Prezent od losu

23:58
Leży przede mną bardzo ważna dla mnie książka. Z okładki spogląda na mnie sympatyczna twarz dojrzałego mężczyzny w czarnym nakryciu głowy, które znam z filmów o Oksfordzie. Mężczyzna się uśmiecha i budzi sympatię. Książka nosi tytuł „Podarunek życia” i jest biografią profesora Zbigniewa Pełczyńskiego, napisaną przez jego studenta Davida Mcavoy.
Śmiało mogę powiedzieć, że w pewnym sensie to jedna z najważniejszych postaci i książek w moim życiu osobistym i zawodowym. Jest historią życia wybitnego polskiego filozofa, wieloletniego wykładowcy Uniwersytetu Oksfordzkiego, nauczyciela wielu wybitnych osobistości z całego świata (m.in. Billa Clintona) i polskiego patrioty wspierającego rozwój polskiej demokracji. Książka przyszła wczoraj i jeszcze jej nie przeczytałam. Wiem tylko, że zaczyna się wspomnieniem Powstania Warszawskiego, w którym Zbigniew Pełczyński, jako młody chłopak brał udział. Znalazł się wtedy pod gruzami kamienicy i przez kilka godzin myślał, że to koniec jego życia. Kiedy ocknął się, poczuł na sobie promień słońca i usłyszał głosy ratowników uznał, że życie darowano mu po raz drugi. A to zobowiązuje i takiego podarunku nie wolno zmarnować.
Książka jest opisem tego, jak Zbigniew Pełczyński wykorzystał ten podarunek.
Piszę o niej z kilku powodów. Po pierwsze z racji tego, że jestem w pewnym sensie obdarowaną przez Profesora, jako jedna z kilku tysięcy osób w Polsce, które mogły rozwijać swoje kompetencje w założonej przez Profesora Szkole Liderów. Stworzył tę szkołę w Warszawie, kilka lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, widząc i rozumiejąc, jak bardzo w naszym kraju potrzebne będzie profesjonalne przygotowanie ludzi do ról społecznych, które pełnią lub będą pełnili w zmieniającej się rzeczywistości. Wielokrotnie powtarzał, podczas spotkań z członkami licznych programów rozwojowych, że Szkoła jest jego oczkiem w głowie. Gromadził koło siebie najlepszych fachowców, którzy opracowywali programy edukacyjne dla beneficjetów - sołtysów, wójtów, burmistrzów lub aktywnych osób, którym zależało na zmianie i którzy po uzyskaniu wsparcia, mogli z lepszym skutkiem pracować w swoich społecznościach lokalnych lub instytucjach. Bez podziałów i z przesłaniem o konieczności współpracy z każdym. Absolwenci Szkoły Liderów są rozrzuceni po całej Polsce.  Czasem są to politycy z pierwszych stron gazet, czasem lokalni liderzy. Wyróżniają się tym, że im bardzo zależy. Tylko tacy trafiają do programu, a po zakończeniu edycji wracają wzmocnieni, podbudowani i przekonani, że idą słuszną drogą.
Więc idą dalej.
Żadna forma edukacji, nie dała mi tyle, ile udział w IV edycji Programu Liderzy  Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolności. Powtarzam to i bardzo zachęcam wszystkich do aplikowania do programów Szkoły Liderów. Jak nigdy potrzebujemy kompetentnych liderów. Wszędzie.
Drugi powód, to duma z faktu otrzymania tej książki. Polskie wydanie zostało sfinansowane publiczną zbiórką pieniędzy prowadzoną przez jeden z portali fundraisingowych. Fakt, że książka leży na moim biurku, jest dowodem na mój współudział w tym dziele. Nagrodą dla wspierających projekt, jest egzemplarz z podpisem Profesora i umieszczenie  nazwiska w spisie darczyńców.
Jestem bardzo dumna z tego powodu.
Trzeci powód jest jednak najistotniejszy. Historia życia Profesora Zbigniewa Pełczyńskiego, to historia Polaka patrioty. Człowieka, który całym swoim życiem świadczył służbę innym, czerpał radość z ich sukcesów i konsekwentnie uczył, że współpraca, zaangażowanie i szukanie porozumienia jest potężną siłą napędową rozwoju społeczeństwa. Niezbędną w dzisiejszym powikłanym świecie. Książka ukazała się w roku obchodów stulecia odzyskania niepodległości, które nie było ani łatwe, ani przyjemne. Wojna, totalitaryzm, przewroty – to wszystko ludzi niszczy. Dlatego ważne jest, by mówić i czytać o tych, którzy w tym chaosie, są jak stabilne filary – przenoszą na nowe pokolenia fundamentalne wartości i dodają innym sił i pewności. Mądrość Profesora, jego społeczna dojrzałość i odpowiedzialność przekłada się w ten sposób na polskie wsie, miasta i miasteczka, w których działają liderzy.

Oni budują jego pomnik. Taki bez spiżu.
A ja mam piękny prezent na Święto Niepodległości!
Czytaj więcej »

Jest

13:11

Na poznańskiej Śródce pojawiło się dzisiaj nowe zjawisko – „Zielona Symfonia”.
Byłam, widziałam, poświadczam. Piszę o tym, bo w szale kampanii wyborczej, mogłoby owo zjawisko ujść uwadze. A nie powinno! Trzy lata temu Poznaniacy tłumnie odwiedzali poznańską Śródkę, by zobaczyć mural. (tutaj) Bajecznie kolorowy i budzący dobry nastrój u największego marudera, nadal zachwyca i ściąga turystów z całej Polski. Autorką pomysłu i koordynatorką projektu była Arleta Kolasińska – Prezeska Fundacji Puenta, prywatnie żona, mama, biznes women. Kobieta, która wprawia w zachwyt swoją kreatywnością, determinacją, siłą i niezwykłą umiejętnością godzenia w życiu różnych ról.  Sama nie należę raczej do istot polegujących, lubiących jedynie ciszę i spokój, ale energia i pomysłowość Arlety zwala mnie z nóg. Dziś zwaliło mnie po raz kolejny, bo Zielona Symfonia to kolejny dowód, że szaleńcy są wśród nas, że ich choroba jest zaraźliwa, że potrafią się rozmnożyć i chwała im za to, bo dzięki nim moje miasto pięknieje, a ludzie stają się wspólnotą.
„Zielona symfonia” to  instalacja, którą utworzono na brzydkiej i wielkiej ścianie przedwojennej kamienicy na Śródce. Nie będę opisywać historii powstania tego dzieła, bo mogłabym coś przekręcić. Pomysł został podpatrzony w Europie, zrealizowany dzięki współpracy bardzo wielu ludzi, których łączy Arleta. Ona idzie, zaraża swoim zapałem i nagle wszystkim zależy. I nagle robią rzeczy niemożliwe. Wiem, jakie to trudne, stąd mój ogromny podziw i szacunek. Dla wszystkich zaangażowanych, ale dla niej szczególnie. Na wstępie celowo użyłam słowa zjawisko, bo dla mnie ta instalacja to efekt bardzo trudnego i złożonego procesu społeczno-kulturalno-instalatorskiego. Wszyscy liderzy organizacji pozarządowych, aktywiści lokalni wiedzą, o czym tu piszę, bo ćwiczą podobne procesy i rozumieją, ile w nich barier i przeszkód. Ktoś, kto tego nigdy nie robił, nie zrozumie. Z takimi projektami, jest jak z miłością – trzeba przeżyć, by zrozumieć, że może wykończyć.
W czasie uroczystego otwarcia instalacji, na niebie było piękne słońce, więc nie usłyszeliśmy, jak deszcz na rynnach gra. Pobiegnę posłuchać, jak tylko pogoda wróci do polskiej normy, ale nawet bez deszczu ściana wygląda intrygująco i na pewno stanie się kolejną atrakcją Poznania.
Na Śródce zrobiło się bardzo kulturalnie, muzycznie i poetycko.

Po otwarciu "Zielonej Symfonii" wróciłam do rzeczywistości i wsiadłam do tramwaju pełnego plakatów wyborczych kandydatów na prezydenta lub do rady miasta, sejmiku.  Wisieli wszędzie, na każdym fragmencie ściany lub przepierzenia. I z każdego plakatu spozierał na mnie jakiś pan. Nie wymienię ich nazwisk, ale w całym tramwaju nie zobaczyłam, ani jednej pani utrwalonej i powielonej w setkach odbitek, rozwieszonych w miejskiej komunikacji. Rozumiem, że pojawiające się coraz częściej hasło tegorocznych wyborów „Kobiety idą po władzę” należałoby rozszerzyć w tej sytuacji o część drugą - „a mężczyźni jadą tramwajem”.
W zadziwieniu przejechałam kilkanaście przystanków myśląc o tym, kiedy zmieni się społeczny układ sił i ile czasu potrzebujemy na to, by na listach wyborczych na miejscach znaczących pojawiły się kobiety? Nie mogę bowiem oprzeć się wrażeniu, że to one zmieniają Poznań, Wielkopolskę i cały kraj. Niektóre z tych aktywnych kobiet startują  w wyborach i bardzo trzymam za nie kciuki. Wiem, że aktywne działaczki są łakomym kąskiem przy układaniu każdej listy wyborczej, ale miejsca na liście dostają zawsze drugoplanowe – jakieś czwórki, piątki i szóstki. Ciekawa jestem, jak zmieni się Poznań po niedzielnych wyborach? Ile osób, podobnie jak ja, mając do wyboru rozsądną i sprawdzoną w działaniu kobietę oraz znanego mężczyznę, postawi krzyżyk przy nazwisku kobiety?
Ile kobiet tak zrobi?

Drogie Koleżanki! Skoro przez sto lat nie udało nam się doprowadzić do równego startu w wyborach i do obecności kobiet w gremiach decyzyjnych,  namawiam w czasie dokonywania wyboru do stosowania zasady „Panom dziękujemy”. A potem, po głosowaniu, do spaceru na Śródkę w celu obejrzenia na własne oczy „Zielonej Symfonii” i do refleksji o sile i skuteczności kobiet.
Ja mam taki plan!
Może spadnie deszcz i usłyszymy muzykę na muzycznej Śródce?
Czytaj więcej »

Złota karta

13:09

Mam ją! Leży przede mną i lśni nowością oraz jadowitą żółcią, mająca przypominać złoto. Bo w nazwie ma „złota”. Jechałam po nią bardzo długo. Blisko 15 miesięcy. Tak jakoś zeszło. I teraz już jesteśmy razem, po kres naszych dni. Moich i jej, bo nie wiadomo , która pierwsza z tego tandemu wypadnie. Złota Karta Seniora i ja – niespodziewanie dla siebie samej nagle uprawniona do odbioru. Wolałabym odebrać Złotą Kartę Seniorki, ale musiałabym się chyba urodzić w innym kraju, bo nawet w wolnym mieście Poznaniu nie ma tyle wolności, by kobieta po 60-tce  zachowała swoją płeć.

Niby - przyzwyczaiłam się. Ale wkurza.
Tych wkurzeń zresztą znacznie więcej. W drodze po odbiór karty przeżyłam ich kilka.
Pogoda piękna, jesień ozdobiła świat cudnymi kolorami, słońce prześwietla wszystko i w tę bajkową scenerię wyjeżdżam rowerem. Po drodze mijam festiwal plakatu wyborczego i wyborczych obietnic. Dzięki wprowadzonym ograniczeniom plakatów i banerów zdecydowanie mniej, ale i tak jest co czytać. Najpierw wpadam na baner pani, która kandyduje z mojego okręgu do Rady Miasta. Trochę się boję kandydatów z rozwianym włosem, bo odruchowo kojarzą mi się myśli nieuczesane.  Ponieważ widzę ten plakat po raz pierwszy staję i czytam. W haśle wyborczym, wytłuszczonym mocnym drukiem, żeby utkwiło w pamięci czytam „Zagłosuj za Twoim Poznaniem”.
To znaczy jakim? -  myślę sobie? Mój Poznań ma skończoną sześćdziesiątkę i strach w oczach. Mój Poznań ma zniżki na Złotą Kartę Seniora i znikome możliwości rozwoju po przejściu na emeryturę. Mój Poznań to 146 000 seniorów, którzy nie mają się gdzie podziać. Mam to ciągnąć dalej?
Czepiasz się dziewczyno! myślę i śmigam dalej.
Na następnym rogu wisi mój osobisty hicior tej kampanii. Z plakatu spogląda na mnie chłopczyna (dawniej o takich mówiono gołowąs) z ulizanym włosem oraz paluchem wycelowanym prosto we mnie. Oczka ma takie zimne i nieprzystępne, nieprzejednane,  a na usteczkach cień szyderczego uśmiechu. Hasło wyborcze brzmi dumnie „Przegonimy wspólnie leśnych dziadków z Sejmiku”. Staję przed nim i w myślach obrzucam inwektywami. Najgorszymi. Jest na tym plakacie wszystko to, czego się boję. Czarny kolor populistycznego ugrupowania, niczym nieuzasadniona pewność siebie kandydata wzorującego się na wzorcach amerykańskich sprzed kilku dekad oraz deklaracja podziałów. Jako żeński odpowiednik leśnego dziadka, czyli leśna babka, rzucam na tego kandydata urok. Mam taką moc. A co! O wynik mogę być spokojna. Chłopczyna nikogo nie przegoni, bo pewnie nawet nie wie, jakie ma marne szanse w związku ze sposobem liczenia głosów. Ale sam fakt, że to wisi na mojej drodze i „rzuca mię się na oczy!” wkurza. Ktoś mu to puścił. Ktoś równie mądry. Plakat jest z jeszcze jednego powodu wyjątkowy. Nazwisko kandydata jest świetnie dobrane do sytuacji, jako puenta. Nomen omen. Po prostu zemsta protoplastów. Nie napiszę jakie. Poznaniacy znajdą ten plakat na wyznaczonych powierzchniach do wieszania materiałów wyborczych. Zainteresowanym z innych miast wyślę zdjęcie na priv.
Jadę dalej i na dużym skrzyżowaniu trafiam na to wkurzające świństwo.

Poziom dowcipu spod budki z piwem. Przekaz także stamtąd. Wszystko, co dla  mnie ważne jest tu oplute. Demokratyczne wybory, kobiecość sprowadzona do seksualności rodem z burdelu i wpisany w to wszystko przekaz o roli kobiety w życiu społecznym. Nie kandyduję do żadnego gremium, ale czuję się  obrażona jako obywatelka biorąca udział w święcie demokracji. W życiu nie kupię rajstop tej firmy, choćbym miała na golasa latać po okolicy. Zresztą - leśnej babce ujdzie to na sucho.
I jeszcze namówię koleżanki.
Drogie Panie – Adrianowi dziękujemy!
Do Centrum Świadczeń dojeżdżam poruszona. Po odbiorze Złotej Karty Seniora telefon sygnalizuje nowe wiadomości. Otwieram, by nic nie przegapić. Widzę wpis kandydata na radnego, który obiecuje, że zadba, „by na każdym osiedlu powstał kącik seniora”.

Ło matko! W „Chłopach” seniorów trzymali w chlewiku. Tam sobie mieli dożyć po cichutku. Teraz będą kąciki?
Mnie do kącika? Nawet nie do kąta? Ludzie! Ratunku!

Jak mówić o życiu po sześćdziesiątce, by rozpocząć wielką zmianę w sposobie myślenia o potrzebach ludzi w bardziej dojrzałym wieku, których ciągle przybywa?
Na kogo głosować, by później mieć z kim rozmawiać i współdziałać? Jak sprawdzić, co kandydaci mają w głowie? Jak u nich z wyobraźnią i jak z doświadczeniem?

Na razie mam Złotą Kartę Seniora, choć od urodzenia jestem kobietą.
Mam zniżki na wszystko, wielki apetyt na życie i perspektywę kącika, o ile metoda D’Hondta pozwoli wejść do rady autorowi tego pomysłu.

Łatwo nie jest!
Idźcie na wybory!
Czytaj więcej »

W chmurze

12:05

Zaczęło się od tego, że rano wysiadł aparat. Mimo wielu prób uchwycenia szaroburego nieba nad stalowym Morzem Śródziemnym telefon nie wydawał znajomego dźwięku kliknięcia i w żaden sposób nie mogłam zrobić zdjęcia tego niecodziennego widoku. A był to wtorek – ostatni dzień przed powrotem do kraju. W nocy wiało jak diabli i przywiało  ciemne chmury, deszcz i zimno. Z plaży  gwałtownie zabrano leżaki, a Grecy bezradnie rozkładali ręce, mówiąc „winter”. Poprzedniego dnia było 27 stopni i lazurowe niebo.
Zajęłam się pakowaniem. Bez żalu.
W południe smartfon poinformował mnie, że nie mogę się połączyć z Facebookiem. Bo coś tam. Trudno! Widać zimno mu nie służy – pomyślałam sobie.
Późnym wieczorem nie mogłam ustawić budzika. Ekran stał się nieczuły na mój dotyk. Już nie miałam żadnych wątpliwości, że z moim telefonem dzieje się coś niedobrego. Na wszelki wypadek podłączyłam mu ładowanie i poprosiłam anioła stróża, żeby mnie obudził, skoro smartfon nie współpracuje. Anioł stróż przejął się bardzo i budził mnie co godzinę. Obudzona zawsze brałam do ręki telefon, by sprawdzić godzinę. O trzeciej ostatni raz błysnął mi niebieskim światłem. Potem ekran był już tylko czarny i nieczynny.
Po prostu zdechł, umarł, odszedł zostawiając po sobie lekki niepokój. Bo to jednak jest coś więcej, niż tylko urządzenie. To jest moja końcówka do łączności ze światem. I nagle się okazało, że jak nie ma tej końcówki, to świat staje się niedostępny.
Z lotniska do domu jechałam z pilną potrzebą odzyskania sprawnej końcówki.
W tym celu oboje z mężem wyszukaliśmy wszystkie stare aparaty (mamy kilka, bo przecież wszystko zawsze może się przydać) i rozpoczął się festiwal prób i błędów oraz konsultacji  z osobami lepiej zorientowanymi w kwestii smartfonów. Nie będę opisywała rozczarowań, których doświadczyłam, bo mam wielki szacunek dla cierpliwości czytelniczek i czytelników. W każdym razie, gdy już nam się udało zgrać jakieś jedno urządzenie z jakąś jedną ładowarką i naszą siecią, oraz ożywić je, minęło 24 godziny od przylotu i był to czwartek wieczorem , a ja ciągle byłam bez sprawnej końcówki.
W dodatku w wielkim stresie, bo między innymi nie pasowała mi zaplanowana przed wyjazdem godzina wizyty u kosmetyczki, co jak wiadomo po powrocie jest fundamentalnym zadaniem. Z tego wszystkiego zapomniałam, że kosmetyczka mieszka dwa domy dalej i mogłabym pójść do niej i załatwić sprawę. Nie! Ja walczyłam o końcówkę, przekonana, że po znalezieniu nowego-starego smartfona wszystko wróci do ładu. Bo przecież włożę kartę i po kłopocie.
Końcówka mnie znowu połączy ze światem.
Późnym wieczorem dostałam urządzenie, które mrugało do mnie życzliwie, miało godzinę i aparat. Tylko nie miało moich kontaktów. To znaczy miało maile. Żadnego numeru telefonu. W dodatku było innym typem i wszystko miało odwrotnie.
O matko!
Rano zdeterminowana wsiadłam na rower i pognałam do galerii handlowej, gdzie jest stoisko mojej sieci i gdzie, jak sądziłam, spotkam fachowca, który uratuje mi życie towarzyskie, zawodowe i przywróci pion w rozwalonym świecie bez końcówki.
Fachowa siła była kobietą. Dodajmy – bardzo młodą, zasmarkaną, z obfitym biustem wyzierającym z głębokiego dekoltu. Nad biustem falowały długie rzęsy wymodelowane pracowicie od wczesnych godzin rannych. Fachowa siła charknęła w chusteczkę na powitanie, następnie oczyściwszy nos spojrzała na mnie mało przyjaźnie.
Zaczęłam więc bardzo grzecznie:
- Czy pani by mi mogła pomóc odzyskać moje numery telefonu, bo… - i tu w kilku zdaniach opowiedziałam w jakiej to ja jestem matni od kilku dni. A moje całe ciało mówiło tym rzęsom, że matnia jest okrutna i właściwie to już nie matnia, tylko otchłań czarna, by nie nazwać rzeczy po imieniu.
- A pani jest pewna, że pani ma te numery telefonów na karcie sim?
- No, a gdzie je mam mieć, jeśli ja mam ten sam numer od początku istnienia telefonii komórkowej? Ja je tam skrupulatnie sobie zbieram proszę pani od ..od..- i tu uświadomiłam sobie, że gdy ja zaczynałam zbierać te numery, to właścicielka rzęs była wielkim nieśmiałym marzeniem jakiejś dzieweczki chcącej, kiedyś zostać mamą – od chyba dwudziestu pięciu lat - dokończyłam na wydechu.
Długie rzęsy smarknęły sążniście. I popatrzały litościwie, acz z pewną pogardą
- I nikt pani tej karty nie wymieniał?         
- Nie! Nigdy! – odpowiedziałam natychmiast i dokładnie w tym momencie dotarło do tej mojej skołowaciałej brakiem końcówki łepetyny, że przecież ta sieć, której fachowa siła próbuje mnie obsłużyć nie osmarkawszy uprzednio, istnieje dopiero kilka lat. I że kartę wymienili, i że moje numery są w tym padłym ustrojstwie,  i że ja ich mogę nigdy nie odzyskać….
Długie rzęsy patrzały z politowaniem.
- Ożesztywmorde! zaklęłam pod nosem. I co teraz?
- Trzeba się dostać do softu – odpowiedziało dziewczę z dekoltem, rzęsami i bezdusznym peselem bezradnie rozkładając ręce.
- Dostać to ja się mogę proszę pani do tramwaju. Soft jest dla mnie nieosiągalny. To chyba widać!
- No właśnie! odpowiedziała fachowa siła. Dlatego najlepiej kopiować adresy w chmurze.

Matko! Kto jej pozwolił tu stać? Z tymi rzęsami, dekoltem i smarkami. A żeby ci się małpo jedna przemądrzała rzęsy posklejały! Pęknę chyba!
- W chmurze, proszę pani, to moje pokolenie ma skopiowane marzenia. Poza tym to taka sama mądra rada, jaką mógłby dać współczesny człowiek neandertalczykowi –żeby żywność najlepiej trzymał w lodówce.

Ulżyło!

- A musi pani mieć te telefony? Nie lepiej pozbierać od nowa? Pani ma jakąś firmę? – długie rzęsy przyglądały mi się podejrzliwie.
- Nie mam firmy, ale jestem bardzo publiczna. A tu, w tym ustrojstwie schowało mi się całe życie. A przynajmniej jego spora część.
No nic! muszę do softu  – dodałam zrezygnowana.

Wróciłam do domu i natychmiast udałam się do męża z informacją, że kicha. I z pretensją, bo przecież to on zmienił sieć naszych telefonów. I teraz, przez niego,  muszę do softu, zamiast po prostu przenieść z karty.
A mój mąż – człowiek starej daty, który już w życiu widział niejedno, powiedział:

- to ja tego trupka spróbuję naładować!
I naładował!
I działa!

To się w głowie nie mieści!
Czytaj więcej »

Pierwsze wrażenie

22:59

Z powodu wrodzonego lenistwa (samej nie chce mi się organizować) i nieustającej ciekawości świata, jeśli tylko jestem za granicą i mogę skorzystać z takiej opcji, zapisuję się na wycieczki krajoznawcze oferowane turystom. Mam wtedy gwarancję, że zobaczę rzeczy najważniejsze, trafię we właściwe miejsce o właściwej porze i jeszcze ktoś lepiej zorientowany powie mi, co oglądam. To niby drobiazg, ale dość istotny. W dodatku, kiedy tylko wejdę do autokaru, mam wolne. Nie szukam drogi, parkingu,  nie ustawiam gps-a i nie szukam okularów. I to jest właśnie ten luksus, który kupuję za kilka euro. Stosuję w tym przypadku  zasadę moich rozrzutnych przodków – poszła krowa, niech idzie i cielę. Jedyne, co mnie na tych wyjazdach męczy, to pielgrzymka od hotelu do hotelu, żeby pozbierać turystów. No ale mówi się trudno i jedziemy dalej.  I oto teraz dochodzę do sedna.
Tym razem mieszkamy w hotelu, który jest na końcu wszystkiego, więc od nas zaczyna się zbiórka. Punktualnie stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu. Z naszego hotelu w wycieczce uczestniczyły cztery osoby mniej więcej w moim wieku. To ważne – bo kwestia wieku jest w tym przypadku według mnie kluczowa. Elegancki bus czekał w umówionym miejscu. Kierowca – zabójczo przystojny młody Grek, kiedy tylko zobaczył, że się zbliżamy, wysiadł z auta, stanął przy drzwiach, by z uśmiechem nas przywitać (kalimera! dżendobry) i sprawdzić, czy mamy bilety. Był bardzo grzeczny i próbował odczytać nasze polskie nazwiska. Kiedy usłyszałam grecką wersję mojego, stanowczo za długiego, co brzmiało jakoś tak: trzekan???? – (tam gdzie znaki zapytania były błyski gałek ocznych!) wyręczyłam go poprawnym odczytaniem i zastałam natychmiast obdarowana kolejnym pięknym uśmiechem oraz stwierdzeniem: nice to meet you. W dodatku powiedział to tonem, jakby to była prawda. Odpowiedziałam mu, że mnie również i było to najprawdziwsze, bo poznać miłego człowieka to prezent od losu. W zgodzie i świeżo zadzierzgniętej sympatii ruszyliśmy do kolejnych hoteli. 

Po dziesięciu minutach byliśmy w następnym. Tu zabieraliśmy parę młodych ludzi w wieku naszego kierowcy. Oboje mieli może po dwadzieścia lat. Formalności załatwili przed drzwiami, a do busa weszli jakby tam zupełnie nikogo nie było nie było. Ani dzień dobry, ani ….nic.  Na twarzy mars, jakby szli na wojnę. No właśnie. Pomyślałam sobie, że to jakieś ćwoki niewychowane i tyle.
Pojechaliśmy dalej. Tam czekały cztery osoby. Znowu bardzo młodzi ludzie. I tutaj historia się powtórzyła. Weszli bez żadnej formy powitania z posępnymi minami. Widać nasza obecność nie była dość sympatyczna. Nie wyglądali na pogubioną ludzką nędzę dotkniętą brakami w wychowaniu. Wprost przeciwnie. Dobrze ubrani, zadbani, pewni siebie. W ostatnim hotelu wsiadało kolejne sześć osób. Cztery młode dziewczyny weszły do samochodu bez słowa.
Pierwsze „dzień dobry” usłyszałam od pary w naszym wieku (różnica wieku ok. trzydzieści lat), wsiadającej jako ostatni z grupy  i zaraz potem od naszej pilotki, która wsiadała na samym końcu. Przez całą wycieczkę znakomita pilotka opowiadała wiele o Grekach, podkreślając ich radość życia i otwartość na innych ludzi. Młody kierowca był uśmiechnięty przez cały dzień, mimo, że ciężko pracował. Próbował ze mną rozmawiać w trzech językach i zawsze kończyło się to pocieszną sytuacją. Ja mówiłam po grecku, on po polsku – ratowaliśmy się angielskim, co w moim wydaniu było raczej rozpaczliwą próbą sprostania wyzwaniu. Bo oto człowiek grzeczny i życzliwy, więc należy się wysilić, by mu przekazać dobre myśli. Rozstaliśmy się wieczorem w dużej sympatii życząc sobie nawzajem szczęścia.
„Wielka grecka wycieczka” stała się źródłem refleksji o Polakach.
Od powrotu do hotelu przyglądam się rodakom. Przyjechali nowi, więc mam pole obserwacji. Wszystkie nacje świata pozdrawiają się w hotelu. W różnych językach. Uśmiechają się do innych. Nie robią tego tylko spotykani przez mnie… Polacy i Rosjanie. Im młodsi, tym trudniej przychodzi „dzień dobry”. Mam taką teorię, że pokolenie młodych Polaków  ma jakiś problem z nawiązywaniem kontaktów. Nawet, kiedy siedzą koło kogoś cały dzień na plaży, gdzie stoi dziewięć parasoli i wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, to następnego dnia nie rozpoznają człowieka.
W pokoju obok naszego także mieszkali Polacy. Przywitaliśmy się ze sobą przy pierwszym kontakcie na balkonie. Zwyczajne „dzień dobry” rozpoczęło cały szereg miłych rozmów i wzajemnych uprzejmości. BYŁO MIŁO, co na wakacjach jest istotne. Państwo (w moim wieku) polecieli do kraju, a na ich miejsce przyjechali inni – bardzo młodzi. Na uprzejme dzień dobry, zobaczyłam najpierw zdziwioną minę, a chwilę potem usłyszałam gulgot w gardle na kształt tego pozdrowienia. A potem był odwrót z balkonu, jakby kontakt z drugim człowiekiem groził śmiercią lub kalectwem.
Jakieś takie upośledzone, czy co? Ci nowi, na zabiedzonych intelektualnie i społecznie też nie wyglądają.
Jak mogliśmy do tego dopuścić? Kiedyś pęknę ze złości i wiem z jakiego powodu, Obiecywałam sobie, że nie będę na blogu puszczać dydaktycznych smrodków i bardzo się staram, by tak nie było. Naprawdę - bardzo.
Ale się zebrało.
Z Grecji chciałabym zabrać uśmiech wszystkich napotkanych ludzi i przekonanie, że „nice to meet you”.

Czytaj więcej »

Greckie schody

12:35


W Grecji to ja kocham wszystko. I w dodatku całkiem niespodziewanie znalazłam się w wieku, w którym zdecydowanie powinnam już w niej zamieszkać. Co więcej – myślę, że nawet mogłabym tutaj zarobkować wypowiadając mądre myśli na temat życia, jak prawdziwa grecka filozofka. Raz dziennie jedną, bo ja bym miała cenne mądre myśli, a jak coś jest w nadmiarze, to nikt tego nie uszanuje.
Uwielbiam tutejszy klimat, przepadam za ich kuchnią, zachwycają mnie krajobrazy, a wszyscy Grecy, których w życiu  spotkałam, byli sympatyczni. Zakładam oczywiście, że spotkałam niewielu i w dodatku nie miałam okazji, by z nimi porozmawiać, bo w jednym jesteśmy do siebie bardzo podobni – nie łączy nas język angielski, ani żaden inny. Mimo wszystko w wielkiej sympatii dla Greków i Grecji nic mi nie przeszkadza i tak będzie po kres moich dni. Howk!

Kolejna wizyta w tym kraju utwierdza mnie w przekonaniu. Tym razem odwiedzam Chalkidiki, które zachwyca samą nazwą. Jest w tym słowie jakaś pociągająca egzotyka i brzmi kompletnie nieeuropejsko. A to w gruncie rzeczy tak niedaleko. Pilot naszego samolotu ( jakiś pirat powietrzny!) zakomunikował pasażerom w Poznaniu, że w Salonikach będziemy za dwie godziny. Czyli pół godziny wcześniej, niż zapowiadali w rozpisce. Nie ma innego wytłumaczenia, tylko takie, że leciał na skróty. Jak powiedział, tak zrobił. Mało wiem o lataniu i niech tak zostanie, bo ja jeszcze chciałabym wrócić. Po co się denerwować?
Chalkidiki to rejon z piękną przyrodą i malowniczymi krajobrazami. Mieszkamy właściwie w lesie, w otoczeniu pięknych malowniczych  wzgórz. Hotel  prowadzi grecka rodzina i naprawdę widać, że znają się na tej robocie. Jest już po sezonie, więc wokół cisza i spokój. Pięknie. Nic, tylko filozofować!
Nasz hotel położony jest nad samym morzem. Widzimy je z okien balkonu i zdaje się być na wyciągnięcie ręki, ale żeby się dostać na hotelową plażę musimy pokonać sporą wysokość nadbrzeżnej skarpy. Czytałam o tym w opisie hotelu, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że różnica poziomów do pokonania może być taka wielka. Nie policzyłam jeszcze tych schodów. Na razie nie mogę wyjść z podziwu dla myśli technicznej zastosowanej przez właścicieli hotelu, by umożliwić gościom plażowanie w pobliżu.
Ścieżkę na plażę z pewnością budowali konstruktorzy z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Zastosowali model ze Szpiglasowej Przełęczy. Jest stromo, wąsko i bolą kolana przy schodzeniu. 
Natomiast ostatni fragment jest żywcem przeniesiony ze Slowenskego Raju – bo to prawie drabina. Za pierwszym razem schodziłam tyłem i myślałam o tych, którzy mają lęk przestrzeni.
Oni musieliby zostać na podeście i zażywać tylko kąpieli słonecznych. Tą piękną drogą pokonuje się sporą wysokość i nie ma innej możliwości, by
Właściciele hotelu dbają o swoich gości. Każdy, kto chce skorzystać z leżaka, musi pobrać kluczyk od leżaka w recepcji. Leżaki są bezpłatne, ale nieoddany kluczyk kosztuje 15 euro. Zupełnie nie rozumiałam, o co chodzi z tym kluczykiem, bo jak jeżdżę po świecie podobnego rozwiązania nie widziałam nigdzie. Zrozumiałam, jak zeszłam. Plaża jest maleńka na dziewięć parasoli. W dodatku morze podmywa leżaki i mogłoby je zabrać. Trzeba je jakoś umocować. A nikomu się z góry nie chce schodzić, by pilnować majątku. Rozwiązanie z kluczykiem bardzo przemyślane. Pozwala sterować ruchem i zapewnia, że leżaki  nie odpłyną.

Tym którzy narzekają na schody na plażę, należy pokazać sąsiednie zejście. To jest dopiero majstersztyk budowlany. 
Pierwszy raz w życiu oglądam betonową drabinę. To coś obok schodów, to chyba korytarz do spuszczania łodzi. Nie wiem tylko jak wchodzi się z plaży na schody, bo tu chyba czegoś brakuje. Na oko dwóch metrów czegoś.
Naprawdę,  ludzie mają fantazję.
Ale morze czyściuteńkie i lazurowe. I nareszcie jestem w miejscu, w którym nie mam wyrzutów sumienia, że na plaży leżę bezczynnie. Ja na tym leżaku regeneruję się przed ogromnym wysiłkiem – czyli drogą powrotną.
No i czy to nie jest mądrze pomyślane?





Czytaj więcej »

Mózgi dwa

02:17
 

W sieci całej nie znajdę zdjęcia , które lepiej oddawałoby obecny stan mojego ducha i ciała. Napadło na mnie wszystko, co tylko mogło i chwyciło. Jak chwyciło, to trzymało. A ja biedna, jak ta pani na zdjęciu, ze wszystkich sił staram się podołać. Z natężenia i wysiłku zabrakło sił na pisanie. A i tematy byłyby dość oklepane – służba zdrowia i niezbyt fajne perspektywy. Generalnie – KICHA!
To po co o tym jeszcze pisać, skoro trzeba przeżyć?
W tej trudnej życiowej sytuacji, nucąc pod nosem refren z piosenki Krystyny Jandy „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie” postanowiłam się nie dać oraz dać radę. Mam więc kolejne obowiązki i nowe biurko z komputerem oraz perspektywę ciężkiej pracy po kres swoich dni.  Nie ma litości! Żadna emerytura, żadne tam odpoczywanie i rozwojowe mrzonki o talentach, niezrealizowanych marzeniach, porzuconych pasjach. Trudno! Tak wyszło.

Tymczasem jako nieuchronny znak końca lata bociany odleciały, szpaki się namawiają, dzieci poszły do szkoły, a na Facebooku pojawiły się wpisy sfrustrowanych rodziców po zderzeniu z systemem edukacji. Mam wrażenie, że zadowolona jest tylko Pani Minister właściwa dla spraw edukacji. Nie ukrywam, że czekam, kiedy  minie ona i jej stan zadowolenia. Na szczęście ja już nie muszę przeżywać rozterek polskich nauczycieli – uciekać z oświaty, czy karmić się nadzieją, że będzie lepiej, ani dylematów polskich rodziców – zabierać dzieciaka do edukacji domowej, czy jakoś to wytrzymać. Mogę się tylko przyglądać z boku i zastanawiać, ile jeszcze można naknocić i napsuć ludziom krwi oraz czy komuś rozumu nie odebrało, w zamian za prawo do kształtowania umysłów i postaw milionów młodych ludzi w naszym kraju?
Z tego i wielu innych wielu powodów zaczęłam się interesować kondycją psychiczną Polaków. Przez mój stosik książek do przeczytania przewinęła się pozycja „Twój drugi mózg” Emerana Mayera. Kupiłam ją zachęcona słowami „Jelita swoimi zdolnościami przyćmiewają wszystkie inne narządy a mogą nawet rywalizować z mózgiem. Są wyposażone we własny układ nerwowy, tzw. trzewny, który media nazywają często „drugim mózgiem”. Na ten drugi mózg składa się 50-100 milionów komórek nerwowych, czyli tyle ile zawiera rdzeń kręgowy”. Książka bardzo ciekawa, a to co wynika z lektury bardziej pasjonujące niż niejeden kryminał. Przytoczę jeden fragment, który był mi bardzo bliski. Autor w rozdziale o roli serotoniny opowiada o sprawności komunikacyjnej na osi mózg-jelita odwołując się do swojej przygody w Indiach, gdzie chcąc uczcić swoje małe święto spożył posiłek w restauracji:
„Nazajutrz rano usadowiłem się w autobusie, by odbyć dwudziestoczterogodzinną podróż do Delhi – doba ta po wieki będzie dla mnie przeklęta trawiennie. Próby zapanowania nad tym, co w moim żołądku i jelitach spowodował spożyty posiłek, były podobne do zachęcania atakującej watahy hien, aby zechciały się położyć i dać pogłaskać po brzuszkach. Intensywność tego doświadczenia wyryła się w najgłębszych pokładach mojej pamięci emocjonalnej, uświadamiając mi raz na zawsze, jak wielka potęgą są sensacje jelitowe (i ich wspomnienie)”.
Kto nie ma w swych zasobach takiego wspomnienia, ten jest naprawdę szczęściarzem. Ja posiadam takowe i jak się obczytam w temacie, to oswoję je poprzez upublicznienie w formie literackiej. Niezwykle celne porównanie do watahy hien niestety już zajęte, ale poszukam swojego.

Teraz jednak zamierzam wykorzystać mój drugi mózg, by ogarnąć istniejące problemy. W tym celu oddalę się na Chalkidiki, gdzie stopniowo zbadam wpływ diety śródziemnomorskiej na oba mózgi i poszukam rozwiązań wszystkiego, co mnie w życiu napadło.  

Tylko nie mówcie mi, że znowu wyjeżdżam.
Czytaj więcej »