#wybory

Taki los

02:51
Od niedzielnego wieczoru godzę się z losem. Mam dużą wprawę w tej materii. Na potwierdzenie tej tezy, mogę przywołać wnioski z porządkowania własnego bloga, którym zajmowałam się w ubiegłym tygodniu. Wydrukowałam wszystkie wpisy i posegregowałam. Zajęło mi to sporo czasu i było źródłem wielu odkryć. Jedno z nich okazuje się wyjątkowo istotne – wpisów po kolejnym rozczarowaniu mam już kilkanaście. A wszystkie związane są z wyborami lub decyzjami wybranego przez naród reprezentanta. Nie ma wpisów z rozczarowań osobistych. Gdyby je dodać, jawiłabym się światu, jako wiecznie niezadowolona i rozczarowana, pozbawiona radości życia, marudna baba. Gdybym sama sobie pozwoliła na luksus  melancholii i upadku ducha pod wpływem narodowych decyzji, żyłoby mi się jeszcze trudniej. Więc nie napiszę nic, co myślę. Przynajmniej na razie. Bogatsza o lekturę własnych zapisów na przestrzeni kilku ostatnich lat, zaczynam jednak poważnie myśleć o tym, jak przygotować się do jesieni.  Optymistką nie jestem, a przeczytane i wysłuchane liczne komentarze upewniają mnie, że są podstawy do obaw, jeśli chodzi o realne szanse na wprowadzenie zmiany. 
A więc: godzę się z losem.
To nic trudnego. Robiłam to nie raz.
Nic tak dobrze nie robi kobiecie na nerwy, jak zakupy. Wiadomo. Sama bym się nie wybrała, ale w charakterze ekspertki doradzającej przyjaciółce w kwestii wyboru sukienki na wielkie przyjęcie – czemu nie? I sytuacja, i miejsca do których miałyśmy się udać, nęciły atrakcyjnością. Dawno nikt mnie nie prosił o krytyczne doradztwo w kwestiach odzieżowych. W dodatku nigdy nie byłam jeszcze w sklepach, w których sprzedaje się suknie na bale, wesela i temu podobne ekstrema towarzyskie.
Doświadczenie było interesujące, ale niestety musiałam przyznać się przed samą sobą, że ja znowu do czegoś nie pasuję. Co więcej - odczułam głęboką wdzięczność do Małżona, że ja już nie muszę wychodzić za mąż. To znaczy nie tyle samo wyjście mnie zniechęca, ile konieczność wyjścia za mąż w białej sukni. W ogóle w sukni! Obejrzałam ich wczoraj kilkadziesiąt. Koleżanka mierzyła stosowne do swojej roli, czyli nie białe. Ale asortyment białych był znacznie większy, więc kroje i fasony studiowałam zapamiętale przymierzając się w myślach do niektórych modeli. Przy okazji w salonach z ekskluzywnymi sukniami znalazłam swoje docelowe miejsce ewentualnej pracy. Tam jest cisza i można czytać książki w spokoju. Pojedyncze przypadki klientek, zdeterminowanych by nabyć suknie marzeń, przelatywały przez salony jak komety. Wpadały nawet nie na długość zdania. We wszystkich sklepach ( a zwiedziłyśmy kilka) byłyśmy same. Tylko w jednym sklepie był tłok jak diabli, bo były trzy sprzedające i dwie zainteresowane. No i ja!
Kilkadziesiąt minut spędziłyśmy w salonie podobno znanej polskiej projektantki. Piszę podobno, bo ja jej nie znam. Ale ja odkrywam dopiero ten obszar aktywności artystycznej i gospodarczej, więc mogę nie wiedzieć. Podobno suknie tej projektantki noszą nasze największe gwiazdy. Znowu nie wiem, bo nie oglądam. W tym salonie moja przyjaciółka mierzyła ze trzydzieści modeli, dzielnie wspierana przez obsługującą. Ekspedientka co chwilę donosiła kolejny fason, rzadko w odpowiednim rozmiarze, dobranym kolorze więc wszystkie próby były tylko ćwiczeniem wyobraźni. Czyli „jak tu się zbierze, tu wypuści, dorobi plecy i zmniejszy dekolt oraz weźmie tamten kolor, to będzie super” – mówiła wprawiona w sprzedaży pani.

I moja elegancka, z figurą modelki koleżanka, stała w tej zapowiedzi czegoś wyjątkowego, jak każda z ofiar artysty z wyobraźnią. Nie wiadomo kiedy i jak dorobiła się wałków z przodu i z tyłu, byczego karku a na twarzy miały wypisane niewyobrażalne zmęczenie. Ale to jest zawodniczka z żelaznym charakterem, więc pani donosiła, upinała i zapewniała, koleżanka cierpliwie mierzyła, a ja – z niezwykłym zainteresowaniem przyglądałam się modelom poupinanym na manekinach. I myślałam sobie o tym, co mi w życiu uciekło, bo dawno temu kieckę ślubną pożyczyłam od koleżanki i też dało radę. Była jedna szybka wizyta u krawcowej. Poczucia krzywdy z tego powodu nie mam i właściwie jestem wdzięczna losowi, że mi tego oszczędził.
O tej wdzięczności pomyślałam najmocniej, kiedy stanęłam przed modelem ślubnej sukienki wykonanej chyba z jakiegoś usztywnianego materiału. W każdym  razie sztywnością przypominał papier brystol. Sukienka miała krótki przód i długi tren z tylu. Tyle, że krótkość z przodu nie dawała szansy, by zakryć cokolwiek. Od pasa była stercząca falbana i majtki byłyby z pewnością na wierzchu. Za to długość i sztywność  trenu musiała ustabilizować każdą złapaną na ten model. Taka zbroja dla niesfornej panny młodej. Stałam długo przed tą suknią i myślałam sobie o praktycznym użyciu tego cudu. I o swoim szczęściu, że nawet mierzyć tego nie muszę. I jeszcze o odwadze projektantki.

Brystol wykończył mnie na tyle, że kiedy pani, zaprezentowawszy wszystkie modele, miała krótką chwilę na oddech, wbiłam się niecierpliwie ze swoim zdrowym rozsądkiem i zapytałam koleżanki, czy naprawdę musimy ćwiczyć wspólnie wyobraźnię, zamiast po prostu iść i kupić sukienkę, w której już teraz, bez żadnych przeróbek,  wygląda przepięknie, sukienka jest jedna jedyna i robi ogromne wrażenie. W dodatku kosztuje o połowę taniej i przyjechała prosto z Mediolanu. Jedyny mankament jest taki, że może w niej wyglądać lepiej niż panna młoda.  Obie wiedziałyśmy, że takowa wisi w pierwszym z kilkunastu salonów, do których weszłyśmy. Przyjaciółka moja, mimo zmęczenia, zachowała poziom umysłowej dyspozycji, wyplątała się z halek, szpilek i upięć i pognałyśmy po upatrzoną kieckę. Była. Ubrana, leżała jak ulał.  
Przyjaciółka odzyskała figurę modelki, zgubiła wałki i byczy kark, a ja odzyskałam spokój, że spełniłam kobiecy obowiązek.
Temat kiecki właściwie mogłyśmy załatwić od ręki. Ale trzeba było tej całej mitręgi, by wrócić do punktu wyjścia i uzyskać pożądany efekt. A po tym zdarzeniu myślę sobie, że w wyborach dokonywanych przez każdego z nas, musi być ten żmudny etap przymiarki, mierzenia się z rzeczywistością i wiary, że inni wiedzą lepiej, w czym my będziemy się czuli dobrze. I czasem jest tak, że w tym mierzeniu zatracimy się kompletnie.

Pielęgnuję zatem zdrowy rozsądek. I cierpliwość.
Droga przed nami jasna i prosta. Nie wina drogi, że idziemy rowem.
Czytaj więcej »
#kontaktzprzyroda

Ekscytujący wieczór

04:41

Z cyklu przygody starszej pani.
Życie mam pełne zdarzeń i naprawdę nie szukam przygód. Same przychodzą. Zazwyczaj niespodzianie i tam, gdzie człowiek się ich nie spodziewa. No bo jaką przygodę można mieć, jak się jedzie na basen? Od lat na ten sam. Tą samą drogą i tym samym rowerem? W dogodnej porze i w dodatku na rowerze, który troskliwy mąż wyposażył w lampkę, co bym po zmroku (gdyby taki znienacka zapadł, bo ja w ciemnicy nie jeżdżę),  miała większy komfort jazdy. Dodam, że na basen z domu jadę około kwadransa, więc nawet nie myślę, że w tak krótkim czasie przygoda może człowieka dogonić. A jednak.
Na basen pojechałam jak zwykle. Szybko i na ostatnią chwilę. Na tyle ostatnią, że nie zdążyłam sprawdzić, czy obietnice obfitych opadów obejmują także Poznań, a konkretnie Antoninek i Maltę. Poleciałam ufna, że z cukru nie jestem, a w moich rowerowych sakwach mam żelazne wyposażenie rozsądnej użytkowniczki roweru, czyli pelerynę okrywająca wszystko i ścierkę do wytarcia siodełka. Na wszelki wypadek.
Zajęcia w wodzie prowadziła instruktorka, którą podejrzewam, że brała udział w jakimś specjalnym instruktażu  pod tytułem „Jak wykończyć w ciągu 45 minut całą grupę i nie mieć  z tego w tytułu wyrzutów sumienia”. Za każdym razem wita nas z uśmiechem, jakby to nie ona doprowadzała nas w czasie cotygodniowych ćwiczeń na krawędź życia. Mniej więcej w dwudziestej minucie wiem, że koniec jest blisko. Mój. Nie zajęć. Mimo wszystko idę. Wczoraj w drugiej połowie, na wpółżywe koleżanki tej basenowej mordęgi, z życzliwością wielką zauważyły, że leje i że ja rowerem. Ja już żadnych bodźców nie przyjmowałam, bo krawędź była blisko, więc skupiałam się tylko na tym, by przeżyć. Bodźce zewnętrzne w tym stanie nie docierają, więc usłużne koleżanki powtórzyły dwa razy. Jedna nawet obiecała, że jak odkręcę koło z przodu, to mnie podrzuci swoim autem.

- Dam radę! Z cukru nie jestem – odparłam hardo, bo hardość zastąpiła mi rozum.
A po skończonych zajęciach, umordowana nieludzko,  nie słuchając dobrych rad moich przyjaciółek, bym nie rozbierała się z kostiumu, tylko leciała prosto z wody, to przynajmniej ciuchów nie zmoczę, szybko się przebrałam i dawaj na rower. Zanim zrobi się tak ciemno, że już nic nie będzie widać. Lamka rowerowa co prawda jest, ale nie mam pewności czyj komfort ona zabezpiecza. Chyba tylko producenta. W strugach deszczu dopadłam do mojego roweru. Zanim wyjęłam pelerynę, byłam już cała mokra. Zapakowałam manatki, wytarłam siodełko, włączyłam lampkę na tryb migający i ruszyłam w drogę powrotną. Najkrótszą drogą, czyli ścieżką na skraju lasu.

Peleryna powiewała  w trakcie jazdy, a strugi deszczu wlewały mi się różnym miejscami w zależności od ułożenia peleryny. Dojechałam do lasu, czyli ścieżki, którą godzinę wcześniej jechałam bez żadnych kłopotów. Teraz wszystkie drzewa i krzewy wyszły mi na powitanie. Gałęzie, opuszczone pod ciężarem wody, stanowiły utrudnienie. Wszystkie wchodziły pod spód mojego okrycia i było jak w horrorze – prawie nic nie widziałam, za to czułam nieustannie. Pochyliłam się nad kierownicą, by uniknąć kontaktu z wszechobecną przyrodą. I pedałowałam co sił. Wodę miałam wszędzie. Najwięcej w butach. Lało z góry, z drzew, z kałuż w które wjeżdżałam w impetem, bo nie było innej możliwości. Już po kilkunastu metrach zorientowałam się, jak mało wiem o deszczu w lesie. Dawno nie byliśmy w kontakcie. Bardzo dawno.
Mniej więcej w połowie drogi, z kaptura chlapnęło mi do oczu i tym samym byłam nie tylko kompletnie mokra, pochylona do kierownicy, ale jeszcze przestałam widzieć wyraźnie. I wtedy, jak przez mgłę,  zobaczyłam  coś. Było duże i pochylone stało tyłem. Nerwy mi puściły i zanim pomyślałam, co to stoi takie wypięte na zarośniętej mokrej ścieżce wydałam z siebie dźwięk ŁOJEZU! I wtedy to coś odwróciło się w moim kierunku. Miało jedno oko i długi pysk, oświetlony znienacka moją migająca lampką.
Chrumknęło przerażone i z wyjątkową gracją wyrwało do lasu. A za tym czymś inne mniejsze, które duże wypięte zasłaniało swoim ciałem.

Z wrażenia zapomniałam hamować i jechałam przez te smagające wodą gałęzie i krzewiny, gnana własnym strachem. Bo zdałam sobie sprawę, że ja właściwie kompletnie nic nie wiem o zwyczajach dzików, a zdaje się, że jesteśmy bliskimi sąsiadami. Na wszelki wypadek włączyłam alarm głosowy i do końca drogi wśród lasów, głośnym „uciekajcie z drogi, bo ja jadę”,  informowałam o swoim istnieniu.
Kiedy stanęłam przed furtką, przestało padać.
Z nieba! Ze mnie leciało ciurkiem
Suszę się  nadal.
Czytaj więcej »
#andreabocelliwpoznaniu

Niezwykły wieczór

04:25

Pięknie było! Naprawdę nie wyobrażam sobie, by mogło być piękniej. W brzmieniu głosu Andrea Bocelli zakochałam się tak dawno, że nawet nie liczę lat. Nie ja jedna zresztą, bo to w końcu najbardziej popularny tenor na świecie. Ale wczorajszy wieczór był dla mnie wyjątkowy z wielu powodów. Możliwość wysłuchania koncertu słynnego tenora była najważniejszą, ale nie jedyną radością tego wydarzenia.
Andrea Bocelli śpiewał tak, że ciarki chodziły po plecach. I to wszystko, co napiszę na ten temat, bo odbieram jego sztukę, jako beznadziejnie wykształcona muzycznie, mało wiem o sztuce śpiewu operowego i w związku tym nawet nie uchodzi, by cokolwiek oceniać.  Mnie wbiło w fotel i trzymało dwie godziny a dzisiaj głowę mam pełną dźwięków i szczęścia. Dodam tylko, że widowisko było świetnie przygotowane, a zaproszeni goście znakomici. Wyszłam zachwycona i tak mi zostało.

Bardzo się cieszę, że koncert odbył się z okazji 100-lecia powstania Uniwersytetu Poznańskiego. Organizacja tego wydarzenia wymagała na pewno ogromnego zaangażowania władz czterech uczelni poznańskich, które wywodzą się z założonego 100 lat temu Uniwersytetu oraz władz naszego miasta. Jestem bardzo zbudowana obserwując efekty tej współpracy. Przygotowując obchody stulecia udało się połączyć dostojeństwo i majestat należne takiej rocznicy oraz ludzki wymiar wielkiego święta. Trudna sztuka. A na marginesie dodam, że za najwyższe osiągnięcie uważam wczorajsze wystąpienie rektorów czterech uczelni i Prezydenta Jaśkowiaka. Każdy z panów powiedział dwa, trzy zdania. Wszystkie wypowiedzi składały się na wspólny przekaz, z którego wynikało jasno, że Uniwersytet jest wspólnym dobrem, rocznica powstania to święto mieszkańców całego regionu, a piękna muzyka niech wypowie tę radość, której słowami określić się nie da.  Bo tak świętują Europejczycy w wolnym mieście.
Jako zwolenniczka krótkiej formy byłam zachwycona.
Żadnych popisów, żadnej próby wykorzystania koncertu do autoprezentacji. Brawo!

Wczorajszy wieczór zapamiętam na długo, także z powodu mojej własnej inicjacji stadionowej. Ja nigdy dotąd nawet nie byłam na stadionie, bo to zdecydowanie nie moje klimaty. W Madrycie, kiedy Pan Mąż zdecydował, że chce obejrzeć stadion Realu, przesiedziałam w pobliskiej kawiarni, bo wolałam poczytać, niż zwiedzać trybuny i szatnie. Stadion jak stadion pomyślałam wtedy. I w ten sposób zrezygnowałam z jedynej szansy bytności w obiekcie, który kojarzę jedynie z męskim potem, rykiem kibiców, zadymą i agresją.  Unikam tego jak ognia. Myślałam, że tak mi zostanie do końca życia, a tu proszę! Odkryłam zupełnie inną funkcję stadionu i ta mnie zachwyciła.
Organizatorzy koncertu zachęcali, by przyjść na stadion z wyprzedzeniem. Jak na zdyscyplinowaną poznaniankę przystało byłam ponad godzinę przed rozpoczęciem. I nie byłam pierwsza. Mogłam dzięki temu ze spokojem przyjrzeć się organizacji widowiska dla 25 000 ludzi. To wielkie przedsięwzięcie, a stadion wypełniony po brzegi robił wrażenie. Kiedy tak trwałam w zachwycie dal organizatorów, Mąż mnie poinformował, że stadion w Madrycie jest dwa razy większy od poznańskiego.
- No i co z tego? Ten jest nasz. Na moje potrzeby zupełnie wystarczy. W dodatku jest pięknie wypełniony! – odparłam
Rozpisuję się o tych okolicznościach koncertowych, bo z natury unikam tak wielkich  zgromadzeń, więc doświadczenie wczorajszego wieczoru było dla mnie zupełnie nowe. Logistyczne przygotowanie tego wydarzenia, to także sprawdzian dla służb i mieszkańców. Zachęcano widzów do skorzystania z komunikacji miejskiej. Tramwaje jechały jeden za drugim i dowoziły ludzi na koncert. Porzuciliśmy nasz samochód w centrum miasta i także pojechaliśmy tramwajem. Pierwszy przyjechał naładowany po brzegi, ale już do następnego udało się wejść i dużo sprawniej, niż zakładaliśmy, dotarliśmy do celu. A w tym tramwaju ludzie się do siebie uśmiechali, pomagali przyjezdnym skasować bilety, ustępowali miejsca i … wyrażali radość z tego, że jadą na taki koncert.

Podobnie było po koncercie. Bałam się powrotu, bo kiedy 25 000 ludzi nagle chce wsiąść do tramwaju, to musi zrobić się tłok. Ale było lepiej, niż myślałam. Po drodze na przystanek spotkałam znajomą z innego miasta. Przyglądała się  temu, jak policja kieruje ruchem pieszych, jak reagują ludzie, jak ze spokojem wsiadają do kolejnych nadjeżdżających składów. Wszystko odbywało się sprawnie, bez przepychanek, kulturalnie -  choć w wielkim tłumie. Tak wielkiego jeszcze nie widziałam.
Kiedy się rozstawaliśmy znajoma powiedziała, że poznaniacy to jednak bardzo zdyscyplinowani i kulturalni ludzie.
I było to piękne zakończenie tego niezapomnianego wieczoru.

A tu link do profesjonalnego filmu upamiętniającego to zdarzenie.
https://www.youtube.com/watch?v=nDk_ca2FdeY
Czytaj więcej »
#majowka

Majówka

03:43
Długą majówkę przeżyłam rozsądnie. Znaczy: nie pojechałam nad polskie morze i nie musiałam w związku z tym przesiadywać w monopolowym, bo tak wiało, że człowiek instynktownie szuka obciążenia. Nie od dziś  wiadomo, że na silne wiatry najlepsza jest flaszka.
Nie pojechałam też w góry, bo wizja narodowego zlotu pod Tatrami skutecznie mnie przeraża.
Tak długo się zastanawiałam, gdzie by tu pojechać, aż w końcu zadzwoniła moja Siostra i na moje pytanie „to co robimy z majówką?” odpowiedziała, że ona jedzie na tournée ze swoim chórem śpiewać madrygały, a ja na dyżur do mamusi, bo Starsza Pani z racji wieku, lepiej by nie zostawała sama w domu. Po czym Siostra zachowała się okrutnie i mało elegancko przypomniała mi, że ustaliłyśmy to kilka miesięcy temu i w ogóle nie ma żadnej dyskusji. Ja do Mamusi, ona do Żagania lub Żar ( nie pamiętam gdzie, ale na pewno na „Ż”) . Bo im się w chórze alty sypią i w madrygałach soprany z tenorami brzmią zbyt mocno. To ona musi.
Okrutne w jej wypowiedzi było to, że miała rację. Nie zapamiętałam  i o mały włos, a bym się wybrała w jakąś majówkową Polskę. No ale mogłaby mniej obcesowo stawiać mnie do pionu. W końcu mam swoje lata i coraz gorzej znoszę konfrontację z własną niepamięcią.
Czarne dziury są coraz większe.

Porzuciłam więc w dniu oznaczonym ukochanego małżonka, psa, domostwo i pojechałam. Mamusia jak zwykle powitała mnie z uśmiechem.
- Dziecko! – mówi do mnie czule. Nie musiałaś przyjeżdżać. Ja tu sobie świetnie dam radę.
- Ależ nikt nie wątpi, że sobie dasz. Tylko pytanie, jak my sobie potem poradzimy! – odpowiadam przytomnie. I dodaję – ja będę pracować, bo zabrałam komputer.
- To pracuj Asiu! Siadaj i pisz dziecko. A ja pójdę tylko na chwilę do ogrodu! mówi zacna Mateńka.
- A po co? Zimno jest jak diabli! Dopiero byłaś chora!
- Tak tylko pójdę! Zobaczę, czy te małe, no wiesz, te żółte tam z tyłu i te, co takie okrągłe są, czy one dobrze rosną!
- A skąd będziesz wiedziała, że dobrze? Pytam, bo ciągle mam nadzieję zrozumieć, w jaki sposób ona się porozumiewa z roślinami. Jakiś sposób musi mieć!
- Oj ! Spojrzę tylko na nie i zaraz wrócę. – odpowiada z wyższością posiadaczki wiedzy tajemnej i zmierza do wyjścia. Na dworze ostre słońce i zimno jak diabli.
- Mamo ubierz się ciepło, bo wieje. Pomagam zakładać buty i żakiet od kostiumu. Na głowę zakłada swój ukochany, kolorowy daszek, który przywiozłam kiedyś z Egiptu. Daszek jest dwukrotnie większy niż inne i bardzo skutecznie chroni oczy, dlatego jest niezbędny. Mimo, że pasuje tylko do Egiptu. Uzbrojona w laseczkę bardzo ostrożnie schodzi ze schodów. Jest taka krucha i drobna. Mimo chłodu wychodzę za nią, by jej pomóc zejść. Potem patrzę, jak staje przy każdym krzaku i uśmiecha się do kwiatów. Jak laską odchyla gałęzie, by spojrzeć na pąki.
- Poczekaj! Przyniosę aparat i zrobimy im zdjęcia - mówię, bo faktycznie światło dobre i kolory przepiękne.
Kiedy po chwili wracam z aparatem, widzę taki obrazek. Uzbrojona w narzędzia Mama wychodzi zza rogu domu. To połączenie – laski w jednej ręce i dwóch par narzędzi w drugiej, uzmysławia mi, że znowu dałam się nabrać.
- Mamuś! A co ty zamierzasz robić? Pytam, bo jak wiadomo, z matką nigdy nic nie wiadomo.
- Nic! tak tylko sobie pochodzę? A Ty sobie idź i pracuj! – i dziarskim krokiem dziewięćdziesięciolatki, zmierza do drugiej części ogrodu, a ja idę za nią, w myślach z żalem żegnając się z pomysłem, że sobie popiszę!
Wtedy odwraca się i mówi:
- Idź i pracuj! Ja tylko chwilę!
- A jak się wywrócisz?
- To będę gwizdać ! - odpowiada mi rezolutnie

Następnie zmierza do fragmentu łysej ziemi naprzeciwko okna. Wracam, siadam i próbuję pisać. Ale co chwilę spoglądam. Po godzinie ściągam ją do domu. Kiedy z trudem wchodzi po schodach, mówi, że chwilę odpocznie, a potem wsadzimy te małe, co są potem takie czerwone.

Wsadziłyśmy. Nic nie napisałam.
Wieczorem w domu przeglądam świąteczne wydanie Gazety Wyborczej. Na rozkładówce wybrane fragmenty z Konstytucji .
Czytam:
Art.73  Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury.
A na górze tytuł: Pamiętaj o Konstytucji

O ogrodach w Konstytucji nic nie ma, ale na wszelki wypadek wieszam tę stronę nad łóżkiem.
Na wypadek powiększenia się czarnej dziury.
Czytaj więcej »
#teatr

Byłam w teatrze

11:00

Wczoraj poszłam do teatru. Dobrowolnie i z własnej inicjatywy. Poszłam z koleżankami, bo małżonek po ostatnim spektaklu, skruszon wielce poprosił, bym go więcej do teatru nie zabierała. „Tego się nie da wytrzymać” – powiedział i musiałam mu przyznać rację. Łatwo nie było. Ale ja jestem bardzo odporna na ciosy, więc poszłam po raz kolejny i jeszcze namówiłam zawsze gotowe na wszystko moje koleżanki. Gdybym miała szukać winnych, to musiałabym uderzyć się w pierś własną  i przyznać, że nie poświęciłam czasu, by sprawdzić, na co idę i po prostu poszłam. No ale to w końcu nie jest żadne przestępstwo. Spodziewam się, że wiele osób tak robi. Ja od zawsze lubię teatr i to, co się w nim dzieje.
Spektakl zatytułowany „27 grudnia” w Teatrze Polskim intrygował mnie tym bardziej, że w okresie premiery nie było mnie w kraju i jakoś umknęły mojej uwadze wszelkie opinie na ten temat. No to poszłam.
No i tak w wielkim skrócie rzecz ujmując wyjścia są dwa. Albo ja się już do niczego nie nadaję i koniecznie muszę do rezerwatu, albo mamy jakiś taki stan schizofrenii społecznej, jakiś rozkład kulturowych międzypokoleniowych więzi, że młodzi mówią a starzy kompletnie nie rozumieją, o co im chodzi. I po co oni właściwe to mówią, robią?
To był spektakl o Powstaniu Wielkopolskim, w którym występują główni bohaterowie powstania, czyli Ignacy Paderewski, Franciszek Ratajczak i mieszkańcy Poznania, ale..
„27 grudnia to spektakl, w którym zatarte zostają granice między przeszłością a teraźniejszością, życiem a śmiercią. W oswobodzonym z ograniczających zasad logiki świecie, prawdziwe postaci historyczne lądują w brzuchu bardzo głodnego skauta, Helena Paderewska staje się sufrażystką, a zawieszony między epokami książę Konrad przełamuje stereotypy rasowe. Równając fikcję z faktami, twórcy wyraźnie podkreślają swój dystans do inscenizowanego tematu.
Rozkładanie powstania na czynniki pierwsze idzie tu w parze z wiwisekcją sposobów teatralnej wypowiedzi. Z pomocą dzieci poszczególne sytuacje sceniczne stale zostają rozbrajane z powagi lub patosu. Młodzi aktorzy notorycznie wytykają fałsz, nadużycia i przekłamania. Próbują wprowadzić własne sposoby interpretowania historii poprzez dodatek absurdu, żartu i braku linearnej ciągłości.”
Korzystam z tego fragmentu recenzji pani Julii Niedziejko http://kultura.poznan.pl, bo ja sama nie umiałabym chyba opowiedzieć, o czym właściwie jest ten spektakl. Moje koleżanki i ja chodzimy do teatru co najmniej kilkanaście razy w roku. Czytamy, uczestniczymy w życiu kulturalnym, więc nie jesteśmy jakimiś niedouczonymi tumanami,  a raczej tumankami. Ale wczoraj byłyśmy zgodne, że to co zobaczyłyśmy, to jakieś nieporozumienie.
Pierwsza z moich przyjaciółek jest kobietą po przejściach. Mianowicie 14 lutego 2018r., w czasie pobytu w Gdańsku wykupiła bilety do Teatru Szekspirowskiego i tam obejrzała „Przebudzenie” – w reżyserii Marty Malinowskiej, spektakl gościnny Teatru Collegium Nobilium w Warszawie na podstawie "Bachantek" Eurypidesa. Na biletach był dopisek  „Spektakl dla widzów dorosłych - w spektaklu występują sceny nagości”. Po powrocie z Gdańska koleżanka długo nie mogła się otrząsnąć. Chyba jeszcze nie jest dość dorosła, ale długo opowiadała o koncepcji spektaklu, w którym aktorki, w kompletnej ciemności, ale za to na golasa, wykonywały bardzo udatnie ruchy kopulacyjne, a widzowie wyposażeni w latarki mogli oświecać to, co chcieli zobaczyć. Koleżanka do dzisiaj nie może się pozbierać po tym kontakcie ze sztuką. A właściwie do wczoraj, bo w połowie poznańskiego spektaklu, powiedziała „No i proszę, jak ja się myliłam! Myślałam, że gorzej być nie może, a jednak.”  
Druga z przyjaciółek, siedziała w sąsiedztwie kilku starszych pań, które przez cały czas głośno komentowały, to co działo się na scenie. Komentarze były na poziomie przedszkola. Na przykład  „ O Jezu! Widzisz go! Idzie tu!” albo „Tej! To jakiś twój kolega, że się tak na ciebie gapi?” Trochę, jak w cyrku.
Nie uwierzyłabym opowieści – ale osobiście przeżyłam.
Mnie spektakl po prostu znudził. Wysiedziałyśmy do końca, bo jeszcze nigdy żadna z nas nie wyszła w czasie spektaklu. Z szacunku dla pracy aktorów. Potem poszłyśmy na kawę, by się pozbierać po tym doświadczeniu. Wszystkie współczułyśmy aktorom! Naprawdę mają ciężko!
Mniej więcej po godzinie, odzyskałyśmy stan stabilny. I wtedy jedna  z nich wypaliła – a może ty nas specjalnie tam zaciągnęłaś, bo na scenie grzebanie w jelitach i wymioty? A ciebie ostatnio tematyka jelit mocno zainteresowała?
O matko!
Naprawdę!
A swoją drogą, gdyby ktoś mi powiedział, że na scenie będę oglądała grzebanie we flakach Franciszka Ratajczaka, poszłabym niechybnie na ten spektakl, by zobaczyć, po co tam grzebią.
Byłam, zobaczyłam i nie wiem.
A ja zawsze myślałam, że najbardziej lubię groteskę i grę z konwencją.
Chyba jednak muszę do rezerwatu!
Czytaj więcej »
#bezglutenu

Poświątecznie

09:46

Jak na neofitkę przystało, wpis będzie o jedzeniu. A właściwie o niejedzeniu. A mówiąc jeszcze dokładniej, o uważnym jedzeniu, a co za tym idzie i z tym się wiąże - o uważnym życiu. Zmiana w moim myśleniu następowała powoli. Żadne tam rewolucje, gwałtowne erupcje i kaskady. Raczej kropla, która drąży skałę. Ale jak już wydrąży, to nie ma powrotu do tego, co było.
W okresie przed świętami spotykałam się z różnymi osobami, które znając moje obecne zapatrywania na sposób odżywiania i wypływające z niego skutki, z troską zadawały mi pytanie „no i jak ty teraz przeżyjesz te święta”. Przy kolejnej osobie przyglądającej mi się z politowaniem, byłam gotowa nawet  uwierzyć, że czeka mnie cierpienie wielkie. I być może to będą najgorsze święta w moim życiu, bo jak wiadomo, wyrzeczenie się glutenu, cukru i chemicznych polepszaczy, to jest prawdziwy horror.
NIEDOPRZEŻYCIA !
Zmiana, którą wprowadziłam kilkanaście tygodni temu zagościła u nas na dobre. Najpierw stopniowo zmienialiśmy nasze postępowanie w kwestii żywienia. Stałam się tropicielką glutenu, cukru i chemicznych świństw dokładanych do produktów spożywczych.  Pół roku temu, nie uwierzyłabym, że to możliwe. A jednak!
Koleżanka moja, zapytała mnie „Ale co zrobisz, jak ja ciebie poczęstuję ciastem, które upiekłam dla ciebie”. Grzecznie podziękuję. Tak jak dziękuję tym, którzy mnie częstują papierosami lub alkoholem. Ja nie piję, nie palę, nie jem glutenu. I już. – odpowiedziałam.
No tak, no tak – usłyszałam, ale w jej słowach brzmiała ukryta wątpliwość, czy to na pewno ta sama kategoria. Bo jednak placek, to placek, a papierochy, to papierochy.
Inna z moich przyjaciółek, spotkana w szale przedświątecznych zakupów, zapytała, czy już wszystko mam zrobione. I w tej samej sekundzie dodała „No przecież! Zapomniałam! Wy teraz nic nie jecie! To nie musisz nic robić!”
Ależ my właśnie wszystko jemy! I ja w kuchni jestem częściej, bo moje gotowanie stało się dużo bardziej kreatywne i wymaga większej uwagi. Szukam fajnych i prostych przepisów i staram się mieć zawsze świeżo przygotowane potrawy. Wszystko musiałam sobie przeorganizować. Ale efekty są cudne i rekompensują wszystko. Ta odzyskana talia! Ten luz w opiętej niedawno sukience! Ten błysk w oku, energia i przekonanie, że konsekwentnie dbam o nasze zdrowie. Nie do przecenienia.
Potem zmieniły się nawyki związane z kupowaniem. I tu sukces wielki, bo nawet mój Małżon – miłośnik zakupów wszelkich, przyjął tę strategię – nie jesz=nie kupuj. Przez markety przelatujemy jak przeciąg, uzupełniając głównie jedynie zapasy warzyw.
I każdy dzień przynosi niespodzianki, związane z codziennym z życiem. Oto Małżonek w piątek przytargał dwa potężne korzenie chrzanu. A na co mi to? Rzekłam sceptycznie przyglądając się okazałym chrzanom, z których każdy mógłby służyć, jako atrapa kija bejsbolowego. Ja utrę – rzekł Pan Mąż. Nie będziemy kupować z konserwantami! Oj! Żebyś tylko nie zapomniał – odparłam nieufnie, nauczona wcześniejszym doświadczeniem odstępowania od zaplanowanych prac kuchennych. Pomyślałam, że niechybnie porzucony chrzan, łącznie z ideą ścierania go, wsadzę po świętach do ziemi i będzie wreszcie własny w ogródku. A co tam!
A tu proszę! Pan mąż wyszukał przepis, jak to się ściera chrzan i osobiście utarł.
Płakał przy tym rzewnymi łzami i kichał, a w trakcie tarcia wielokrotnie potwierdził, że roboty kuchenne wymagają siły i to jest naprawdę trudne zadanie. Ale chrzan mieliśmy całkiem własny – bez polepszaczy, octu i innego badziewia. Tym samym mój mąż dołączył do grona tych, którzy rozumieją, że współczesny prawdziwy mężczyzna musi samodzielnie zakisić kapustę, utrzeć chrzan i nastawić buraki na zakwas. Inaczej zgiń przepadnij! Nie przeżyje!

Moje kuchenne rewolucje sprawiły także, że odkryłam siebie, jako kreatorkę wypieków. Rozzuchwaliłam się i bezczelnie piekę chleb gryczany. Lekarz, który oglądał nas oboje w ubiegłym tygodniu wyraził pełne uznanie, dla naszych poczynań, tym bardziej, że nas ubyło i to sporo (razem 14 kg) , co jak wiadomo człowiekowi służy. A jak służy człowiekowi, to i służba zdrowia jest bardzo zadowolona. Ale spadek wagi zrobił na nim mniejsze wrażenie, niż fakt, że żyjemy bez kupowania chleba i bez ziemniaków, makaronów, ryżu i kasz. Patrzał na mnie z podziwem i powtarzał „brawo, brawo!”
Uniesiona tym podziwem, poszłam dalej. Po raz pierwszy w życiu upiekłam mazurka.
Był prawie taki, jak na zdjęciu. Zmodyfikowałam ździebko przepis z Internetu i upiekłam mazurka z pijaną śliwką. Czegoś tak pysznego to jeszcze nie jadłam. Śliwka mi się upiła wyjątkowo porządnie i mazurek wyszedł pierwsza klasa. Może w kategorii estetycznej nie wygrałabym pierwszego miejsca, bo muszę dopracować modyfikacje ingrediencji ciasta i wałkowania (którego nie znoszę!). Ale walory smakowe były przednie. Były! Bo to wszystko już zniknęło i mogę tylko opowiedzieć, że bez glutenu, cukru i polepszaczy żyje się całkiem dobrze.
Zostało tylko świetne samopoczucie! I misja, by przekonywać innych do zmiany.

Acha! i jeszcze nowe słowo – prozelita. To nowo pozyskany, zwykle gorliwy wyznawca i krzewiciel jakiejś religii lub ideologii.
Czyli synonim neofity.
 

 
Czytaj więcej »
#strajknauczycieli

Nauczycielkom

09:05

Patrzę na te wszystkie wpisy o nauczycielskich strajkach. Deklaracja, że popieram ten strajk, jest dla mnie tak oczywista, jak fakt, że oddycham. Jednak mam opór, przed powtarzaniem magicznego zaklęcia, by się trzymali. By nie ustępowali, bo dobro wspólne tego wymaga.
Dobro wymaga i niech się wszyscy strajkujący trzymają jak najdłużej. Oczywiste, że trzymam kciuki. Oczywiste, że wpłacam na konto wspierające strajkujących nauczycieli i - mam nadzieję - personel. Ale opór mam.
Skąd on się bierze i z czego wynika? Może z tego, że mówimy o strajku nauczycieli, a przecież nie ma bardziej sfeminizowanego środowiska, niż środowisko oświatowe. Więc może byłoby uczciwiej, gdybyśmy mówili o strajku nauczycielek (nieliczną grupę kolegów przepraszam). Kiedy zmienimy myślenie o tym, kim są strajkujący, to …. No właśnie.
Wśród strajkujących znajduje się armia moich koleżanek.

Między innymi  Małgosia. Znamy i lubimy się od lat. Z pasją uczyła geografii. Miała świetne pomysły i uwielbienie swoich uczniów. Dogadała się z każdym, nawet najgorszym chuliganem i obibokiem. Zanim rozpadło się jej małżeństwo, urodziła dwójkę dzieci i z mężem wzięła kredyt. Teraz sama z dziećmi mieszka w lesie, spłaca kredyt i z wielkim trudem wiąże koniec z końcem. Naprawdę  wielkim. Kilka lat temu, kiedy pojawiła się wizja braku etatu dla jej specjalizacji, namówiłam, by zrobiła uprawnienia i została dyrektorką szkoły. Tak się stało.  Rok temu wygrała konkurs. W tej nowej roli, odnalazła się dość szybko i z powodzeniem zaczęła wprowadzać potrzebne zmiany, rozwijać szkołę. Dzwoniłam do niej wczoraj. Zapytałam, jak sobie radzi. Mówiła o wrażeniu, że pływa w szambie i za chwilę się utopi. Od tygodnia wstaje przed świtem, by o 5 rano, być w szkole i doglądnąć wszystkiego. Wiadomo – egzaminy! Dyrektor musi odebrać dokumenty. Ludzi do pracy musiała wziąć z łapanki. W szkole siedziała do późnych godzin wieczornych. Od tygodnia jest tarczą dla wszystkich – sfrustrowanych uczniów i rodziców, wściekłych koleżanek i kolegów, oczekujących wizytatorów i urzędników z gminy. Do domu przyjeżdża w nocy. W lodówce tylko światło. Perspektywa przedłużającego się strajku po prostu ją przeraża, choć teraz po podwójnych egzaminach (gimnazjum i ósma klasa) jest jej już wszystko jedno. Tylko to niemiłosierne zmęczenie. O tyle jest w lepszej sytuacji od innych,  że jej pensji nie zabiorą, bo dyrektor nie może strajkować.
Albo Basia. Jest sama, a pensja nauczycielska jest jej jedynym dochodem. Strajkuje, jak wszyscy. Jeśli jej zabiorą pensję, po prostu nie ma za co żyć. Nie ma na jedzenie, nie ma na lekarstwa, których potrzebuje sporo. Nie ma na kogo liczyć, bo ma tylko stareńką mamę, zresztą byłą nauczycielkę z minimalną emeryturą. Basia mogłaby już iść na emeryturę, ale boi się tej zmiany i starości, jak mało kto. Bo starość nauczycielek, jest taka, jak ich życie. Pełna wyrzeczeń.
Ani jednej, ani drugiej, ani tysięcy im podobnych,  nie będę zachęcać, by strajkowały jak najdłużej. Nie mam odwagi, bo musiałabym powiedzieć, że mają wziąć na siebie wielką odpowiedzialność i poświęcić się.  Mówię, im że mają zrobić tyle, ile uznają, że chcą. Bo na szali stawiają swoje skromne życie, które wszyscy, konsekwentnie od wielu lat mają w głębokim poważaniu.

Kiedy o strajku nauczycieli w mediach mówią mężczyźni, zazwyczaj wspominają o misji tego zawodu, o odpowiedzialności za wspólne dobro, jakim jest edukacja, ewentualnie dorzucą coś o dobru uczniów. Jeśli są rodzicami, powiedzą jeszcze  o powołaniu.
Od 80. roku (wtedy podjęłam pracę w szkole) słuchałam tych argumentów, powtarzanych na okrągło. A teraz, kiedy nauczycielki i nauczyciele strajkują, rozpoczyna się w necie festiwal dopingu dla strajkujących – ? „musicie, dacie radę i jesteśmy z wami”. Trochę przypomina to dmuchanie pod narty Stocha albo narodowe trzymanie kciuków za siatkarzy.
Tylko kategoria inna!
Może w przypadku tej kobiecej walki o godność i przetrwanie, zamiast wrzasku, raczej zamilknąć?
Na pewno należy uszanować każdą decyzję strajkujących. Bo za strajkiem nauczycieli stoi armia kobiet i tysiące polskich rodzin opartych na nich, tak samo, jak nasza narodowa edukacja.
Czytaj więcej »