Święto Ognia

02:28


Hiszpania kojarzy mi się z wiatrem, chłodem i ulewnym deszczem oraz głośnym śpiewem niemieckich emerytów. Pewnie dość nietypowo, ale poprzednie wizyty w tym kraju pozostawiły właśnie takie wspomnienia. Silne i niezatarte niczym. Kolejna wizyta przyniesie pewną odmianę, bo trafiłam właśnie na walencjańskie Falla - Święto Ognia – najważniejsze w roku święto dla miejscowej ludności.   Przyjechaliśmy tutaj w innym celu, ale jak ktoś ma szczęście, to na całego. Trafiliśmy na cztery świąteczne dni, karnawał na ulicach, wszechobecne petardy i łomot jak w powstaniu oraz wielką obietnicę zbiorowego palenia ogromnych figur, symbolizujących całe zło.
Mieszkańcy prowincji Walencja najpierw przez pół roku tworzą te wielkie figury, potem je ustawiają w głównych punktach miasta, by w poniedziałek wieczorem jej podpalić.
Angażują się w ten proces wszyscy, uczestnicząc w nim na różnych etapach mniej lub bardziej czynnie. Dzisiaj figury już stoją, są skończone, naprawdę pięknie zrobione, kolorowe i przyciągają wzrok. Niektóre mają kilkanaście metrów wysokości. Po ulicach biegają młodzieńcy i odpalają petardy, chodzą orkiestry dęte i pochody przebierańców.
Ludzie tańczą i świetnie się bawią. Acha! I jeszcze jedno.
W tym roku w Gandii figury mają twarze lokalnych polityków.
I jak nam powiedział pośrednik nieruchomości, to jest symboliczne, bo polityków nikt tutaj nie lubi. Nie wchodziłam w dyskusję, gdzie ich bardziej nie lubią. Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
Od teraz będę kojarzyła Hiszpanię z wybuchami.
WIELKIM zrozumieniem.
Tym razem już sama podróż do Hiszpanii także była dla mnie wyzwaniem. Pierwszy raz leciałam Ryanairem. Tak się starałam, tak obczytywałam co można włożyć, a co nie do bagażu, który w całości jest podręcznym, że w efekcie wylądowałam, co prawda o czasie i w całości, ale kompletnie bez potrzebnych kosmetyków. Najpierw z obłędem w oku szukałam toreb na wymiar tej linii. Walizka w potrzebnym wymiarze w domu była jedna, torebki w wymiarach 35x20x20 nie mieliśmy żadnej. Przez ostatnie dziesięć lat nie spędziliśmy łącznie razem z mężem tyle czasu w galeriach handlowych, co teraz, na poszukiwaniach toreb, żeby spełnić to żądanie. Torebki owszem były w zbliżonych wymiarach. Najczęściej dwóch. Trzeci nigdy nie pasował. W końcu podjęłam decyzję, że jadę z tym co mam. Najwyżej mnie cofną. Z tego przejęcia zapakowaną kosmetyczkę z akcesoriami do makijażu zostawiłam  w łazience, w której skrupulatnie pakowałam w pojemniczki stumililitrowe potrzebne szampon, balsamy i inne takie. Napakowałam pełną kosmetyczkę o wymiarach zbliżonych do podanych. A na lotnisku wściekła kobieta w mundurze kazała mi to wszystko wyrzucić, bo wziąć można tylko tyle pojemniczków ile się zmieści w specjalnym  woreczku. Kobieta miała mundur, śmierć w oczach, broń przy pasie więc nie dyskutowałam.  Próba upchania w woreczek wszystkiego wzbudziła wielkie zainteresowanie stojących w kolejce do wyrzucania. W efekcie upchałam odżywkę do włosów, płyn do demakijażu (kosmetyki, które miałabym ewentualnie zmywać zostały w Poznaniu) oraz pastę do zębów. Naprawdę uwielbiam te momenty, a najbardziej swoją głupotę, że dałam się wciągnąć w grę „lecimy tanimi liniami.
I teraz taka niewymalowana chodzę po Gandii i odwiedzam Hiszpanów. Bo my zwiedzamy. Tym razem nie zabytki, tylko mieszkania. Teoretycznie szukamy swego miejsca na starość, bo  Mąż postanowił, że trzeba takie miejsce mieć. Wybór ofert jest bogaty. Oglądamy wszystko, bo jesteśmy po prostu ciekawi. Na razie w Gandii, która jest ulubionym kierunkiem wypoczynkowym mieszkańców Madrytu, potem w Allicante i Walencji. A potem będziemy myśleć. Jakoś nie mogę trafić w Hiszpanii na upały i dość trudno mi wyobrazić sobie lato, kiedy odziana w zimową kurtkę łapię skąpe promienie słońca. W wynajętym przez nas mieszkaniu nie ma oczywiście kaloryferów, za to są małe okna z cieniutkimi pojedynczymi szybami. Są dużo mniejsze niż u nas, bo generalnie buduje się tu tak, by słońca nie dopuszczać. Zimą i wczesną wiosną w mieszkaniach  jest po prostu zimno. W naszym wynajętym mieszkaniu temperatura niebezpiecznie zbliża się do tej, przy której ja zaczynam chorować. Więc otwieram okna, by wpuścić to wczesno wiosenne słonce, ale i to niewiele daje.
Ale o ofertach nieruchomości w Hiszpanii mogę powiedzieć bardzo dużo i chętnie służę pomocą, doświadczeniem i kontaktami.
Za to psów ci tutaj dostatek. Są w prawie każdym domu i większość to prawdziwe miksery. Czasem widać, kto był protoplastą, ale w większości przypadków trudno byłoby zgadnąć. Siedzą w barach, spacerują po eleganckim deptaku, jeżdżą rowerem, a na starość czasem są wożone na wózku. Czyli tak, jak powinno być. Nie wiem, jak one radzą sobie ze Świętem Ognia, bo to kilkanaście dni (przygotowanie do świąt, święta właściwe i podzwonne) pełne wystrzałów i okrutnego hałasu. Ale może hiszpańskie psy są przyzwyczajone i bardziej odporne?

W końcu hiszpańskie.  

Czytaj więcej »

Już jest

07:57

Wiosnę zauważyłam w błysku oka mojego sąsiada, pilnującego od rana sklepu z napojami. Chłop całą zimę ma spojrzenie mętne i przez to zmętnienie, jakby gorzej widział i mniej kojarzył. Myślę tak ponieważ „dzień dobry” mówi mi czasem. Czyli nie wtedy, gdy go mijam, tylko wtedy, gdy zajarzy. Zimą i późną jesienią jarzy jakby trudniej, ale  w końcu kto ja jestem, by mnie dostrzegał za każdym razem? Ale teraz stał oparty o mur, patrzył przed siebie, czyli na mnie nadchodzącą i chyba w tym porannym słońcu, mimo mojego słusznego wieku, nikłej postury i zimowej kurtki spowijającej moje nadobne kształty, musiałam mu coś wiosenno-ludzkiego przypomnieć, bo usłyszałam;
- Dzień dobry! Pani to się zawsze uśmiecha. – wtedy błysnął tym okiem, tak wiosennie. Kilka razy ten błysk już w życiu widziałam i wiem, że z reguły nie wróży on nic dobrego. Możliwości są dwie. Albo poprosi mnie o wsparcie groszem na piwo, albo….. No właśnie! Obdaruje mnie komplementem, po którym moja ugruntowana samoocena może się zachwiać. W tej sytuacji niezwykle błyskotliwie odpowiedziałam:
- Bo świat taki piękny Panie sąsiedzie! – i zwinnie ominęłam grupę robotników wynoszących graty z demolowanej właśnie lokalnej „Żabki”, by z tego chaosu, ich ciężkiej pracy i wyzwisk gromko rzucanych w powietrze, powstała nowa jakość, czyli….„Żabka”. Tylko bardziej zielona i z większymi możliwościami zaopatrzenia mojego sąsiada w piwo i napoje wyskokowe.
Sąsiadowi nie dałam szans, ale wiośniany sygnał zabrałam ze sobą.

Potem, wracając do domu z gazetą i bułkami, zobaczyłam na dachu naszą ulubioną cukrówkę. Od kilku lat siada na szczycie dachu, nad oknem sypialni, lub na stojącym obok wielkim świerku i miarowo powtarza od świtu „nobuuudźsie!nobuuudźsie!nobuuudźsie!”.  Teraz jak najęta budziła nas, marnując swój potencjał energetyczny, bo my już dawno obudzeni. Może miała zamiar obudzić innych?
Wchodząc do domu, usłyszałam ulubionego dzięcioła. Zatrzymałam się przed drzwiami.
Jest! Przyleciał i wali. Będzie tak walił codziennie około 8.30. Jest punktualny, jak przedwojenne pociągi. Przylatuje do nas i obrabia drewniany słup telefoniczny lub telegraficzny. Słup jest już tylko słupem tego dzięcioła. Zachowały się jeszcze szczątki jakichś urządzeń umocowane do niego, ale druty zwisają i słup stoi osłupiały, samotny na mojej działce, wśród nowszych betonowych za płotem. Onegdaj uchroniłam go przed szaleńczą pracowitością mojego Męża, uzbrojonego w piłę elektryczną, który wyrzynał swego czasu różne rzeczy na naszej działce, czyniąc rewolucje w ogrodzie. Nie zdążyłam uratować czereśni, ale słup mi się udało. Bo ten słup dzierżawi nasz Dzięcioł. I ma w niego walić. Zawsze , kiedy uda mi się tam go zobaczyć, odzyskuję wiarę, że w waleniu jest jakiś sens. Mnie ten Dzięcioł trzyma w pionie.  A to, że tyle lat przylatuje do nas, rozczula i czyni mnie lepszą dla świata – jak to teraz mówią  – - en block.

Do tej narastającej orkiestry wiosennych dźwięków i sygnałów dołączyła Belka. Ona, jak na prawdziwego psa obrońcę wstaje w naszym domu ostatnia, a rozruch poranny ma powolny. Najpierw wyszła przed dom i zdziwiona zauważyła, że jakoś tak jaśniej i cieplej wokół, że w łapy mniej mokro i bez obrzydzenia usiąść można na ścieżce. No to usiadła. I popatrzała przed siebie, niczym mój sąsiad przed sklepem. I nagle zobaczyła JEGO! Wroga swego odwiecznego, jak w tym samym porannym słońcu siedział pod krzakiem i wpatrywał się w nasz kompostownik. Siedział za płotem, bo tam ma swoje stanowisko do sprawowania swej kociej powinności. W kompostowniku mieszka bowiem mysia rodzina, którą systematycznie dokarmiamy, ku jej uciesze. Kompostownik stał się więc areną rozgrywek oraz wojny na śmierć i życie między Belką i Bezczelnym Kociambrem. Kot jest bystry, więc poluje na nasze myszy za płotem. Wejście na teren działania Belki, jest jednak zbyt ryzykowne, bo terriery to zdrobniale terrorysty- wiadomo. Koty dobrze o tym wiedzą. I kiedy tylko Belka dojrzała siedzącego wroga swego, wydała przeciągły skowyt, jakby ją zarzynali i siłą nie wiedzieć jakiego napędu, wyrzuciło ją do przodu w kierunku kompostownika, którego strzec trzeba, jak oka w głowie.
A w tej chwili, o której człek marzy całą zimę pełną ołowianych poranków, z mroku domostwa naszego wyłonił się Mąż Mój Zacny. Wyłonił się był już po trzeciej kawie, we wdzięcznym stroju roboczym, składającym się z niesamowicie praktycznej kamizeli z milionem kieszeni na wszystkie śrubokręty oraz spodni, podkreślających nie tyle figurę, męskość czy inne takie fiubździu, ile związek mężczyzny z ziemią, po której stąpa. Twardo stąpa. W tym swoim rynsztunku, gotowy do zmagań ze stawiającą opór przyrodą, spojrzał na mnie, a zobaczywszy moje niewinne oczęta, w których życie na stałe wpisało pytanie „A gdzież to Ty Mój Bohaterze idziesz? odparł pytany nie wprost:

- Działkę sprzątać idę! Będą rewolucje! – i ruszył chłop przed siebie, z piłą w ręce.
Bo wiosna przyszła.

A Ty Mój Drogi Czytelniku lub Czytelniczko równie Droga, jeśli doczytałeś do tego momentu ten zapis chwil kilku, w którym myśli głębszej żadnej,  to znaczy że wiosna też już Ciebie dotknęła i gotów jesteś na to, by życiem się po prostu ucieszyć.

Radości wiosennej!
Czytaj więcej »

Przed Dniem Kobiet

08:35

To, co teraz napiszę, spowoduje być może rozruchy społeczne, falę ostracyzmu, pokątne plotki i inne sposoby nieformalnego wyrażania negatywnych opinii przez obserwatorów życia publicznego.
Ale napiszę.
Co tam: Ja lubię kobiety! I podziwiam. Przez cały rok trwam w podziwie dla kobiet, z którymi się spotykam. Współpracuję z nimi, słucham ich historii, rozumiem wybory, rozmawiam. Czasem słucham zabawnych zdarzeń, częściej niestety różnych tragicznych lub bardzo niebezpiecznych. Rzadko zdarza mi się spotkać kobietę tak nadętą, tak przekonaną o swojej racji, że nie da się z nią pogadać i dogadać. Nie wiem, czy dystans do siebie jest przypisany płci, ale mam wrażenie, że u kobiet jest on cechą dominującą, u panów bywa w zaniku.
Wszystkie kobiety, z którymi się przyjaźnię mają poczucie humoru. I za to je uwielbiam.

No i to tyle tytułem wyznania od serca.
Natomiast najmniej ze wszystkich świąt lubię „Dzień Kobiet”. I tak mam od zawsze. Od pierwszego kwiatka wręczanego przez kolegów z klasy, bo nigdy nie wiedziałam, jak mam się zachować. Podświadomie czułam, że coś mi zgrzyta i że to takie święto, nie święto. Nigdy nie miałam charakteru wdzięcznej dzieweczki, co to oznaki męskiej sympatii przyjmuje z rozczuleniem. Szczególnie okazywanej raz do roku. Ja tam wolałam mieć tę sympatię cały czas, bo ja pazerna jestem. Głównie na uczucia i sympatię.
Później, gdy trochę zmądrzałam, zorientowałam się szybko, że ten jeden dzień jest mi dany za to, że generalnie w pozostałe 364 dni mam i będę miała zawsze gorzej, z racji bycia dziewczyną, kobietą. I że ten dzień jest bardzo potrzebny panom, by rozładowali swoje napięcia w tym zmieniającym się świecie, w którym kobiety zaczęły domagać się równego traktowania. A w czasach mojego dzieciństwa panowie rozładowywali te napięcia bez żadnych zahamowań, najpierw rozdając paniom po goździku i rajstopach wg rozdzielnika (uwaga! bez uwzględniania rozmiarów obdarowanych!!!), a później wypijając niezliczone toasty za zdrowie pań z wielkim poświęceniem do białego rana. Uraz mi pozostał i już. Nie lubię i unikam.

Ale czasami się ugnę. I właściwie wszystko to, co dalej napiszę, to jest jakiś wkład w opisywanie odchodzącego świata. Od dawna wydaje mi się, że jestem już w grupie dinozaurów - na wyginięciu. Jak się okazuje nie sama! Otóż nasz dobry znajomy zadzwonił do mojego męża z propozycją, by z okazji DNIA KOBIET zaprosić żony na kolację. Własne dodam! Tak jak drzewiej bywało! Mój mąż zachował się przytomnie, bo zaraz  sprawdził, co ja na to? Ja na to, jak na lato. Kolacja z przyjaciółmi? Zawsze.
Kolega natomiast rozzuchwalił się, poszedł po bandzie i jedynie poinformował  swoją wieloletnią żonę, a moją przyjaciółkę, że wychodzą na spotkanie z kimś. I że to będzie niespodzianka. A ona miała czarne myśli, kto będzie tym kimś, oraz gotowość do rejterady w sytuacji, gdyby w ramach niespodzianki przyszło jej jeść kolację, z którymś z potencjalnie gotowych do niespodzianek kolegów męża z ewentualną partnerką. Tak się dziewczyna (przez blisko 24 godziny) mobilizowała do tej ucieczki, że przed restauracją wyglądała jak chmura gradowa, gotowa na wszystko i gdybyśmy się chwilę spóźnili, kto wie jak wyglądałoby ich małżeństwo.

Mężczyźni mnie jednak zadziwiają swoją odwagą.
 
Kolega zarezerwował stolik, bo spodziewał się tłumów. W najlepszym z możliwych lokali w Poznaniu uczynił tę rezerwację, czyli w Bazarze – tam, gdzie kilkadziesiąt lat temu zabierało się kobiety, kiedy okazja była naprawdę zacna. Na przykład Dzień Kobiet. Po wejściu było tak, jak na tym zdjęciu, a potem było już tylko lepiej.
 
No ale okazja była przecież naprawdę wyjątkowa, bo to w końcu obchody Dnia Kobiet w rocznicę stulecia praw kobiet i w Roku Kobiet. Ponieważ ostatnio obczytuję się w materiałach na temat Poznania pod pruskim zaborem, czułam, że jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Bo w Bazarze siła tradycji jest tak wielka, że nawet herbata smakuje inaczej. A my na herbacie nie skończyliśmy. Z każdego kątka wychylają się tam wspomnienia czasów, kiedy kobiety nie miały praw wyborczych i generalnie, jako część ludzkości, były gorszego sortu. I dopiero, jak się tak człowiek wczyta w różne opracowania historyczne, widać wyraźnie, ile zawdzięczamy naszym myślącym i walczącym babkom. Aż strach pomyśleć, gdzie byśmy były, gdyby nie ich dążenia. Podobnie jest obecnie. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdybyśmy teraz zaprzestały wojny o podmiotowe traktowanie kobiet.
Wieczór upłynął nam bardzo miło. W kompletnie pustym lokalu, bo kolacja z okazji Dnia Kobiet jest jednak z innej epoki. Szczególnie zorganizowana z tygodniowym wyprzedzeniem. Ale tak musiało być, bo inaczej przy dwóch wyemancypowanych żonach, pierwszy wolny wspólny możliwy  dla wszystkich termin wypadał na przełomie maja i czerwca. No to już nawet Rok Kobiet by nie pomógł, jako motywacja.
Po kolacji, podczas której sporo rozmawialiśmy o aktywności kobiet, atakującym feminizmie i wszechobecnym patriarchacie, przy wyjściu z lokalu znalazłam plakat - reprint strony z reklamami pochodzącymi z czasów zaboru pruskiego.

Ten plakat był jak puenta naszego spotkania i naszych rozmów.  Obie z koleżanką przeczytałyśmy wszystkie anonse w poszukiwaniu śladu przedsiębiorczości kobiecej. Nie było żadnego, choć głowę daję, że niejedna niewiasta stała za tymi męskimi biznesami.

Ale za to po wczytaniu się, na osłodę znalazłyśmy taki śliczny komunikat:
Aparaty fotograficzne
oraz
wszelkie przybory
po najniższych cenach.
Chemikalia, płyty i papiery fotograficzne
zawsze świeże, bo wielki odbyt.
 
Wszystkim Paniom, tym młodszym i starszym, z okazji Dnia Kobiet życzę siły na manify, protesty, marsze w obronie i przeciw, oraz na życzenia, które popłyną do Was od Panów w każdym wieku.

Dziewczyny!
TrzymajMY się!


Czytaj więcej »

Ponadczasowa

13:02

Handel danymi osobowymi sprawił, że w mojej skrzynce na listy znalazła się przesyłka adresowana do mnie. Przez foliową torebkę z okładki kolorowego magazynu spoglądała na mnie twarz uśmiechniętej pani  w wieku bliżej nieokreślonym, a na samej górze, czarnymi literami dawało po oczach „Magazyn dla ponadczasowych kobiet”. Aż przysiadłam z wrażenia, bo o wielu rzeczach słyszałam, ale o ponadczasowych kobietach to jeszcze nie.

 
W tym przysiadzie myśl moja pogalopowała rączo przez zwoje i dotarło do mnie, że skoro niczego takiego nie zamawiałam - a mam! - to znaczy, że dla kogoś jestem tą kobietą ponadczasową.
No to jednak zmienia postać rzeczy – pomyślałam. Dotychczas to ja znałam jedynie ponadczasowe idee. A! i jeszcze z rzeczy ponad, to znałam prędkość ponaddźwiękową. I to by było na tyle – że posłużę się cytatem z mistrza bliskiego mojemu pokoleniu. A tu proszę – bach i mam w ręku dowód, że kobieta istotą ponadczasową być może i basta. Nie tylko bowiem mam to czarno na białym (w tym przypadku rozumianym jako beżowym), ale jeszcze dostałam ten dowód, jako grupa docelowa. Jako właśnie świeżo odkryta kobieta ponadczasowa rozejrzałam się po okolicy, czy ludzkość zareagowała na ten ważny dla niej fakt, ale pies z kulawą nogą nie zainteresował się tym odkryciem i moja świeżo odkryta ponadczasowość przechodziła jakoś bez echa.
W tej sytuacji postanowiłam niezwłocznie przestudiować ten materiał i zdecydowanie wkroczyłam do domu, informując małżonka, że obiadu nie będzie i musi sobie poradzić, bo ja jako świeżo odkryta kobieta ponadczasowa powinnam zapoznać się ze swoją nową sytuacją życiową. Tym bardziej, że (ciągle jeszcze przez folię) odczytałam kolejną zachętę „Dlaczego wspaniale jest być kobietą po pięćdziesiątce?”. Mąż nie dyskutował, bo chłop swój rozum ma i widzi, kiedy może. Nie miał szans, więc wycofał się do swojego kątka, a ja rzuciłam się na kolorowy magazyn.

Najpierw na pierwszej stronie zobaczyłam wielki napis „Drogie Czytelniczki”. Tak wielki, że czytał się bez okularów. Czarnym drukiem, nie żadnym popielatym, który zmusza do noszenia lupy i lampy, albo rezygnacji z czytania. Potem jeszcze w słowie wstępnym przeczytałam, że „W końcu nadszedł więc czas na pielęgnowanie pasji i zainteresowań. Czas by żyć pełnią życia”.
No! Kochana! Dożyłaś! – pomyślałam sobie i odwróciłam stronę, by przejść do konkretów. A tam był artykuł wyjaśniający „Dlaczego wspaniale jest być kobietą po 50-tce”
Dlaczego?
Ano dlatego, że:
1.       Kobiety po 50-tce są świetne!
2.       Nastała moda na kobiety po 50+.
3.       Kobiety po 50-tce nieustannie się rozwijają.
4.       Kobiety po 50-tce pragną dla siebie tego, co najlepsze.

 
Siła tej argumentacji mnie powaliła, a rozwinięcie tych stwierdzeń przywołało reakcje obronne wyćwiczone podczas żmudnego czytania efektów zmagań pisarskich moich znakomitych uczniów, którzy pisali często teksty niezwykłe. Tak niezwykłe, że musiałam czytać na głos, by myśl jakąś znaleźć a i to nie zawsze się udawało. Wielu z nich ćwiczyło się w sztuce pisania w taki sposób, by broń Boże nic nie powiedzieć. Wielu osiągnęło mistrzostwo w tej dziedzinie i może teraz znaleźli robotę w tym magazynie dla ponadczasowych?
Na następnych stronach  były cenne porady dotyczące walki z cieniami pod oczami (pasjonujące!), a także poświęcone problemom z włosami, którym „dojrzałe Polki mówią dość” ( aż mnie podniosło, taka była siła tego tytułu!) Dalej słowo o elegancji, wynikającej z posiadania warkocza, który można na kilka sposobów ułożyć na głowie. Ten artykuł szczególnie przypadł mi do gustu, bo fryzurę mam jak znak firmowy, od 40 lat taką samą, ale przecież kto mi zabroni włos zapuścić i skroń owinąć? Szczególnie teraz skoro ja ponadczasowa jestem?  
Bardzo życzliwie nastawiona przeszłam przez artykuł o produktach wspierających pracę mózgu oraz o urokach biegania po 50 –tce. (po 50-tce, a nie po 50-tkę!)
Tu wzruszyłam się radą „by czerpać z biegania radość” i „zacząć powoli”. Zacząć powoli to bym może umiała, ale z tym czerpaniem radości …? No nie wiem.
Potem było o wymówkach w walce ze słabościami i do serca wzięłam sobie „Bądź przygotowana i odeprzyj niespodziewany atak głodu – miej pod ręką pokrojone w słupki warzywa, orzechy, jogurt lub humus”. Niespodziewany atak głodu dopada mnie zawsze, jak tylko zobaczę coś do jedzenia. Efekty dostrzegłam ostatnio, gdy postanowiłam ubrać się w małą czarną. Za małą. Rozumiem, że jednak muszę być lepiej przygotowana, a za mała czarna jest po prostu skutkiem braku przygotowania. Poprawię się.
Później przeczołgałam się przez zalety yogi po 50-tce, problemy wynikające z menopauzy i poznałam pożytki mycia zębów szczoteczką elektryczną. Głównie dla stawów pożytki.

Tak przygotowana przystąpiłam do lektury artykułu „Jak na nowo zakochać się we własnym mężu” , przy czym słowa własnym mężu wyłaziły wprost ze strony i napadały na czytelnika. Bo jak wiadomo w cudzym łatwiej. Nie ukrywam, że z największą ciekawością przystąpiłam do lektury, bo kilka moich koleżanek chciałoby, delikatnie mówiąc, rozwiązać kwestię swoich mężów. Najlepiej ostatecznie rozwiązać i ponowne zakochanie się na pewno nie było przez nie brane pod uwagę. Mogłabym podsunąć taki wariant, jako odkrywczy. Przeczytałam, ale ten, co to pisał, też ćwiczył się w sztuce niemówienia niczego mądrego, albo w sztuce powtarzania sloganów. Wyczytałam cztery sugestie – rady dla starych małżonków:
1.       Poznajcie swoje pasje!
(No faktycznie, jeśli po 40 latach pożycia mam poznać pasję swojego męża to problem jest duży. Bo albo mnie nie było przez te 40 lat, kiedy on o tej pasji mówił, albo to nie jest żadna pasja i nie ma o czym mówić.)

2.       Pamiętaj w kim się zakochałaś.
(Rany boskie! Z tej pamięci nic nie wynika, bo tamten cudny chłopak umarł już śmiercią naturalną kilkadziesiąt razy. Co po mojej pamięci?)

3.       Koniec kłótni.
(Tak może radzić tylko zadeklarowany singiel. Nie do zrobienia.)

4.       Rozpocznij rozmowę
(Zgodzę się, pod warunkiem, że rozmowa dotyczy tematów bezpiecznych, a tych w naszym kraju już nie ma, bo nawet o pogodę można się pokłócić. A szczególnie w roku wyborczym. I po 40 latach.)


Jak nic pisał ten artykuł dojrzały stażysta na trzecim roku przed licencjatem. Na szczęście lubię swojego męża i nie muszę się ponownie zakochiwać, ale koleżankom pomóc nie mogę. Żadnej.
Potem już tylko były opisy nowych zapachów do domu, środków do prania i inne zapchajdziury, nawet nie próbujące sprawiać wrażenia ważnych. Albo interesujących. Wszystko ozdobione reklamami wszystkiego, co koniecznie musimy kupić i z wykorzystaniem fotek pięknych modelek – obrzydliwie nieponadczasowych.

Po uważnej lekturze myślę, że nie ma sensu podawanie tytułu tego magazynu, bo on się niczym nie różni od innych piśmideł adresowanych do  kobiet. Nawet zdjęć nie zmienili.

A ponadczasowość ma w tym przypadku sens tylko po przywołaniu powiedzenia, że „darowanemu koniowi się w zęby nie zagląda”.
Nie warto.
I niech jednak dotyczy  powiedzenia.

Czytaj więcej »

#metoo

13:27
Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł. Nie wiem, kto, kogo i do czego przekonywał. Nie zdążyłam dopytać, ale to zrobię. Dowiem się na pewno. Wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet moja wrodzona ciekawość świata, ludzi i mechanizmów nie zdążyła się włączyć. I teraz jest już po wszystkim, a ja nie wiem komu właściwie to zawdzięczam. I trochę jest ze mną tak, jak z bohaterką starego dowcipu, która wchodzi do pociągu i siada na miejscu dla matki z dzieckiem i kobiet w ciąży. Ktoś życzliwy dopytuje, czy jest w ciąży, bo przecież nie ma dziecka.
Na co ona:
- Właśnie zaszłam. Jeszcze nie mogę się otrząsnąć.
No i właśnie w takim jestem stanie. Ciągle nie mogę się otrząsnąć. W dodatku wszystko kojarzy mi się z seksem. Nic dziwnego. Po takim maratonie?

 
Od piątku do środy uczestniczyłam w przygotowaniu czytania performatywnego  „#metoo ze sceny” w Teatrze Polskim w Poznaniu. Zaprosiła mnie do udziału Ula Kijak – reżyserka (mniej zorientowanych informuję, że reżyserka, to kobieta reżyser, a nie pomieszczenie, w którym siedzi pan reżyser! To wcale nie jest żart, nawet ludzie wykształceni tak myślą – słyszałam na własne uszy!). Byłam jedną z sześciu kobiet występujących w tym wydarzeniu. Zgodziłam się  bardziej ze względu na przygodę teatralną, niż z powodów ideologicznych. A dziś, po tych kilku intensywnych dniach, mam przewrócone w głowie. I spowodowały to teksty, które czytałyśmy, atmosfera kobiecego zespołu i znakomitej współpracy, uważność i profesjonalizm moich nowych koleżanek, serdeczność, przyjaźń i poczucie wspólnoty. Po wczorajszym spektaklu, po dyskusji z udziałem Moniki Płatek i Joanny Krakowskiej oraz wysłuchaniu mądrych uwagach publiczności,  po reakcjach moich znajomych, doszło jeszcze poczucie misji. Więc chyba nic dziwnego, że nie mogę się otrząsnąć?
Akcja #metoo przewalająca się przez Internet nie była dla mnie szczególnie istotnym wydarzeniem. I to wcale nie dlatego, że  ja sama nigdy nie przeżyłam traumy związanej z molestowaniem, nagabywaniem, czy przemocą o podłożu seksualnym. Tak się stało, ponieważ wszystkie akcje na FB są dla mnie jednak mniej angażujące, niż inne, te na „żywo”. To różnica pokoleniowa i tyle. Wiem, że trzeba być na Facebooku, bo inaczej się nie żyje. Ale żyć wolę w realu. Więc o akcji słyszałam, ale nie śledziłam postów,  a moje bogate osobiste życie przyniosło mi w tym czasie kilka innych wzruszeń i wkurzeń. #metto zostało gdzieś w tle.
I dopiero Ula spowodowała, że ocknęłam się z letargu i dotarło. Dopiero spotkania, próby, rozmowy, czytanie kolejnych wpisów, wybranych z internetowego morza, przez Ulę, własne przeżycia te - wypowiedziane na forum i te, które skutecznie wyparte siedzą przyczajone w każdej kobiecej głowie, zwielokrotnione o miliony doświadczeń i przeżyć, pokazały, na co przymknęłam oko i co mi umknęło.
Czasu pracy nad tym czytaniem i samego wydarzenia nigdy nie zapomnę. To jedno z ciekawszych życiowych doświadczeń. Praca z Ulą i obserwacja tego, jak powstaje spektakl. Świetnie przygotowane aktorki, szukające w swoich zasobach odpowiednich środków wyrazu, pomysłów na interpretację. Wrażliwość i skupienie. A do tego temat – bardzo osobisty, trudny i niestety  znajomy. Dla mnie to było niezwykle inspirujące przeżycie.
Nie wiem, jak to wypadło, bo nie widziałam. Ale „#metto ze sceny”, powinno być oceniane nie tylko jako wydarzenie kulturalne, ale także jako wydarzenie społeczne. W końcu cały nasz wysiłek, to głos w ważnej sprawie. Zaprosiłam na czytanie i dyskusję kilka moich znajomych koleżanek – dojrzałych kobiet. Każda z nich podkreślała wielkie znaczenie tego wydarzenia. Każda mówiła o tym, co sama wyniosła. Poczuły się silniejsze, upewniły w tym, co robią i jak myślą, uświadomiły sobie. „małe ustępstwa”, które prowadzą do wielkich problemów, zajrzały pod swój dywan i zrozumiały, że trzeba się sprzeciwiać, a przynajmniej reagować. Jedna z nich, regularnie chodząca do teatru, powiedziała, że podczas „#metto ze sceny” wreszcie poczuła się we właściwym miejscu i czasie. Kilka poprzednich wizyt w teatrze było dla niej przyczyną głębokich rozterek i wątpliwości, czy warto kupować bilety i chodzić na spektakle. Bardzo ważne i budujące były dla nich wypowiedzi Moniki Płatek i Joanny Krakowskiej. Dla mnie też. To bardzo mądre kobiety.
Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i wielką satysfakcją wracałam wczoraj wieczorem do domu. Jako przećwiczona w czytaniu performatywnym, zapowiedziałam najbliższej rodzinie zbiorowe odczytanie „umowy o dzieło”, którą spisał ze mną Dyrektor Teatru Polskiego oraz przećwiczenie aktu strzelistego gratulacji, które złożył nam osobiście Pan Maciej Nowak, jak w prawdziwym teatrze przystało– w garderobie. Dla mnie było to bardzo ważne, bo w końcu w moim przypadku debiut spóźniony, ale debiut. Umowa zostanie oprawiona w ramki i powieszona w miejscu rzucającym się w oczy. Żeby nikt nie miał wątpliwości, że w wieku dojrzałym też można. A nawet trzeba.
Do każdego zdarzenia życie dopisuje puentę. Wracam ja sobie dzisiaj z Urzędu Miasta, gdzie miałam przyjemność dyskutować w gronie ekspertów o polityce oświatowej miasta i oto na Starym Rynku , przed jednym z lokali widzę potykacz – tablicę, która ma zachęcić do wejścia i skorzystania z oferty gastronomicznej.
Ponieważ czytam wszystko po drodze, więc przeczytałam i to:
„Zabierz go na piwo, zanim inna zabierze go na loda”.
Wmurowało mnie. Co za świnia to napisała? I dlaczego ja mam to czytać?
My naprawdę potrzebujemy edukacji seksualnej, lekcji o seksizmie, mizoginii, przemocy. Także słownej.

Dobrze, że to zobaczyłam.
#metto
Czytaj więcej »
#sluzbazdrowia

Prosto z gabinetu

11:28
Stało się! Przelało się! Nadmiar nie służy. Nic nie pomaga, więc trzeba szukać pomocy. Stare sposoby przestały działać, a mądrość życiowa nakazuje reagować na pierwsze symptomy, a nie czekać aż się rozpadnę całkowicie. No i trudno. Zdrowie jest ważniejsze.
Na pierwszy ogień wizyta u psychoterapeuty. Jestem bardzo otwarta na tę formę pomocy, bo wierzę, że kontakt z człowiekiem i mądra rozmowa ma niezwykłą moc. Mam dużo szczęścia, bo ktoś odwołał wizytę i wpisuję się z dnia na dzień. Idę ochoczo, bo specjalistka sprawdzona i żadna tam siusiumajtka, tylko solidna kobitka, z doświadczeniem w stawianiu do pionu i nazwiskiem znanym w mieście. Normalnie z listy, to wolne terminy gdzieś tam w pierwszej połowie drugiego półrocza. No to jak się nie cieszyć, skoro mnie życie przygniotło właśnie teraz, a za kilka miesięcy to ja ze zgryzoty zdechnę pod płotem. Więc idę. Oczywiście gabinet prywatny
Rozmowę o kłopotach, z którymi przychodzę zaczynam od próby zarysowania sytuacji – czyli skrótowego przedstawienia kilku obszarów, z którymi muszę się zmierzyć. Przy czwartym Pani odkłada długopis. Po siódmym patrzy na mnie z życzliwością, więc pomijam już ósmy i dziewiąty – równie trudne jak siedem pierwszych i cichym głosem puentuję – no i ja teraz gorzej śpię, nie mogę się skupić i nie mam siły żyć. I co z tym zrobić? – z nadzieją pytam specjalistkę od ludzkich problemów.

- Antypody – słyszę
Chyba oczy zrobiły mi się większe, niż talerze, bo Pani natychmiast dopowiedziała:
- Tylko uciekać – mówi. I to na antypody. Bo bliżej nie ma sensu. Pani nie psychoterapeuta potrzebny, tylko, albo musi się pani przez to życie przeczołgać, albo ucieczka na antypody. Pani ma wszystko świetnie w głowie poukładane, więc niczego z panią nie trzeba przerabiać. Pewnie pani nigdzie nie ucieknie, więc jedyne co może pani dla siebie zrobić to zadbać o siebie. I trzeba przeżyć.
No i w tym miejscu serce mi lekko zmroziło, ale na twarzy pojawił się uśmiech.
Zmroziła perspektywa braku ucieczki i tego, że z tym bałaganem nic nie mogę zrobić. I jeszcze to czołganie! Z drugiej strony patrząc - skoro przy trzeciej życiowej próbie szukania pomocy u terapeuty, usłyszałam kolejny raz dokładnie to samo – pani ma to wszystko świetnie poukładane, no to jednak jakaś myśl pozytywna w tym wszystkim jest. Przynajmniej w tym jednym jestem stała. Trzy próby miałam w kilkunastoletnich odstępach  czasowych, więc chyba mogę o sobie myśleć, że jestem raczej stabilna psychicznie. I właściwie ta diagnoza dodaje mi sił.  Teraz tylko wystarczy o siebie zadbać.

A Pani psychoterapeutka – jak na mądrą kobietę przystało – melduje: należy się dwieście złotych.
Płacę bez żalu, choć wysokość kwoty też jest dyskusyjna. Jeśli ją odnieść do mojej emerytury, to niech to jasna cholera. Ale gdy pomyślę o niej z perspektywy częstotliwości ponoszenia takich kosztów, to wychodzi, że średnio raz na dwadzieścia lat. No to co? Nie stać mnie?

Na drugi ogień biorę wizytę u lekarza specjalisty w dziedzinie zdrowia psychicznego, bo dla lepszego funkcjonowania i zadbania o siebie potrzebne są leki. Znowu gabinet prywatny i znowu wstrzeliwuję się w lukę dzięki rezygnacji pacjenta.
Podobno do każdego lekarza psychiatry w Polsce stoi kolejka 12 000 moich rodaków. Tylu Polaków  w potrzebie przypada na jednego lekarza. Statystycznie rzecz jasna. Koleżanka przyniosła taką informację ze szkolenia dla pracowników poradni psychologiczno-pedagogicznych. Lekko mnie to wytrąciło z równowagi, bo wolałabym chyba żyć w nieświadomości. Rozumiem, że statystyczny Polak, który powinien skorzystać z pomocy, to wcale nie ten, który tego chce. Więc pewnie kolejka jest mniejsza, ale nawet skrócona o połowę straszy.

Dlatego z satysfakcją wchodzę do gabinetu.
Pan doktor jest skupiony. Mnie rozprasza stojące na biurku oprawione w ramkę zdjęcie prawicowego celebryty w kolorowej koszuli obejmującego starszą panią. Celebryta ma ogólnie znane poglądy na politykę, kobiety i świat, które powodują, że po ich wysłuchaniu mam coraz większe kłopoty z normalnym funkcjonowaniem i zdrowiem psychicznym. Nie wiem dlaczego jego zdjęcie tam stoi. Może to jakiś komunikat dla pacjentów?
Opowiadam o swoich kłopotach krócej, bo w tym gabinecie puenta wydaje mi się ważniejsza – gorzej sypiam, trudniej się skupiam i generalnie jestem rozbita. Pan zaleca leki i obiecuje szybką poprawę. Wizyta zbliża się do końca. Nie wytrzymuję i pytam o to zdjęcie.

- To moja mama. Jesteśmy bardzo dumni z tego zdjęcia, bo to taki mądry  i miły człowiek. – mówi z uśmiechem
- On miły i mądry? milknę zdziwiona, zanim powiem, że to niedouczony cham, mizogin i ja się za niego wstydzę. Pewnie nie jestem pierwsza, która nie może uwierzyć w to, co widzi i słyszy, bo pan z uśmiechem dodaje:
- Najwyraźniej chyba mamy różne poglądy. Ja należę do tej grupy, która od dwóch lat jest bardzo szczęśliwa, bo nareszcie są widoczne zmiany. I przynajmniej nikt nie kradnie.
Sto pięćdziesiąt proszę.

Płacę bez słów. I bez kwitka.

Widać w tym gabinecie wróciła stara zasada z PRL-u „sprawiedliwości i uczciwości wymagaj od wszystkich innych, nigdy od siebie”
Bardzo staram się chronić swoje zdrowie psychiczne, ale ostatnio jest to coraz trudniejsze zadanie.
I nie tylko z powodu braku kadry, łatwiej o wpadkę.
Czytaj więcej »
#choroba

Zawał

02:42
Przyszedł znienacka. Dopadł wśród ludzi, ale zanim dopadł, uruchomił się odruch ćwiczony przez wszystkie lata, by nie robić innym kłopotu. By intymność niedyspozycji schować, ukryć. Przecież nie wypada. Na szczęście udało nam się zauważyć niepokojące zmiany, na szczęście karetka przyjechała szybko, na szczęście nikt z personelu medycznego nie kwestionował konieczności udzielenia pomocy. Na szczęście mieszkamy w dużym mieście i na szczęście….. mieliśmy szczęście.

Mama wraca do zdrowia.
Od tygodnia żyję w cieniu śmierci. Od tygodnia mierzę się z kruchością życia. Od tygodnia patrzę na służbę zdrowia. Od tygodnia, codziennie myślę, jak to będzie z leczeniem za kilka lat. Bo jak jest teraz, to widać gołym okiem.

Rodzinnie przećwiczyliśmy działanie systemu opieki medycznej. Na wszystko, co w tym minionym tygodniu spotkało nas, starałam się patrzeć bez emocji. Dzięki Bogu rzadko chorujemy i w szpitalu bywam sporadycznie. Tym bardziej przyglądałam się z ciekawością ludziom, których spotykałam na szpitalnych korytarzach. Bo dla mnie to nowy świat, który pokazują co prawda w telewizji, ale co własne doświadczenie, to własne. A odkrywanie go, jest pewną przygodą, o ile w tej sytuacji można użyć tego słowa.
Mama od początku była pod dobrą opieką i to jako osoba anonimowa, przywieziona prosto z ulicy. Lekarze w sposób niezwykle ostrożny komunikowali się z nami, starając się usłyszeć i od nas, i od Mamy opinie o proponowanych sposobach diagnozowania i leczenia. Wszystkie procedury przebiegały sprawnie i mimo skromnych warunków szpitala (stary, brzydki i ciasny!) pobyt w szpitalu nie był traumatyczny. Nawet jedzenie było podobno dobre.
Ale – mam takie wrażenie – polskie szpitale kompletnie nie są przygotowane na starych ludzi, czyli na specyficzne połączenie ciężkiego stanu zdrowia ze starością.  A jest to połączenie wysokiego ryzyka, wymagające obecności, cierpliwości, kompetencji  i siły. Nikt z personelu nie stanął na wysokości zadania, choć myślę sobie, że poprzeczka jest w takich przypadkach naprawdę wysoka.

Byłyśmy koło Mamy i pełniłyśmy rolę bufora, chroniącego jej potrzeby. Inne starsze osoby, leżące obok nie miały tego komfortu.  I wtedy pobyt w szpitalu staje się traumą. Leżysz bez świadomości gdzie jesteś, co z tobą robią i dlaczego. Lekarz na wizycie, w otoczeniu grupy studentów coś mówi, ale bardziej do studentów, niż pacjenta. A pacjent w tym wieku zazwyczaj nic nie słyszy. I trzeba kilka razy powtórzyć, a najlepiej pochylić się i do ucha i wyraźnie powtórzyć. Z uśmiechem. Wtedy dociera.
Pielęgniarka (tylko trochę młodsza od pacjentki!) ma kilkadziesiąt łóżek do obsługi. Tempo z jakim lata po oddziale jest godne podziwu. Ale też nie pogada dłużej niż trwa podanie leku, czy podłączenie kroplówki.
Pozostały personel pomocniczy wykonuje swoje zadania z miną cierpiętniczą i złowieszczym błyskiem w oku. Człowiek tylko patrzy, jak miotła, którą macha personel, stanie się orężem walki z przeciwnościami losu.
Nikt się nie uśmiecha, nie zagadnie, nie powie nic miłego - bo tego nie ma w procedurze. Nie mówiąc już o tym, że nie zapyta, czy w czymś pomóc choremu. Na przykład pomóc się podnieść lub zmienić pozycję. Ile to wymaga sił, wie tylko ten, kto już tego doświadczył. Ale on ma zazwyczaj kilkadziesiąt lat i pomaga najbliższym. Personel nie nawiązuje ze starszym pacjentem żadnej relacji.

Od tego jest rodzina.

O ile jest. Bo jak jej nie ma, to kicha.
Nie mam ambicji odkrywania w swoich postach Ameryki. Ale mam zamiar dzielić się doświadczeniem, bo to jedyne, co możemy dla siebie nawzajem zrobić.

Kiedy byłam młoda, kobiety opowiadały sobie swoje przejścia z porodówek. I rosła kobieca społeczna niezgoda na traktowanie aktu narodzin, rodzących i noworodków, w sposób przedmiotowy. Z tego buntu powstał program „Rodzić po ludzku” i bardzo wiele zmienił.

Dziś jestem dużo starsza i już wiem na pewno, że ja też się zestarzeję. Pewnie też kiedyś będę miała zawał, bo wszystkie niedomagania mojej Mamy, są również moim udziałem. Różnię się od niej tylko tym, że nie mam córek, które są istotnym filarem polskiego systemu opieki zdrowotnej.
Często nie mają  córek, synów, sióstr moje koleżanki i koledzy. Nie mają wcale, lub co jeszcze bardziej popularne – nie mają koło siebie, bo dzieci od dawna mieszkają w innych miastach lub krajach.
Co z nami będzie?
Jakimi procedurami zastąpić rodzinę?
Czytaj więcej »