdunarodnaja.

Czytaj więcej »

Polak Mały

05:15
Pojawił się w moim życiu przez zbieg okoliczności. Niesprzyjających rzecz jasna. Nie zareagowałam dość mocno i stanowczo, gdy tylko mignął mi na horyzoncie. Przespałam, kiedy przekraczał próg mojego ogródka. A teraz, kiedy wita się z gąską (chyba GESIĄ!) i mości się wygodnie w moim otoczeniu i życiu, mogę sobie tylko napluć w brodę.
Mam go. Jak dopust boży. Jak dowód rzeczowy, że gdy Pan Bóg chce kogoś ukarać to mu rozum odbiera i bliźniego podsyła. Mam go.
Polak Mały spędza mi sen z powiek. Przyglądam mu się z bliska, a każde spotkanie z nim wprawia mnie w takie przygnębienie, że nic, tylko dołek sobie wykopać. Jest podejrzliwy, zawistny, nieufny, arogancki, wszechwiedzący i przekonany o nieomylności. Podsłuchuje, podpatruje, węszy. Nie zgadza się z nikim i z niczym. Rządzi, nakazuje, wymaga. Najpierw nie mogłam uwierzyć, że to może być prawda. Wychowałam się i żyję wśród ludzi, którzy nawet w ostrym konflikcie trzymali fason. Teraz uczę się, że konflikt można zbudować wszędzie i dorobić do wszystkiego. Należy go odrobinę tylko pielęgnować, a potem sam wyrośnie, jak barszcz Sosnowskiego.  Poparzy, rozrośnie i w końcu zabije wszystko.
Polak Mały buduje koalicję, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami, wywęszonymi niusami z kim się da. Byle tylko zyskać stronników i żołnierzy. Podsyca niepokój, sieje zamęt i powoduje, że nawet najbardziej ufni zaczynają się gubić w tym gąszczu pomówień. Ze mną Polak Mały nie rozmawia. On do mnie mówi, wymachując w moim kierunku wskazującym paluchem. Ten paluch jest jak miecz. Wtedy pluje jadem, ogniem piekielnym i gdyby mógł, to spojrzeniem, by mnie zabił. Na razie próbuje. Nawet dzień dobry nie może odpowiedzieć, bo to zbyt dużo dobrego.
Poza tym Polak Mały do mnie nie mówi, tylko pisze. Wysyła listy polecone, za potwierdzeniem odbioru. Każdy jego list jest napisany dużą czcionką i wyboldowany, żebym lepiej zrozumiała sens i treść. List nie kończy się żadnym wyrazem , który mógłby przeze mnie zostać odebrany jako zwrot grzecznościowy,  czy sympatyczny. Są za to sformułowania  o ostatecznym stanowisku, prawnych konsekwencjach i zamaszysty podpis. Bo Polak Mały jest kształcony. W zawodzie instalator albo ślusarz. A ja się nie mam odzywać, bo jestem od niego młodsza. Tak twierdzi. Pewnie się nie myli, bo węszy i na pewno wie.  I to jest jedyne, za co mogłabym go lubić, gdyby nie to, że nic mi z tego faktu nie przyjdzie. I tak zejdę pierwsza, bo na polactwomałe jestem całkowicie nieodporna. Jak nowonarodzona dzidzia nigdy nieszczepiona.
Z tego życiowego ambarasu, w którym się znalazłam, skorzystają psychoterapeuta i prawnik. Pierwszy jeszcze nie wie, bo nie miałam sił, by iść doń. Drugi aż ręce zacierał.
Oj! OJ – jak ja takich lubię! – mówił zacierając wypielęgnowane dłonie. Ileż to będzie, pism. Ileż czynności prawnych, ile terminów, ile rozpraw. Przez takich jak on w sądach są zatory. – tu usta rozciągnął w uśmiechu. Dzięki takim , jak on żyjemy – mówił patrząc mi głęboko w oczy. I my, i nasi koledzy. Bo przecież, on też będzie musiał skorzystać z pomocy kancelarii. I jakiś mój kolega zarobi. Pewnie więcej niż ja – dodał z odrobiną żalu. Bo on będzie bardziej niezłomny, niż Pani.
Oj zaboli tego Pana, zaboli.
O moim bólu nie rozmawialiśmy.
Po ostatnim spotkaniu z Polakiem Małym uznałam, że nadszedł czas na renowację wewnętrzną i należy uciekać do kraju, gdzie jest ciepło i mówią w języku kompletnie obcym. Trzeba w ciszy i cieniu parasola zbudować strategię i przygotować się do walki. Nie da się inaczej. Planowałam na ten wyjazd, jako lekturę obowiązkową, nową Masłowską. Ale w niedzielę przeczytałam wywiad z autorką w jednym z czasopism, w którym autorka mówi:

”I cieszę się, że czuć to w tej książce. Wiszącą w powietrzu pięść. Albo wiele pięści należących do różnych ludzi. Moim zdaniem to jest wyraźne, że konflikt wewnątrzspołeczny dochodzi do jakiegoś skraju, do momentu, gdy coś się musi wydarzyć.”
Nie ukrywam, że po lekturze poprzedniej książki tej autorki zbierałam się kilka tygodni. To może ja jednak w tej swojej nowej życiowej sytuacji wezmę Kubusia Puchatka.

A na koniec dodam, że Polak Mały jest mniejszy ode mnie.
Co jak powszechnie wiadomo, łatwe nie jest. :))
Czytaj więcej »

Opłaciło się!

14:02

A co jest nagrodą? – zapytała mnie  kilka tygodni temu moja koleżanka, kiedy zwierzyłam się, że postanowiłam wziąć udział w konkursie literackim „Maszyny do pisania” na opowiadanie z Powstaniem Wielkopolskim w tle.
To jest takie pytanie, po którym wtedy i kilka razy później,  zawsze milkłam skonfundowana. Bo właściwie z góry wiedziałam, że każda odpowiedź jest do bani.
Jeśli się przyznam i powiem prawdę – że nagrodą są w przypadku tego konkursu trzydniowe warsztaty pisarskie z Sylwią Chutnik , pisarką, którą lubię i bardzo chciałabym poznać - to upadną moje notowania u tej koleżanki, bo ona Sylwii Chutnik nie zna. Koleżanka raczej z tych, których drukowane męczy. A nawet jeśli gdzieś jej przeleciało przed oczyma lub obiło się o uszy (uwielbiam te dwa określenia, bo mówią prawdę o związku Polaków z literaturą w szczególe i kulturą w ogólności), to słowo warsztaty spowoduje u niej wszystkie możliwe odruchy obronne i obniży moje notowania na pewno. Co więcej! Wzbudzi podejrzenie, że zdrowy rozsądek straciłam razem z dziewictwem – czyli dawno. Trzeba bowiem być srogo poturbowanym na umyśle, by w majowy weekend spędzić  w nagrodę trzy dni na rozmowach o pisaniu, napisanym tekście, nienapisanym tekście, wymarzonym tekście, bogini PROKRASTRYNACJI i innych przeszkodach w tworzeniu. Obiektywnych oczywiście.  
To przecież święty czas przyjęć komunijnych, grillów i leżakowania.

Jeśli się nie przyznam i zmyślę nagrodę, to po pierwsze koleżanka może sprawdzić, bo w Internetach jest cała prawda o wszystkim. A wtedy nie tylko będę na umyśle poturbowana, ale jeszcze niewiarygodna. Po drugie brakuje mi wyobraźni, bo właściwie nie wiem ile musiałoby by być tej nagrody, by koleżanka zrozumiała i doceniła odpowiednio moje zaangażowanie.

Ale trudno! Niech wie, z kim się koleguje. Raz kozie śmierć.
- Warsztaty pisarskie z Sylwią Chutnik – mówię stanowczo. Trzydniowe. – dodałam, by nie było żadnych wątpliwości.
Koleżanka popatrzała z politowaniem i zapytała:
- I tobie się to opłaci?

No cóż. To jest kolejne pytanie, na które nie wiem jak odpowiedzieć, więc milczę stosownie do swej trudnej sytuacji. Na szczęście nie drążyła dalej i pytanie zawisło między nami bez jasnego stanowiska w kwestii opłacalności.
Widać mamy różne priorytety, bo dla mnie ta nagroda była bardzo nęcąca. Na tyle, że bogini prokrastynacji przegrała wojnę z moją determinacją. Na tyle, że nie ugrzęzłam na etapie zbierania materiałów i czytania tekstów źródłowych. Na tyle, że tekst wyjęłam z głowy, czyli z niczego i przelałam do pliku, mimo hiszpańskich pokus. Bo wyciągałam i przelewałam w zimnej Hiszpanii. Na tyle, że mimo braku Internetu wysłałam to jakimś cudem, zanim minął termin. Poszło. I zostało ocenione i docenione.
A ja dzięki temu, kilka tygodni później  znalazłam się w miejscu, gdzie w odległości metra ode mnie siedziała Sylwia Chutnik – prawdziwa i doceniona pisarka, która przez trzy dni występowała jako nauczycielka mojej grupy. A obok mnie siedziało pięcioro innych śmiałków, dla których ta nagroda również była nęcąca.
Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie inna koleżanka w ważnej sprawie. Ta z kolei czyta wszystko i wszędzie. Wiedziałam, że w końcu padnie to pytanie  
„No i  jaka jest ta Sylwia Chutnik?”
W tym wypadku nie miałam kłopotów z odpowiedzią. Bo Sylwia Chutnik jako nauczycielka ma same zalety. I to mogłam powiedzieć z czystym sumieniem. W końcu na niczym innym nie znam się tak dobrze, jak na nauczaniu i na pracy z grupą. A jako człowiek jest bardzo skromna i sympatyczna. W dodatku kompetentna i z poczuciem humoru. Czysta przyjemność takie warsztaty. Faktycznie w nagrodę – dodałam, by nie pozostawiać żadnych wątpliwości.
- A takie warsztaty, to coś dają? – drążyła
-Ano dają! Solidnego kopa! – odpowiedziałam głosem osoby doświadczonej i wielokrotnie skopanej
- Ale jak się daje takiego kopa – dopytywała zagorzała czytelniczka
- Na przykład używając cytatu „Jak się chce napisać, to trzeba pisać”. Nie ma zmiłuj. I gdy to mówi Sylwia Chutnik, to się przyjmuje i wdraża. Bo ona wie, co mówi. Koniec miętolenia, sprzątania pawlaczy i czekania na wenę. Siadasz na zadzie i śmigasz po klawiaturze.
- No to świetnie. Ty to masz szczęście! – zakończyła rozmowę.
No i tu jest pewien problem, bo czy ten kop to szczęście, tego nie wiem. Ale że nagroda świetna, to jestem pewna.  No i jeszcze perspektywa, że wkrótce moje opowiadanie ukaże się w jednym tomie z opowiadaniem Sylwii Chutnik,  jest także bardzo przyjemna.

Opłaciło się!
Czytaj więcej »

Majówka

12:12

Wymarzona, wytęskniona i oczekiwana przez wielu - minęła. Trzeba się pozbierać i jak to mawiał mój zacny ojciec „czas do nowych zwycięstw! Pozbieranie się wcale łatwe nie jest, bo mózg mi oczadział od trzech sobót występujących po sobie w odstępie mniej więcej co dwa dni. Ta kompulsywna powtarzalność dni wolnych (czytaj niehandlowych!) wywoływała u mnie strach, że czegoś mi zabraknie, nie kupię , nie będę miała, NIE ZJEM! W naszym kraju podejrzliwość i nieufność są obecnie  w cenie, więc i ja się wpisuje w ten nurt. Zaczynam podejrzewać, że lobby handlowców wymyśliło zakaz handlu w niedzielę i święta, żeby wywołać u mnie uczucie zagrożenia wynikające z  braku dostępu, a tym samym zmusić do wcześniejszych i większych zakupów. Wcale nie chodziło o te biedne kasjerki.  Tak często o tym myślę, że już zaczynam w to wierzyć. Co więcej – mam wrażenie , że dostrzegam u siebie ten sam błysk w oczach, który widziałam u byłego ministra obrony. Pan były minister według mnie powinien trafić do Międzynarodowego Biura Miar i Wag w Sèvres koło Paryża, jako wzór podejrzliwości, wietrzenia podstępu i teorii spiskowych. Ta obserwacja ździebko mnie zaniepokoiła, bo może podejrzliwi są szybciej przygotowani, ale ufnym głupolom żyje się łatwiej. Poza tym za błyskiem w oku mogą u mnie nastąpić inne zmiany „na wzór i podobieństwo”, a ten kierunek nie wróży dobrze mojej nienachalnej urodzie. Nadszarpniętej zębem czasu zresztą.
Wydobyłam tym samym z siebie refleksję głęboką i wcale niezamierzoną, bo ja chciałam jedynie napisać, że trzy niedziele w ciągu jednego tygodnia (a tak właściwie cztery, bo ciągle mam problem, czy niedziela otwiera, czy zamyka tydzień) to  jednak wyczyn nie lada.
Mądrzejsi i sprytniejsi uciekli od obowiązków na urlop lub wycieczkę. Znajomi pojechali na Majorkę i mieli zimniej niż ci, co pozostali w kraju. Tam lało. Koleżanka uciekła nad morze i stamtąd informowała mnie o stanie uparawanowienia plaży, zagęszczeniu ludności na jednym metrze kwadratowym oraz bladych męskich torsów w bieliźnie. No i o kolejkach po rybę. Kilometrowych. Chyba wszyscy, gdzieś pojechali. Z wyjątkiem tych, co tylko parę razy do lidla lub innego karfura. Ja nie wyjechałam nigdzie, bo tradycyjnie w majowe święto biorę udział w budowaniu. A jak się buduje, to nie ma mowy o wyjazdach, odpoczynkach i innych takich fanaberiach. Nie ma litości. Jest robota. To się chyba nazywa przemoc domowa majowa. Ja muszę to sprawdzić. Tym razem Mąż Mój Własny wybudował śmietnik (byśmy mogli ze spokojem wyjeżdżać), postawił tunel foliowy (bo musi mieć WŁASNE ogóreczki) oraz wybudował drugie piętro wiaty, bo pierwsze nie mieściło zbiorów. Więc ja mogłam jedynie chłonąć majowe święta, nerwowo pilnując zaopatrzenia i zająć się sobą.
Co uczyniłam.
W tym zajmowaniu się myślami, przeszkadzała mi okoliczna ludność, która wkraczała brutalnie w moją życiową przestrzeń, dokonując gwałtu przez ucho. Wiosnę poznaję zawsze po tym, że nagle wszystko słychać. Od ruchliwej osiedlowej drogi (to wcale nie jest oksymoron!), przy której stoi mój dom, oddzielam się zasiekami szalejącej roślinności. Jest wał z krzaczorów nie do przebycia, jest mur obronny z tui szmaragdowej (roślina niechybnie wskazująca na upływ czasu, bo bez umiaru rośnie i kojarzy się z cmentarzem), stoją wiaty, garaże i nówka funkiel - tunel foliowy. Jak widać majówek spędziliśmy tu kilka. Za tym wszystkim jest miejsce postojowe mojego leżaka, na którym próbuję czytać. W trakcie majówki się nie da. Bo ulicą jeżdżą rowerzyści. Trasa wiedzie nad Maltę, więc ruch rowerowy całoroczny. Tyle, że wiosną jeździ ich znacznie więcej. I wszyscy gadają. Teraz, nawet jak samotnie ktoś jedzie, to też gada. Przez mikrofon i telefon. I kiedy tak przejeżdżają koło mojego domu, to do ogrodu przez roślinne zasieki wpadają ich słowa.
Sezon na mimowolne podsłuchiwanie zaczęłam od głośnego męskiego wyznania:
„Nie będę się k… pier……. i jak ch…. jakiś głupio siedział. Wolę k……pojeździć” – rzekł jeden rowerzysta do drugiego i zanim się obejrzałam, kto mnie tą złotą myślą obdarował, już widziałam tylko ich ostrzegawcze kamizelki.
Była siódma rano w piątek przed najdłuższą majówką nowoczesnej Europy. Chłopaki mieli rozruch poranny. Po nich przyszli inni. Właściwie przejechali. I słowem przypadkowym obdarowali.

Postanowiłam i ja wybrać się na rowerową przejażdżkę. Antoninek – cudownie wiosenny, na bocznych trasach raczej świecił pustkami. Dlatego, kiedy zauważyłam czwórkę bardzo młodych ludzi nerwowo rozglądających się po okolicy zwolniłam lekko. Jeden z nich przeszedł przez jednię i zwrócił się do mnie tym słowy:
- Dzień dobry! Przepraszam. Nie wie Pani, gdzie tu jest k….. Nowe Zoo. Bo my tu k…. chodzimy już godzinę i nie możemy k…. trafić.
Wszyscy mieli w ręce smartfony. Byli dokładnie po drugiej stronie ogrodu zoologicznego, jakieś dwa kilometry od wejścia.

Jak można nie trafić do ZOO, jak się ma dostęp do nowoczesnych technologii i ma się kilkanaście lat? – wydawałoby się to niemożliwe. Ale to była moja druga myśl. Bo pierwszą było, jak można w jednym zdaniu połączyć formułę grzecznościową z przerywnikiem ciągle jeszcze odbieranym, jako wulgarny?
Bez żadnych zahamowań?

Ale żadne z tych spotkań nie odebrało mi przyjemności obcowania z przepiękną wiosną w Antoninku.
Bo tu jest pięknie.
I basta.

 
Czytaj więcej »

Oko w oko

10:55
Otóż w życiu najbardziej lubię niezwykłe zdarzenia. Dzięki wyjątkowemu poczuciu humoru mojego Taty, od maleńkości ćwiczyłam się  w dostrzeganiu zjawisk niespodziewanych i zabawnych. Nawet jeśli były to przygody mało przyjemne, to zawsze szukaliśmy i znajdowaliśmy w nich jakiś element absolutnie śmieszny, który pozwalał nam inaczej przeżyć zdarzenie. Czasem zdystansować się, czasem  oswoić. Ale zawsze budził naszą wesołość.

No i tak się nam zdarzyło w ubiegłym tygodniu.
Bohaterką tej przygody była moja Mateńka. Starsza Pani udała się na wypoczynek do ośrodka rehabilitacyjno-wypoczynkowego w niedalekiej odległości od Poznania. Niedalekiej, by nie męczyć się podróżą. Na początku wiosny, by nie zaniedbać ogrodu. W towarzystwie zaprzyjaźnionej ciut młodszej Koleżanki i dużo młodszej córki, która zna wszystkie potrzeby Mateńki i jest niezbędna do życia, bo wszystko wokół żyje już własnym życiem – począwszy od drobnych przedmiotów typu okulary i laseczka, a na pryncypiach kończąc. Właściwie to strach budzić się rano, bo nie wiadomo, czy uzyska się porozumienie z drobnicą, ciałem i pryncypiami i czy da się w tym porozumieniu żyć. Moja siostra jest w tym pożyciu i porozumieniu niezbędna. No więc pojechały sobie we trzy, by zażyć różnych uciech. I zażywały. Jedną z uciech był codzienny spacer do koni, które w ośrodku służyły do hipoterapii. Na szczęście te uciechy nie kosztowały, ale konie, jako cel spaceru, były akceptowane. Atrakcją były także lamy, ale te chowały się gdzieś w stajence i były zdecydowanie mniej towarzyskie i widoczne.
Jednego dnia podczas takiego spaceru zebrało się na burzę. Niebo poczerniało, wiatr zerwał się gwałtowny i wyglądało wszystko groźnie. Panie były właśnie koło koników, kiedy znaki przyrody już nie pozostawiały żadnych wątpliwości, że będzie się działo. I to za kilka minut.
Siostra moja rzuciła się  więc w te pędy do pokoju pozostawionego z otwartym oknem, a Mateńka w swoim naturalnym wolniejszym rytmie, stosownie do bagażu doświadczeń i dziewięćdziesięciu wiosen, podążała do hotelu. Koleżanki  z nimi nie było.
W ośrodku wszyscy przygotowywali się na nadejście burzy i w związku z tym opiekunowie zwierząt zadbali także o ich bezpieczeństwo. Między innymi z zagrody wyprowadzono dwie lamy, by doprowadzić je do bezpiecznego miejsca. Wspólnie z opiekunką poszły tą samą drogą, co moja Mateńka, w kierunku budynku. Następnie podobnie jak ona, weszły przez szerokie drzwi do eleganckiego holu, minęły recepcję i stukając kopytkami o marmurową posadzkę zbliżyły się do windy. Tu stanęły grzecznie wszystkie trzy - znaczy opiekunka i dwie lamy czekając na windę. W tym czasie tę drogę pokonała również Starsza Pani i podobnie jak lamy, nie budząc niczyjego zdziwienia, stukając laseczką podeszła do windy. Następnie nie zważając na jej zawartość, gdzie dwie lamy wraz ze swą opiekunką zdążyły już wejść, wkroczyła do windy i drzwi się zamknęły.

A wtedy właśnie moja Siostra zbiegała ze schodów i kątem oka zobaczyła naszą Ulubioną Starszą Panią i jej niezwykłe towarzyszki odjeżdżającą w windzie w środku eleganckiego ośrodka.
Nie wierząc własnym oczom przysiadła z wrażenia, bo widok był niecodzienny. A ponieważ z wykształcenia i długoletniej praktyki jest psychologiem klinicznym i niejedno w życiu widziała, to pierwsze co jej przyszło do głowy było, że właśnie spotkało ją wspomniane niejedno.
I ma problem.
Z relacji Mateńki wiem tylko, że w trakcie tej niecodziennej podróży stała oko w oko ze zwierzęciem, bo wzrost miały podobny i nie miała żadnych wątpliwości, że coś tu jest nie halo.

Wszystkie zjechały do piwnicy. Tu lamy wysiadły i udały się do swojej stajenki. Bo to były bardzo eleganckie lamy.
Za to opiekunka zrobiła wielkie oczy, kiedy Mateńka zażądała podwiezienia na trzecie piętro.

- Ale u nas są tylko dwa! - rzekła przyglądając się starszej Pani ze zdziwieniem i wyraźnym niepokojem.
Całe zdarzenie opowiedziała mi siostra, krztusząc się ze śmiechu. Mateńka zapytana o wrażenia z tej podróży odrzekła filozoficznie:
- Dziecko! W moim wieku nic nie dziwi. Lamy jak to lamy.
Stały. Stałam i ja. Za to znacznie gorsi byli policjanci, którzy tu przyjechali na konferencję. Było ich chyba ze stu.
I każdy mi mówił dzień dobry.
No i trudno się  z tym nie zgodzić.

Też bym wolała dwie lamy  w windzie, niż stu policjantów na wybiegu.
Czytaj więcej »

Wiosna

11:18
Tym razem moje milczenie spowodowane było całym zestawem dodatkowych bodźców, którymi hojnie obdarowało mnie życie. Wśród nich były silne bodźce społeczne, czyli udział w wielu istotnych i podobno udanych spotkaniach, które spowodowały u mnie spadek formy, upadek ducha, zanik wiary, zjazd energetyczny i nieustannie nękające mnie pytanie - co ja tutaj robię. Co ja w ogóle robię? I dlaczego ja to robię. Co jest ze mną nie tak, że ja to jeszcze robię?
Nie będę się rozwodzić, przytaczać i udowadniać, bo ja się raczej obecnie nadaję na terapię indywidualną dla wysłużonych liderów, a nie na internetowe wyznania, po których stracę znajomych i grupę wsparcie. Tyle rozumu to jeszcze mam.
Ale stan jest ciężki, bo bodźców znacznie więcej. Są jeszcze bodźce rodzinne powiązane z gospodarczymi.
Otóż wiosna przyszła i obnażyła. Głównie obnażyła niedobory i rozpad. Rozpad dotyczył tarasu i schodów. A niedobory dotyczą głównie finansów ale i po trosze uczuć, a mówiąc wprost znieczulicy wobec trudnej sytuacji podmiotów gospodarczych.
A było tak.
Moja Mama, w odróżnieniu od reszty gatunku ludzkiego, żyje dzięki kontaktowi z ziemią. Musi sadzić, pielić, podlewać , obserwować, podlewać, obrywać, przycinać,  podlewać, przesadzać. Ponieważ siła przyrody jest wielka, więc wiek osiągnęła słuszny, determinację w walce o życiodajny kontakt z przyrodą ma ogromną. Proporcjonalną do wieku. Kto ją zna, wie o czym myślę. Kto nie zna, nie wyobrazi sobie i tak, więc nie ma sensu po próżnicy tłuc po klawiszach.
W każdym razie wiosna to zbawienie, dla tego udręczonego zimą ducha i ciała oraz dla całej rodziny, równie udręczonej nieustannymi pytaniami, kiedy będzie wiosna, kiedy ciepło i będzie można do ogrodu? I wreszcie przyszła. I można do ogrodu.
A tu masz babo placek i na drodze pojawiła się przeszkoda w postaci schodów z tarasu, prowadzących do ogrodu. Kafle na schodach stanowiły ze schodami tylko pozorną jedność i trzymały się kupy, chyba tylko ze względu na przejmujący chłód. Bo jak się zrobiło cieplej, to nagle niepokojąco oddaliły się od siebie i betonu, i zaczęły być groźne nie tylko dla starszej pani. Były zagrożeniem dla każdej i każdego. A tymczasem Mateńka po tych schodach kilkanaście razy dziennie  w te i z powrotem, więc strach wyobrazić sobie, co się mogłoby zdarzyć, jeśli zahaczy o te schodowe pułapki kopytkiem, laseczką, grabeczką, motyczką albo czymkolwiek, co nieustannie ma w ręce, jak oręż, i co stanowi obronę przed nieprzyjaznym światem robali, przesuszenia, zalania, przerostu itp.

Wiosennie obnażone wyszczerzone schody śniły mi się po nocach. I Mateńka na nich.

No cóż. Miały być na zawsze, wystarczyły na kilkanaście lat. Trudno – pomyślałam. Trzeba je wyremontować. I udałam się do profesjonalnej firmy w centrum miasta, by znaleźć fachowca. Dobrego i skutecznego.
- Pani! Nie ma fachowców! Wyjechali. Wszyscy. – powiedział pan właściciel Centrum Naprawy Wyszczerzonych Schodów i Zepsutych Tarasów. I pewnie jeszcze, by Pani chciała szybko?
Rumieńcem spłonęłam, jak dzierlatka, bo złapał mnie na gorącym uczynku, a raczej ukrytym marzeniu.
- Oj bardzo bym chciała szybko. I dobrze. – dodałam z determinacją. Co mi tam. Kraj nie wiem, czy nadal wolny, to sobie chociaż marzenia zachowam, jako rodzaj niezależności.

Tu Pan spojrzał spod krzaczastych siwych brwi, popatrzał długo w moje wpatrzone w niego oczy. I powiedział:
- Oj ludzie, ludzie! Wy wszyscy tacy sami.

No nie ukrywam,  trochę się zaniepokoiłam, bo byłam z mężem moim ulubionym, który ostatnio zdziebko przytył i tego porównania mogłam nie wytrzymać. Jakby mnie jeszcze do jakiejś wychudzonej laski przyrównał to i owszem. Bo ja nie z każdym bym chciała być taka sama. Ale szybko się zorientowałam, że to była taka ogólna refleksja filozoficzna nad ułomnością intelektualną społeczeństwa i kompletną ignorancją w kwestii obnażeń i wyszczerzeń wiosennych na schodach i tarasach.
- Czy pani wie, że my mamy jeszcze roboty z poprzedniego sezonu? Bo schody i tarasy, to proszę pani robota sezonowa. I u wszystkich tak samo są źle położone. Po czym Pan uniósł pochyloną smętnie głowę, rzucił okiem na stojąca obok planszę i z werwą, w niezwykle szczegółowy sposób wyjaśnił na czym polega problem źle położonych tarasów zaczynając od słów : Woda, proszę pani. Woda i temperatura.

Wysłuchałam grzecznie i po godzinie konsultacji miałam już dwa numery telefonów do fachowców, ale tylko dlatego, że mój problem, to nie tylko schody, ale jeszcze równie sezonowa jak roboty  Mateńka, która już ma kilka sezonów na karku i następnego sezonu nie dożyje, jak jej schodów nie naprawię.
Telefon do poleconego, choć obłożonego robotą fachowca wykonywałam z należytym szacunkiem – na stojąco. Toż to prawie skarb narodowy taki specjalista i znawca wyszczerzeń na schodach. W sezonie!
Odebrał. Nie robił wrażenia strasznie zagonionego. Wyjaśnił, jak naprawia. Wyraził gotowość, że przyjedzie i obejrzy. Jutro na przykład.
Jezu! – no ze szczęścia, to ja ustać wprost nie mogłam. Cała rodzina była poruszona tą wizytą.
Moja Mateńka przed przyjściem tego Pana osobiście zebrała cały odpadający gruz z rozwalonych schodów, żeby było ładnie. Tak się przejęliśmy.

Pan przyjechał, stanął, spojrzał krytycznie na ten dowód kompletnego braku fachowości poprzedniej ekipy i powiedział:
- No nic! Nie ma rady! Trzeba, jak u dentysty, do samego dna borować. - stałyśmy z tyłu oczarowane jego wiedzą i spostrzegawczością. I ta precyzja! Ta pewność! Od razu widać, że nasze wyszczerbione schody znajdą się w dobrych rękach.
Po czym Pan opowiedział nam wszystko , co on musi zrobić. Generalnie szykowało się prawdziwe pandemonium, które mogło się zacząć jeszcze w tym tygodniu i licząc przerwy technologiczne, trwać miało od początku do końca około 3 miesięcy.  Oczy miałam, jak talary. Chłop się poczuł w swoim żywiole, za to ja z każdym kolejnym zdaniem odczuwałam rosnący  niepokój.

- No i sama pani widzi, ile tu roboty. Ludzie sobie myślą, że to jakieś hop-siup. A tu Pani kochana roboty do cholery. I dlatego proszę pani, to musi kosztować. Ja dziś pani nie powiem ile, ale od metra biorę od 600-1100 złotych. Pani wie, jakie ja koszty będę musiał ponieść? Ciężko jest.
Czułam, jak krew mi odpływa z mózgu i spływa do nóg, które stały na 40 – metrowym tarasie zakończonym 36 metrami schodów.  

Wrosłam i trwałam. Czyli gdzieś około 70 000 łomotało po głowie. Łomatkobosko. Byłam, jak bohater tragiczny. Każde wyjście złe. Albo długi, albo odcięcie Mateńki od życiodajnego ogrodu. Na szczęście przypomniało mi się, że nikt nam nie da takiego kredytu i mogę panu spokojnie podziękować.
Życząc mu oczywiście udanego sezonu.
Bo schody to robota sezonowa.
Ale od tych bodźców wiosennych, to ja się pozbierać nie mogę.
Czytaj więcej »
#metoo

O dwóch takich...

13:50

Jest sobota. Pierwszy tegoroczny, prawdziwie wiosenny wieczór. Ludzie – potomkowie samobójczego plemienia, które wbrew zdrowemu rozsądkowi setki lat temu osiedliło się w tej nieprzyjaznej szerokości geograficznej, umęczeni chłodem, obrzydliwie długą zimą wylegli na ulicę. Idą na piwo, do znajomych, przed siebie. Idą, bo wiele miesięcy czekali, by tak po prostu iść.
Ja wsiadam do tramwaju. Nigdzie nie pójdę, bo jestem zmęczona. Sukcesy są wyczerpujące. Im człowiek starszy, tym bardziej. Więc wsiadam. Osuwam się na siedzące miejsce, a nade mną znacząco widnieje ikonka człowieka z laską. Normalnie bym ominęła, bo ja mentalnie jeszcze ciągle bardziej laska, niż z laską, ale dziś zajmuję to miejsce. Dziś jest bardzo właściwe. Jestem wyczerpana i trochę oszołomiona. Trochę, oszołomiona, bo ja już wszystko tylko trochę.  Tylko zmęczona całkiem. Kilka minut temu skończył się  spektakl #metoo, w którym występowałam, wystawiany w ramach Wielkopolskiego Kongresu Kobiet. Na sali aktywne kobiety. Bardzo wymagająca publiczność. Więc dla całego zespołu ten występ, to wielkie przeżycie, wyrzut adrenaliny, trema, wszystkie lęki świata i tysiące wątpliwości. Ale mam to już sobą. Więc teraz siadam i czuję, jak ze mnie spływa. Właściwie to jest mi bardzo dobrze w tym tramwaju. Tylko w głowie uporczywie łomoczą mi  słowa z początku  mojego tekstu „To jest historia o tym, jak myślałam, że gorzej być już nie może i o dwóch takich, którzy pokazali mi, jak bardzo się myliłam….” I dalej - kto był, ten wie. Kto nie był – niech przyjdzie.
Ale słowa tak mi się jakoś wgrały i powtarzają się same. Nie myślę nic o kobiecie, która je napisała w ramach akcji #metoo, nie myślę o Uli, która je znalazła w Internecie, wyciągnęła razem z wieloma innymi tekstami i ubrała w teatr, a potem obudowała wydarzeniem społecznym. Zrobiła kawał dobrej społecznej roboty. Jest mądra, pracowita i bardzo zdolna. To wiem od dawna. Ale teraz nic o niej nie myślę, bo ja jestem trup sceniczny, ofiara własnych chceń i ciekawości życia, ofiara ciągot i innych takich, co to się w ludzkich głowach lęgną. Siedzę pod ikonką faceta z laską, tramwaj jedzie i dźwięczy, jak to tramwaj, w głowie brzmi ciągle ten sam cytat.
Półśpię, a na pewno całoletarguję.


I nagle bach:
- Jak pan myśli , że pan z tym psem bez kagańca pojedzie, to pan się myli bardzo – głos donośny lekko tylko zniekształcony mikrofonem rozlega się w całym tramwaju. Ocknęłam się natychmiast (powinno być chyba ocykam się?)  Stoimy na przystanku. Domyślam się , że to był głos motorniczego.
Pierwsza myśl „To oni mają mikrofony?”
Druga „Chyba będzie problem, bo jak jest pan, piesek i kaganiec, to znaczy, że będzie zwarcie na linii motorniczy-lud”
Trzecia „ Nie ruszam się, nie mam siły”

Z tyłu słyszę drugi stanowczy męski głos, ale „on ma tylko 5 miesięcy”.
Motorniczy chyba nie słyszał, bo otwiera drzwi swojej kabiny i objawia się wszystkim, jako zdecydowany wróg nieprzestrzegających regulaminu właścicieli piesków bez kagańca. Idzie zdecydowanym krokiem szeryfa na koniec tramwaju. Nie oglądam się. Nie mam siły i jest mi wszystko jedno. Nie słyszę żadnej awantury, a po chwili motorniczy wraca i melduje spokojnie, że dalej nie pojedziemy, bo pan nie chce wysiąść, więc wołamy policję.
Zalega cisza. Złowroga. Ludzie wysiadają, ale po chwili wsiadają z powrotem, bo gdzie tu iść w ten wiosenny wieczór, jak się chciało jechać. Motorniczy w czeluści swojej kabiny dzwoni po właściwe służby. Facet z psem tkwi niewzruszenie z tyłu tramwaju. Czekamy. Z nudów się rozglądam. W tramwaju zostały same kobiety. No i pewnie ten miłośnik zwierząt, który gdzieś tam z tyłu siedzi w aurze nienawiści do regulaminów, motorniczego i chyba całego świata. Nie widzę go, ale drzwi tramwaju zostały zamknięte, jak tylko wezwano policję, więc na pewno jest. On i piesek. Bez kagańca.
Czekamy. Co jakiś czas, któraś chwyta za telefon i informuje swoich bliskich lub umówionych, że jest, że jedzie - znaczy stoi, bo pies bez kagańca, bo policja. Za nami stają kolejne tramwaje. Podobno już pięć. Co jakiś czas ktoś wsadza głowę przez drzwi koło motorniczego i pyta, kiedy pojedziemy? Jak przyjedzie policja – pada odpowiedź. Policja ma pełne ręce roboty, więc stoimy. 10 minut, 25, 40. Teraz wszystkie tkwią w jakimś letargu.

I nagle w ten letarg wdziera się sygnał nadjeżdżającego radiowozu. Wtedy pan z pieskiem decyduje się jednak na opuszczenie tramwaju. Ale zanim z godnością odejdzie, jeszcze idzie wzdłuż pojazdu, jeszcze wsadza głowę przez te pierwsze drzwi i jeszcze, zanim się oddali, mówi:

- a powiedz ty mi ch… jeden, jaki masz k… numer! Bo ja cię k.. za…., bo ty głupi ch…..jesteś.
- 2977 – padło w odpowiedzi  z kabiny motorniczego, bo ten pan z kolei nie miał niczego do ukrycia i jeszcze prawo po swojej stronie. Ale pan od pieska już nie usłyszał, bo w obliczu umundurowanego przedstawiciela władzy, nagle zaczął mówić grzecznie i w dodatku swoja łysą łepetynę osadzoną na szerokim karku skierował uprzejmie w stronę przedstawiciela. Jeszcze kilka minut staliśmy, teraz już wszyscy zainteresowani ciągiem dalszym, którego zresztą nie było. Tylko piesek hasał swym pięciomiesięcznym rozbrykaniem bez kagańca, targając smycz i szarpiąc swego pana, by udał się z nim wreszcie na długi wiosenny spacer, zamiast stać w miejscu bez końca. Piesek miał pecha, bo na pierwszy rzut oka był groźny. Na drugi też. Podobnie, zresztą jak jego pan.

Po godzinie tramwaj ruszył, a za nim cała kawalkada innych. Słońce już dawno zaszło. Poirytowane pasażerki zadzwoniły do swoich bliskich lub umówionych, że znów jadą. A jedna z młodszych pań, siedząca przede mną, powiedziała, że „dziś dzień takich wariatów”. I było widać, że wie, co mówi. W zgodny rytm kół wdarł się ponownie mój cytat „To jest historia o tym, jak myślałam, że gorzej być już nie może i o dwóch takich, którzy pokazali mi, jak bardzo się myliłam….”
I tak sobie myślę, że Makuszyński to powinien za ten zwrot „o dwóch takich co..” dostać znaczącą nagrodę literacką. Albo społeczną.

Bo jakoś tak jest, że dwóch facetów namiesza, a kupa bab cierpi.
I niech to będzie zamiast puenty.
Pozdrawiam Organizatorki Kongresu Kobiet.
I Ulę Kijak –reżyserkę #metoo
Czytaj więcej »