Szczęśliwa 13

14:32
Zgubiłam tydzień. Ten ostatni. Szukam, zaglądam, pytam. Nikt nie widział, nikt nie znalazł. Przepadł. Nie pomaga św. Antoni, św. Tadeusz. Nikt i nic nie pomaga, tydzień uciekł i go nie ma. Myślę sobie w chwili zadumy - dobrze, że tydzień, a nie całe życie. Ale ja chciałabym mieć te tygodnie przeżyte w jakiś uporządkowany i świadomy sposób, a nie tak zwyczajnie je po prostu pogubić. Przecież jestem w tym wieku, kiedy człowiek chciałby świadomie. A ja ciągle w galopie, w niedoczasie, z jakimś kurcgalopkiem w głowie i wiecznym poczuciem spóźnienia.
Pisanie bloga wzmacnia ten proces, bo rejestr postów bezwzględnie pokazuje upływ czasu od ostatniego wpisu i natychmiast zjawia się poczucie winy, (nie)odpowiedzialności i wyrzuty sumienia. Może gdybym pisała dziennik, byłoby mi łatwiej? Pewnie tak, ale życie jest tak interesujące, że sił na nie, nie wystarcza. I kiedy już człowiek się nażyje za dnia i chciałby uchwycić i podzielić się wrażeniami, to choć duch ochoczy, ciało zasypia. I tygodnie giną. Wrześniowe szczególnie. Może dlatego tak się dzieje, że wrzesień jest miesiącem rzeczy pierwszych. Pierwszych zebrań, pierwszych spotkań, pierwszych ustaleń. Na następne można nie dotrzeć, ale na pierwsze trzeba.
W tym zgubionym tygodniu zakończyłam studia podyplomowe (pierwsze zorganizowane dla seniorów!), wstąpiłam do nowego stowarzyszenia, podjęłam pracę, zobowiązałam się do społecznej współpracy z dwiema instytucjami, byłam na przepięknym spektaklu, uczestniczyłam w pracy bardzo ważnego zespołu doradczego, pracowałam w zespole nad misją i wizją niezwykłej instytucji, pracowałam nad rozwojem nowej firmy pewnej niezwykłej kobiety i stawiałam ją do pionu, pracowałam nad projektem, który wypełni moje życie w ciągu najbliższych kilku tygodni, zaniedbałam męża, psa, dom i siebie.
Mąż nie zauważył, bo ćwiczę go w zaniedbywaniu od lat. I tylko moja przyjaciółka (Boże! Dzięki Ci za przyjaciół) powiedziała dzisiaj, że zrywa ze mną kontakty, bo jestem ciągle zajęta i od tego momentu, mogę już tylko do niej mówić, a ona się zastanowi, czy mnie posłuchać, skoro wcale się nią nie interesuję. To mnie wyhamowało.

Z tego wszystkiego, co wypełniło moje życie w tym zagubionym tygodniu najbardziej cenię sobie kilkoro nowo poznanych ludzi. Nieczęsto zdarza się spotkać w jednym tygodniu osoby, które wydają się być tak bliskie w sposobie postrzegania świata, w pomysłach na działanie, w zapasie wewnętrznej energii, że człowiek sobie zadaje pytanie „Jak to możliwe, że myśmy na siebie wcześniej nie trafili?” To jedno z sympatyczniejszych uczuć. I najważniejszy motor działania, dla takiego ktosia, jak ja. Po takich spotkaniach chce się żyć i mimo zmęczenia, wstajesz i idziesz. Są pomysły, jest idea, jest życie.
Dlatego mimo zgubionego tygodnia, mimo piekielnego zmęczenia i chwil zwątpienia od jutra skupiam się na kampanii promocyjnej projektu „Odnowa - miejsce aktywności seniorów” zgłoszonego do Poznańskiego Budżetu Obywatelskiego 2018 (PBO 2018)
https://pbo2018.um.poznan.pl/i/pbo-2018/proposal/490-Odnowa___nowoczesne_miejsce_aktywno%C5%9Bci_s.

Teraz tym się będę zajmowała.
O pomyśle powołania „Odnowy” pisałam już kilkakrotnie na blogu. W tym roku ponownie zgłosiłyśmy go do rywalizacji. W miniony piątek odbyło się losowanie numerów na liście. Nasz projekt – czyli zgłoszony do PBO 2018 przez Annę Stuligrosz - Biedak i przeze mnie – wylosował numer 13 (oby szczęśliwy). Jest to projekt ogólnomiejski i w tej kategorii rywalizuje z wieloma innymi projektami, zatwierdzonymi do głosowania przez Urząd Miasta, jako zgodne z założeniami PBO. To nasz pierwszy duży sukces, bo kilkadziesiąt zgłoszonych projektów odpadło. Podobnie, jak w latach ubiegłych, głosowanie będzie się odbywać tylko przez Internet. Głosować mogą jedynie mieszkańcy Poznania, a każdy Poznaniak może wskazać jeden projekt ogólnomiejski i dwa rejonowe. Głosowanie odbywać się będzie od 09.10. 2017 do 30.10.2017, a więc jeszcze mamy trochę czasu na wykonanie wszystkich niezbędnych telefonów, spotkań, innych działań, by kampania (prowadzona bez pieniędzy!) przyniosła efekty.

Będę pukać do wielu drzwi i serc z prośbą o pomoc.
Do Ciebie też!
Czytaj więcej »
kobiety

Pożytki z darcia pierza

13:20

Jesień przyszła. Żeby nie było wątpliwości i nikt jej nie przegapił, na wszelki wypadek przyszła w sierpniu i pewnie zostanie do późnej wiosny. Oczywiście z małym przerywnikiem na frontalny atak syberyjskiej zimy, kolejną klęskę nadmiaru oraz  czas próby dla drogowców. Przyjście jesieni wyczuwam nosem (natychmiast siąpi) a także głęboką refleksją nad niedostosowaniem zawartości szafy do okoliczności przyrody i temperatury w domu i na zewnątrz. Prześliczne kolorowe fatałaszki nagle mają kretyńskie kolory, kiedy trzeba jesiennego ciepłego konkretu, bo inaczej śmierć od zgrabiałych części ciała. I wtedy natychmiast należy wszystko w szafie wymienić.
Kiedyś myślałam, że to tylko moja przypadłość, ale rozmowa z jedną z moich przyjaciółek upewniła mnie, że jest nas więcej, a na pewno my dwie! Nas - myślących podobnie. Otóż jak tylko zaczynam myśleć, że zgromadziłam zasoby odzieżowe odpowiednie do moich potrzeb i właściwe pod względem rozmiaru oraz kolorystyki i osiągam stan zadowolenia i poczucie bezpieczeństwa, bo mam się w co ubrać,  to na dworze robi się gwałtownie inaczej (cieplej albo zimniej) i  po pierwsze trzeba odkopać zgromadzone uprzednio archiwum odzieżowe, następnie skonstatować, że połowa zbiorów  nie pasuje, choć jest bardziej dostosowana do temperatury i rozpocząć żmudny proces uzupełniania zasobów na daną porę roku. I tak w kółko.
To oczywiście trzyma przemysł odzieżowy przy życiu, więc chwała nam za to. Ale mnie sprawia coraz większa trudność, bo archiwum się powiększa i coraz więcej w nim sentymentów, a coraz mniej przydatnych ciuchów. Na szczęście przekopanie się przez szafę mam już za sobą, podobnie jak mocne postanowienie, że już nic więcej w życiu nie kupię i teraz do końca swoich dni będą nosić zgromadzone.
W tej materii postanowienia mam  bardzo mocne. Zazwyczaj starcza mi sił na tydzień. Ale przekopaniem szafy zaczynam sezon jesiennozimowy i ten już otworzyłam.

A więc – jesień przyszła.
A z nią jesienne wieczory. W pierwszy jesienny wieczór mąż wyjechał. W tej sytuacji postanowiłam skorzystać z mądrości babek i wzorem wielu pokoleń zorganizowałam darcie pierza. Bez pierza. Najpierw zadzwoniłam do jednej koleżanki, z pytaniem czy może. Mogła i chciała. Niczego nie musiałam tłumaczyć, bo kobieta zna się na rzeczy, rozumie siłę tradycji i tylko zapytała, co ma przynieść. Podobnie druga i trzecia. Czwarta też była w blokach startowych, bo wszystkie moje kolesiówny są bardzo robotne i gotowe do współpracy, ale ta miała męża, który właśnie wrócił z wyjazdu i zawsze jest zdziwiony, gdy jego żona wychodzi, gdy on jest. Nawiasem mówiąc, jak jego nie ma, też jest zdziwiony, ale z daleka. Z bliska znosi trudniej.
- Zaproś go, ale uprzedź, że w trakcie darcia pierza, może się zdarzyć, że mu w szale wyskubiemy pióra. Niech to przemyśli i sam zdecyduje. – poradziłam inteligentnie.

Potem jeszcze był tylko mail organizacyjny w kwestii, kto co ma przynieść. Tekst był prosty, bo przynieść należało to, czego potrzeba na darciu pierza. I w ten sposób przyszykowałyśmy sobie bardzo sympatyczny wieczór, w miłym towarzystwie, przy suto zastawionym stole. Dokładnie tak samo, jak nasze babki, które w jesienne i zimowe wieczory spotykały się i popychały domową robotę, zabawiając się nawzajem rozmową i częstując smakowitościami.  

Lubię kobiece spotkania, bo dają mi dobrą energię. Moje koleżanki są inteligentne, mądre i błyskotliwe, więc przebywanie z nimi, to naprawdę duża frajda. Rozmawiałyśmy o życiu, książkach, artykułach, filmach i Kongresie Kobiet. Z różnych powodów żadna z nich nie uczestniczyła, ale dopytywały o wrażenia. Opowiadałam o wszystkim, o sesjach plenarnych, gościach, swoim panelu, także o Chórze Czarownic. Bardzo długo rozmawiałyśmy o tym, co się stało w mediach po Kongresie, o reakcjach na postulaty kobiet, o reakcjach na występ Chóru. Jedna z moich przyjaciółek była ze mną wcześniej w teatrze na tym przedstawieniu i opowiadałyśmy o swoich przeżyciach związanych z odbiorem, o tym jak bardzo jest ten spektakl mocny i przejmujący, jak bardzo jest nam bliski, choć mnie kompletnie odbiera siły i rozbija. Ale potem wzmacnia!
A swoją drogą to niewiarygodne, że w XXI wieku, w Europie tak oczywiste żądania kobiet, dotyczące podstawowych praw, spotykają się z takim oporem.
Zupełnie jak z czasów darcia pierza.
Kiedy następnego dnia rano wstałam pomyślałam sobie, że wieczór darcia pierza to jedna z mądrzejszych rzeczy, którą ostatnio zrobiłam. Bez napinki, bez wysiłku zadbałam o relacje z osobami, na których mi zależy oraz spędziłam czas w sposób, który bardzo lubię. Na rozmowie.
Bo w życiu najfajniejsze są rzeczy naturalne i zwyczajne.
Kiedy postanowiłam, że napiszę o tym na blogu, zaczęłam szukać zdjęcia do ilustracji. Szukałam w darmowych serwisach i przeryłam kilkaset zdjęć. Nigdzie nie znalazłam zdjęcia kobiet rozmawiających ze sobą w towarzyskich okolicznościach i czerpiących z tego radość. Wśród setek fotografii kobiet mniej lub  bardziej ubranych, umalowanych, upozowanych nie znalazłam żadnego, gdzie kobiety ze sobą po prostu są.
Mam tylko to jedno, które latem mnie zachwyciło w Grecji. To kartka pocztowa. Chyba tylko Grecy potrafią docenić urok zwyczajnych chwil, spotkań i uchwycić radość  z życia.

Niech ono będzie ze mną przez całą jesień.
I przez wszystkie kolejne wieczory darcia pierza.
Czytaj więcej »
#9KongresKobiet

Czynsz

01:47
Mam za sobą dwa niezwykłe dni. Z trudem ogarniam wszystkie myśli, przeżycia i uczucia, które od soboty rano przeleciały mi przez głowę i serce. Nie pamiętam, bym w ostatnich kilkunastu latach uczestniczyła w czymś równie ekscytującym i wartościowym. Nie będę opisywać wydarzeń #9KongresKobiet, bo każdy kto się tego podejmie polegnie, albo jako pisarz, albo obserwator. Działo się w tempie, na luzie i bez zadęcia, ale z rozmachem, w świetnych warunkach. Od początku do samego końca przy wypełnionych salach konferencyjnych, z widownią żywo reagujących uczestniczek w różnym wieku i z całego kraju.
Absolutny sukces organizatorek i organizatorów, a każdy, kto mówi inaczej, po prostu kłamie.

Było tak energetycznie, że kiedy wczoraj wróciłam do domu, czułam się, jakby mnie ktoś przekręcił przez maszynkę, jakby zabrał mi całą życiową energię. Już nie było sił nawet na to, by skrobnąć kilka słów podziękowań i wrzucić do sieci. A trzeba.
Więc teraz krótko: za co jestem wdzięczna? Po pierwsze za to, że Kongres to nie jest tylko spotkanie koleżanek. Kongres ma ważny wymiar społeczny, jest silnym i liczącym się głosem w sprawach ważnych dla całego społeczeństwa – nie tylko środowisk kobiecych. A w sytuacji, w której rząd i politycy oderwali się od społeczeństwa i niezłomnie trwają w zachwycie dla swej aberracji oraz posłuszeństwie dla swego przywódcy, bardzo potrzebujemy takich ruchów społecznych, jak Kongres Kobiet. Nie mam wątpliwości, że siła kobiecych ruchów zmieni nasz kraj. Wierzę w to głęboko.

Jestem wdzięczna za wszystkie mądre myśli, którymi przez te dwa dni mnie obdarowano. Na scenie w pierwszym i drugim dniu występowały mądre kobiety i mądrzy mężczyźni. Łapałam ich słowa, jak głodny chwyta chleb, bo ja żywię się słowem i ono mnie trzyma w pionie i przy życiu. Nałapałam pełną czaszkę i z tym wróciłam do domu. Dają siłę i wiarę, że jesteśmy razem i w słusznej sprawie. Zostawiają przekonanie, że w moim kraju są ludzie mądrzy i zależy nam na tych samych wartościach. To bardzo budujące.
Najwięcej jednak zabrałam dla siebie samej, dla swojej aktywności.
Najpierw wsparła mnie prof. Fuszara w wystąpieniu w sesji gabinetu cieni. Powiedziała o tym, że czasem nam się wydaje, że mamy ciężko, kiedy walczymy o jakieś sprawy. Tymczasem warto pamiętać, że nasze prababki miały sto razy gorzej, bo nawet spotykać im się nie było wolno, a jednak wywalczyły prawa wyborcze, prawo do edukacji, prawo do niezależności.
Ja mam wykształcenie, kompetencje  i wynikającą z tego wewnętrzną siłę, wsparcie bliskich i prawo do bycia obywatelką oraz  Internet. No to czego mi brakuje?
Danuta Hubner w swojej wypowiedzi powiedziała o tym, że musimy być, jak kanarek w kopalni, który ostrzega przed tąpnięciem. Uświadomiła mi, że życie społeczne wymaga obecności każdego i nigdy nie wiemy, jak ważną rolę przyjdzie nam spełnić oraz ile zależy od naszej aktywności. Ale trzeba być.
A potem oglądany po raz kolejny występ „Chóru czarownic” jak zwykle wbił mnie w fotel. Refren pieśni „milion z nas tak teraz stoi, żadna z nas się już nie boi” i  tłum kobiet stojący za mną, z którego biła niezwykła energia spowodowały, że wyszłam sto razy mocniejsza.

Kiedy wróciłam do domu na biurku znalazłam fiszkę z zapisaną wcześniej myślą Alice Walker, wyczytaną w wywiadzie Gazety Wyborczej ( 8.09.2017) z Martą Mazurek – współorganizatorką Kongresu Kobiet w Poznaniu, „moja aktywność społeczna to czynsz, którym spłacam światu za to, że na nim jestem, a zwłaszcza gdzie jestem”. Podobnie jak Marta wiem i rozumiem, że jestem uprzywilejowana – mam właściwy kolor skóry, urodziłam się w Europie, miałam szczęście urodzić się i wychować wśród mądrych i kochających ludzi, dostałam szansę edukacji, z której wynika moja pozycja społeczna. W dodatku lubię słuchać mądrzejszych i czerpać z ich mądrości.  
Reszta to tylko obowiązek spłacenia czynszu.
I do regulowania swoich rachunków ze światem, regularnego spłacania czynszu gorąco namawiam.
A za Kongres Kobiet w Poznaniu dziękuję.
BRAWO!!!
Czytaj więcej »
Turcja

Strażniczka plaży

13:18
Zamilkłam, bo powroty są bolesne.
Szczególnie, gdy się wraca z krainy szczęśliwości, raju utraconego z temperaturą wody i powietrza w okolicy 30 stopni. Z raju, w którym karmili, poili i dbali o człowieka w formie pakietu all inclusive (bo innej opcji nie ma!).
Powroty są prawie nie do zniesienia, gdy wraca się do kraju zalanego deszczem, z wilgocią i chłodem na dzień dobry i na dobry wieczór. Mam wrażenie, że nie mogę się obudzić. Najchętniej nie wychodziłabym spod koca, odziałabym się we wszystkie polarki świata oraz zwiała pierwszym samolotem do kolejnej krainy szczęśliwości. Przechodzę trudną adaptację do polskich warunków, bo jestem w wieku odpowiednim do przebywania w ciepłym klimacie i całkiem poważnie zastanawiam się nad przyjęciem jakiegoś wolontariatu dla seniorek w okolicach bardziej południowych, niż północnych. Ja bym już chyba mogła siedzieć przed grecką chałupinką i snuć myśl filozoficzną, albo mogłabym pilnować porządku na tureckiej plaży.
Ten pomysł na zagospodarowanie swojego życia przyszedł mi do głowy podczas tygodniowej obserwacji starszego pana, który był porządkowym na naszej hotelowej plaży. Miałam wiele uciechy przyglądając się jego pracy, bo z wielką zawziętością pilnował, by nikt z sąsiedniego hotelu, nie korzystał z naszej infrastruktury, czyli leżaków i parasoli. Obok znajdował się hotel wyższej kategorii, ale z maleńką plażą i mniejszą liczbą leżaków. Tylko na niektórych leżeli ludzie, ale wszystkie były pozajmowane. Kto z tamtego hotelu nie przyszedł przed świtem, ten polował na leżaki u sąsiadów, czyli u nas. A na niego polował nasz turecki dziadek. Siedział w kącie i wypatrywał ofiary. Widział, jak całe rodziny przełażą przez symboliczny płotek, czekał aż zdecydują, który leżak wybrać, czekał aż się rozgoszczą, nasmarują, rozłożą bambetle i dopiero wtedy wstawał i jak prawdziwy macho, przy użyciu jednego wymownego gestu wskazującego kierunek drogi odwrotnej wskazywał naiwnym przynależny im teren. I nic to, że tam nie było wolnych leżaków. Dziadek był niewzruszony, nieprzekupny i bardzo dbał o swoich gości, rozpoznawanych po kolorze opaski na ręce. W dodatku na pewno nie używał żadnego języka poza swoim własnym i to rzadko, bo gesty były bardziej wyraziste.
Wyglądał, jak bohater filmów przyrodniczych o polujących samcach. Było oczekiwanie, był wybór ofiary, był atak, było zwycięstwo. Z drugiej strony podziwiałam determinację jego ofiar. Niektórzy próbowali tych podchodów kilkakrotnie. Głupcy! Zlekceważyli jego czujność i poczucie misji.
Obserwowałam pana codziennie i codziennie myślałam, jak załapać się na senioralny wolontariat na tureckiej plaży. Pasowałoby mi takie zajęcie. Mogłabym jeszcze edukować na temat segregacji śmieci, bo wyraźnie ludzie mieli z tym problem, choć pojemniki stały. Albo mogłabym dzieciom czytać bajki. Za wikt i opierunek, słońce i ciepłe kąpiele.

Tydzień w Turcji spędziliśmy w świetnym hotelu. Świetność polegała na tym, że był malutki, w pięknym ogrodzie, nad samym morzem i z własną piaszczystą plażą z łagodnym zejściem do wody.   Nie było w nim infrastruktury dla rodzin - czyli zjeżdżalni, basenów, brodzików i innych bawitek. Nie było rozbudowanej animacji w postaci grupy aktywistów zachęcających do rozrywki na poziomie podłej knajpy i muzyki z rodzaju wszechobecnego łubudubu. W zamian były pochowane w zaroślach urocze zakątki do CZYTANIA!!!, a w tle zawsze przepiękna muzyka relaksacyjna.
Była przyroda, cykady i widoki chwytające za serce. A po 23 cisza.
No właśnie! Też nie mogę uwierzyć, że w Turcji są takie miejsca. Wszystkim, którzy będą zainteresowani podam namiary i podzielę się wszystkimi naszymi odkryciami, bo trafiliśmy do tego hotelu zupełnie przypadkowo. Obok stały molochy, które błyszczały przepychem i odstraszyły mnie na zawsze od przypadkowego wyboru. Turcy budują hotele ogromne, w dodatku jeden przy drugim, bo taki jest tam hotelowy biznes, którego głównym odbiorcą są Rosjanie. Przeolbrzymie budynki, wszechobecny przepych, złocenia i błyskotki, tłok, hałas – czyli wszystko, przed czym uciekam.

W naszym hotelu karmili znakomicie, ale posiłki zapamiętam nie tylko ze względu na niezwykłą kuchnię. Po raz pierwszy widziałam obrazki, które bardzo mnie poruszyły. Widok człowieka ze smartfonem nie dziwi dzisiaj nikogo. Nie zdziwił mnie widok par młodych ludzi jedzących wspólnie śniadanie i wpatrzonych każdy w swój smartfon, bez żadnej komunikacji ze sobą nawzajem. W tym przypadku nawet się cieszę, że należę do dinozaurów i miałam okazję parę razy w życiu widzieć przy śniadaniu oczy faceta wpatrzone we mnie, a nie w wyświetlacz.
Ale po raz pierwszy widziałam i doświadczyłam na własnej skórze sytuacji, w której dzieci od roku wzwyż, przy każdym posiłku mają przed sobą smartfon, by oglądać bajki, albo grać  w jakieś gry i tylko w ten sposób jedzą. Gdyby jeszcze tylko oglądały, to trudno. Ale jeśli na dziesięciu okolicznych stolikach podczas rodzinnego posiłku stoją smartfony, laptopy, palmtopy (na niektórych stało kilka) i każdy wydaje dźwięki (głównie rosyjskich bajek), no to mamy już kolejną odsłonę nowego problemu społecznego. W restauracji panował  jazgot trudny do zniesienia, a okrzyk „nu pogadi!” przestał mi się dobrze kojarzyć.
W trakcie pobytu przeczytałam uważnie cały numer dodatku do „Wysokich Obcasów” o uzależnieniach, także od smartfonów i z przerażeniem obserwowałam w rzeczywistości skalę zjawiska. Skutki zobaczymy wszyscy wkrótce, bo przecież te dzieci są przez rodziców wpychane w uzależnienia. Ciekawe, za ile lat zacznie się ruch na rzecz ochrony dzieci przed technologią? Na razie proces się rozwija i jak widać na zdjęciu restauracje zaczynają się chwalić nie tyle potrawami, ile dostępem do sieci.










Tymczasem zbieram się do nowych wyzwań.
Wspomnienia tureckie upycham do archiwum  i zaczynam kolejną kampanię na rzecz utworzenia w Poznaniu „Odnowy – nowoczesnego miejsca spotkań i rozwoju seniorów”. Będę o tym projekcie mówiła podczas panelu na Kongresie Kobiet, a  potem będę o tym pisała, mówiła, myślała aż do końca głosowania w Poznańskim Budżecie Obywatelskim 2018.
Oby zakończonego zwycięstwem.
Bo po to człowiek jeździ na wakacje, żeby mieć siły do działania.
Czytaj więcej »
alkohol

Tureckie zderzenia z polskością

15:00
Wyszłam ze swojej norki i oberwałam od życia.
Norkę proszę potraktować metaforycznie, jako krąg osób  z którymi się spotykam, pracuję, knuję i bez których ja po prostu nie żyję. Norkę mam na tyle dużą, że mieści kilkadziesiąt osób, z którymi mi dobrze.
I dobrze.
I to tak dobrze, że dobrze mi tak!
Bo w tej norce tak się zasiedziałam, że o mało co straciłabym związek z rzeczywistością. A tu bach rzeczywistość  mnie pacnęła w czoło i przywołała do porządku. I łuski mnie z oczu spadli – jak mawiała dozorczyni w mojej kamienicy. No i żeby tak dojść do sedna, to muszę przyznać, że w mojej norce w większości są kobiety i w dodatku mądre. I ponieważ z każdym dniem tych mądrych mam w norce więcej, to już tak mi się jakoś zaczęło wydawać, że jak kobieta to znaczy mądra. A tu nic właśnie. Jestem świeżo po kolejnej próbie samolotowej i od tej podróży w moim spisie lęków przeróżnych pojawi się lęk przed polską babcią. Dotychczas w samolocie bałam się rodziców z małymi dziećmi. To znaczy bardziej małych dzieci i ich nieprzewidywalności, ale w samolocie dzieci zawsze mają rodziców. I oni też nieprzewidywalni. A w komplecie potrafią zatruć życie otoczeniu. A od wczoraj będę się bała całych rodzin na czele z babcią. Kiedy weszłam do samolotu i zbliżałam się do mojego miejsca zauważyłam małego czteroletniego chłopczyka. Na resztę nie zwróciłam uwagi. Może dlatego, że dawno nie opuszczałam strefy Schengen i to co przeżyliśmy przy odprawie paszportowej na lotnisku udręczyło i obniżyło moją czujność. Usiadłam, wyjęłam swoje czytadła i wtedy usłyszałam głos pani siedzącej za mną (czyli prawie na mnie ze względu na oszczędność przestrzeni). Glos był donośny, powszechnie słyszalny i z tych, o których moja babcia mówiła kiedyś, że od takiego to zdycha kot. Nie dałoby się przed nim uciec, schować na otwartym polu. W samolocie osaczał, dusił i zażynał człowieka. A pani komentowała wszystko. W dodatku każdy tekst komentarza kwitowała przerywnikiem równie głośnym, który był rodzajem śmiechu z własnego dowcipu a brzmiał jak nerwowy rechot.
Już po chwili zorientowałam się, że pani jest częścią grupy - dziadkowie, młodzi i dziecię jadą na wakacje. Wszyscy siedzą w jednym rzędzie, tylko dziadek ma miejsce za nią, co w niczym nie przeszkadzało konwersować swobodnie. Pani opowiedziała całemu samolotowi, jak w ubiegłym roku kołował, gdy lecieli do Hiszpanii, (rechot). Komentowała to co się działo w naszym samolocie- 0! wypuścił telewizorki (rechot), Jednak schował (rechot) boisz się (to do syna lub zięcia - rechot) widzisz! On się boi (to do dziadka - rechot) Adaś! Tata się boi (to do wnuka – rechot) nie bój się ! (do zięcio/syna rechot) daleko nie spadniemy (rechot).
Wyjęłam z torby zatyczki do uszu, ale kobieta miała siłę przebicia zdecydowanie większą. W tym potoku słów przerywanym rechotem nie było nic, na czym warto by się skupić. Po starcie zorientowałam się, że rodzina jedzie na wakacje z jakiejś odległej od Poznania miejscowości, że czas oczekiwania na lotnisku umilali sobie drinkami (ze szczegółami dowiedzieliśmy się jakimi i za ile) i że wszyscy z wyjątkiem Adasia, czyli małego chłopczyka są pod wpływem. Wszyscy opowiadali dużo i chętnie i bardzo dobrze się bawili. Najbardziej bawiła się babcia. A potem  Adaś miał kryzys i przestał być grzeczny. Były wrzaski i żądania kupna nowego samochód w podniebnym serwisie. Były próby zbiorowego uciszenia wnuka, była zbiorowa akcja wychowawcza i decyzja dziadka o zakupie drinka. Była dyskusja, czy dla wszystkich członków rodziny. Wnuk z wściekłości kopał siedzenia i tych, co siedzieli przed nimi, a tatuś obiecywał mu, że w Turcji kupi i w Turcji w hotelu postawi wszystkim. Ale tyko alkohole lokalne. Babcia zarechotała tysięczny raz, bo to przecież świetny dowcip, że syno/zięć taki dowcipny. W trzeciej godzinie lotu wnuk na chwilę zasnął, ale babcia miała wartę i nadawała bez przerwy, konwersując jednostronnie z którymś z członków rodziny.
Lądowaliśmy w deszczu i mgle, więc babcia wznosiła dowcipne okrzyki Brzoza! Widzę brzozę! (rechot) Boisz się? itd…
Przyjrzałam jej się uważnie. Nie wyglądała na chorą psychicznie. Była zadbaną kobietą ok. 50 lat  i chyba była po prostu zwyczajnie niekulturalna. Na pewno nie z mojej norki. Miałam tak serdecznie dość, że wysiadłabym przez okno, gdybym mogła. A babę najchętniej bym zabiła. Teraz nareszcie rozumiem dlaczego jest taka kontrola przed podróżą w poszukiwaniu wszelkich narzędzi zbrodni.
No ale, jak człowiek chce odpocząć, to musi się zmarnować. Rano wstałam i widok z okna zrekompensował trudy podróży. A potem pełna nadziei poszłam na spotkanie z rezydentką, bo bardzo chciałam wykupić wycieczkę i pojechać do Kapadocji. Młoda Pani Rezydentka przyszła punktualnie i z dużą wprawą opowiedziała o planowanych wyprawach. Przy Kapadocji, słysząc moją deklarację woli zakupu, rozwinęła skrzydła. Pokazała zdjęcia, zapewniła o niezwykłości tego miejsca i na koniec dodała informacje o wspaniałym bonusie w postaci tureckiego wieczoru. Tu wyraźnie się ożywiła. Zapewniła o niezwykłym pokazie tańca derwisza. Im bardziej Pani się rozwijała, tym bardziej ja odczuwałam rosnące wątpliwości. Chciałam zobaczyć Kapadocje, a nie tańcować z derwiszami, z którymi miałam okazję już kilka razy ćwiczyć. W dodatku w towarzystwie rodaków, którzy już w samolocie udowodnili mi, że ja nie pasuję.
- Ależ proszę państwa! To naprawdę jest okazja. Za 120 euro macie państwo super wycieczkę i nawet alkohole w cenie. I alkoholu tyle, że można derwiszom pokazać, jak tańczy się w Polsce - dodała patrząc znacząco na mojego niepijącego męża. Moje wątpliwości wypełniły mnie całą i obudziły uśpioną samolotowym gdakaniem walczącą naturę. I już miałam się odezwać i dać odpór wrogom mej nieprzyzwoitej trzeźwości, gdy usłyszałam:
- A poza tym, co tu państwo będziecie robić. Żeby to był jeszcze jakiś taki hotel, gdzie Jackiem Danielsem myją podłogi. Ale tu tylko plaża i przyzwoite warunki. No to chyba lepiej jechać na wycieczkę do Kapadocji.
I duch mój upadł, a rozum podpowiada, że ja chyba coś jednak przeoczyłam.
Za pięć dni wracam do norki.
Poobijana.
I bez Kapadocji.


Czytaj więcej »
choroba

Spotkanie

13:50
Jest piękne słoneczne popołudnie. Stoję na przystanku autobusowym. Słyszę, że ktoś woła mnie po imieniu. Rozglądam się.
Tu jestem! – krzyczy moja dawno niewidziana koleżanka, wychylając się z samochodu stojącego przed skrzyżowaniem na światłach. Jesteś u Mamy? To teraz ci nie odpuszczę. Musisz do mnie wpaść, zobaczyć mojego psa. On ma już prawie 4 lata, a ty ciągle nie masz czasu. Zadzwoń koniecznie.
Zadzwonię wieczorem – wrzeszczę, by przekrzyczeć klakson młodzianka uzbrojonego w auto wielkie, jak jego ego i stojące zaraz za nią.
Zielone. Ruszyli. Cisza.
A ja stoję dalej, tylko teraz z wyrzutem sumienia. Faktycznie miałam wpaść obejrzeć szczeniaka. To już cztery lata? A przecież mieszkamy od siebie o rzut beretem, bo co to jest 6 km dla miłośniczki roweru? W dodatku co roku w lecie mieszkam u mamy przez kilkanaście dni i wtedy rzut beretem trzeba traktować dosłownie. Dzieli nas kilkaset metrów.
Tym razem pójdę. Na pewno.
Wieczorem zapomniałam i nie zadzwoniłam, bo wciągnęło mnie pisanie i kombinacje, jak zrobić kampanię społeczną bez pieniędzy, za to w słusznym celu.
Ale ona zadzwoniła nazajutrz.
I zaczęła od tego, że prócz obejrzenia psa, to przecież miałam jej opowiedzieć o tym moim pomyśle na seniorów, czy coś. Poleciałam natychmiast mimo deszczu, zmierzchu i braku świateł w rowerze.
W uroczym domu przywitał mnie najpierw przecudnej urody pies Leo, który przez cały czas wizyty w pysku nosił ulubioną maskotkę. Potem dopiero koleżanka i  jej krewni - starsi państwo, zagraniczni goście, którzy właśnie zjechali z kilkudniowa wizytą. Rozmowa przy kawie dotyczyła zwierząt, radości jaką wnoszą do domu i przygód, których są bohaterami. Leo popisywał się przed gośćmi i zabawiał wszystkich.
Jeden z wielu miłych letnich wieczorów.
Jakoś tak w naturalny sposób zaczęliśmy rozmowę o wakacyjnych wyjazdach. Zapytałam koleżankę, gdzie była na wakacjach. I wtedy przypomniało mi się, że przecież ma pod opieką ciężko chorą mamę. Poczułam się niezręcznie, bo powinnam pamiętać. Przeprosiłam i zapytałam, jak się mama czuje. I jak ona sobie radzi z pogodzeniem opieki nad chorą na Alzheimera mamą, pracą zawodową, pracą społeczną, domem, wychowaniem dwójki stosunkowo małych dzieci i całą resztą obowiązków, które spadają na kobietę.

- Wiesz, na wakacjach nie byłam nigdzie, bo muszę zrealizować te letnie koncerty (to praca społeczna). Poczekaj chwilę , bo muszę obudzić mamę. Zasnęła biedna, bo dzisiaj takie niskie ciśnienie.
I wybiegła gdzieś w głąb domu, by po chwili wprowadzić swoją mamę. Starsza pani, a właściwie ludzka drobinka, szła o własnych siłach, ale widać było, że choroba dokonała już wielkiego zniszczenia. Z nikim nie nawiązywała kontaktu i wsparta na ramieniu córki poruszała się tylko siłą cudzej woli. Zagraniczni krewni, chcieli się przywitać, ale pani ich wcale nie dostrzegała. Przeszła koło nas, jakby nikogo nie było. Jakby świat cały już wcale nie istniał.
Po chwili koleżanka wróciła uśmiechnięta, spokojna i pełna swojej naturalnej życzliwości.

Nie wiem skąd kobiety czerpią tyle sił, by sprostać takim wyzwaniom, jakim jest opieka nad ciężko chorym rodzicem. W tym przypadku los był wyjątkowo okrutny, bo oboje rodzice zachorowali prawie jednocześnie na chorobę Alzheimera. Wzięła wtedy ich oboje do siebie i w jakiś niezwykły sposób godziła ich chorobę ze swoim bogatym życiem. Nadal tworzyła nowe projekty społeczne, działała, prowadziła swoją firmę i dom. Zawsze miła, uśmiechnięta, życzliwa.
Kiedy już stałyśmy przy furtce zapytała mnie o „Odnowę”. Opowiedziałam o tym pomyśle, o Budżecie Obywatelskim,  głosowaniu i potrzebach społecznych starzejącego się społeczeństwa.

- No właśnie! Tam także należałoby przygotować kampanię edukacyjną dla takich ludzi jak ja, którzy nagle musieli nauczyć się, jak żyć z chorym na Alzheimera, jak im pomagać, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach. Ja nigdy nie chciałam oddać moich rodziców do domu opieki, ale zanim nauczyłam  się nimi opiekować, minęło wiele czasu. Teraz jestem już bardzo mądra i zorganizowana, ale mogło być znacznie prościej. No i czas zmarnowany na poszukiwania, mogłabym wykorzystać na swoją pracę.
Pojechałam do domu z przekonaniem, że kobiety w Polsce są naprawdę niezwykłe. Ale też z niepokojącą myślą, że ta niezwykłość jest jakoś okrutnie wykorzystywana przez państwo. Bo trudno oprzeć się wrażeniu, że wszędzie tam, gdzie szwankuje świadczenie pomocy drugiemu człowiekowi pojawia się zgoda, by to kobiety we własnym zakresie nadrobiły braki systemowe. I by zostały z tym kompletnie same. Dobra opieka geriatryczna to dar dla rodziców i ułaskawienie dla córek.

W domu czekała na mnie moja Mama, dużo starsza od tamtej mamy i w porównaniu z nią w znakomitej kondycji.
Mam szczęście!

Czytaj więcej »
#9KongresKobiet

Jeszcze raz

01:16
Wyczytałam ostatnio: Krzysztof Kowalewski powiedział kiedyś o Polsce, że to kraj w którym starość odwołano. Nie ma jej w przestrzeni publicznej, tak jak nie ma jej w kinie, nie ma dla niej ról w teatrze. Pana Kowalewskiego zawsze ceniłam i lubiłam. Teraz lubię go jeszcze bardziej, bo mądrze mówi. W swej wypowiedzi aktor odwołał się do znanego sobie środowiska i do sytuacji, które są jego udziałem. Podobne opinie z pewnością wygłosiliby reprezentanci innych zawodów – nauczyciele, lekarze, psycholodzy. W Polsce nie ma życia po okresie aktywności zawodowej. Jesteś stary – idź na emeryturę. Jesteś na emeryturze, to sobie radź. I już. Starość odwołano nie po to, by się tobą przejmować i myśleć, co mógłbyś zrobić. Starość odwołano, bo jest nieładna, niewydolna i nie wyszła Panu Bogu.
Z tym ostatnim to ja bym się tak całkiem nie zgodziła, bo moim zdaniem kilka innych rzeczy nie wyszło Panu Bogu jeszcze bardziej niż starość. Ale to przecież tylko opinie, które wynikają z osobistych doświadczeń i przekonań.
Od ponad trzech lat przyglądam się, w jakich warunkach mam się zestarzeć. Mieszkam w niemałym rozwiniętym europejskim kraju, w dużym akademickim mieście, jestem „stąd” od urodzenia i chciałabym być „tu” do końca. Im bardziej się przyglądam, tym bardziej z każdym dniem umacniam się w przekonaniu, że wiele rzeczy powinniśmy zmienić, by wiek dojrzały nie był przekleństwem. Myślę, że stan odwołania starości odziedziczyliśmy po czasach słusznie minionych, gdzie o wartości człowieka decydowała jego zdolność do pracy fizycznej, przydatność w gospodarce lub liczba wyprodukowanych cegieł. W naszym narodowym stosunku do starości pokutuje mentalność chłopa, który darmozjadów nie lubił. Dziś już nikt oczywiście o darmozjadach nie mówi, ale na zasłużony  odpoczynek, zwany trafnie przez niektórych zasuszonym odpoczynkiem, oddalamy się ze spuszczoną głową.
Bo to jednak swego rodzaju wyautowanie.

 A mnie się marzy, żeby było zupełnie inaczej.
Otworzyła mi oczy na te inne możliwości i potrzeby Anka Stuligrosz- Biedak, kiedy kilka lat temu pierwszy raz opowiedziała o swoim pomyśle na miejsce, które integrowałoby seniorów, inspirowało do rozwoju i ponownie umożliwiało aktywność. Ta idea na tyle przypadła mi do gustu, że od dwóch lat chodzi po głowie, spać nie daje i na różne sposoby nęka. A potem nękam innych.
W ubiegłym roku do naszego projektu realizacji w Poznaniu „Odnowy – nowoczesnego miejsca spotkań i rozwoju seniorów” przekonałyśmy wielu ludzi składając wniosek w ramach Budżetu Obywatelskiego 2017. Pisałam wtedy o pomyśle i głosowaniu tu: https://senioralki.blogspot.com/2016/11/kluby-dwa.htm.
Niestety, projekt zdobył głosów zbyt mało, by w głosowaniu uzyskać fundusze na realizację. Więc w maju 2017 ponownie złożyłyśmy wniosek do Poznańskiego Budżetu Obywatelskiego 2018. W ubiegłym tygodniu zobaczyłam na stronie PBO2018, że projekt utworzenia w Poznaniu Odnowy - nowoczesnego miejsca aktywności seniorów uzyskał akceptację Urzędu Miasta i będzie dopuszczony do głosowania w kategorii projektów ogólnomiejskich. To już jest sukces, bo wiele projektów odpadło na etapie opiniowania.

Myślę sobie o wysiłku, który nas czeka, by zdobyć potrzebne głosy dla tego projektu i dla tej zmiany w myśleniu o  życiu wielu Polek i Polaków. Na pewno pomogą mi wszystkie rozmowy prowadzone w międzyczasie. Pomoże mi opowieść Magdy o jej ojcu, który przeszedł na emeryturę i usiadł na kanapie. I tak siedział kilka tygodni oglądając po kolei seriale w telewizji. A któregoś dnia zastała swojego ojca, jak siedział na tej samej kanapie przy wyłączonym telewizorze i patrzał na ciemny ekran. Wtedy uświadomiła sobie, że ojciec nie ma żadnego pomysłu, na siebie i jest potwornie samotny. I nagle dotarło do niej, że on nie ma dokąd pójść.
Wzmocni moją determinację rozmowa z  dawnym kolegą ze studiów, który zauważył konieczność i możliwość zorganizowania projektu dla seniorów. Realizacja projektu pozwoliłaby zmniejszyć problemy osób starszych z rozwijająca się technologią, pokonać ich opór i odsunąć perspektywę wykluczenia. Był z tym w instytucjach, które służą seniorom, ale nikt z rozmówców nie zainteresował się jego pomysłem. Albo inna rozmowa z byłym dziennikarzem, który przyznał, że szuka ofert dla seniorów i wszystko na co trafia, to jedynie propozycje dla sprzątaczek (z całym szacunkiem dla tychże). Nikt nie traktuje seniorów, jak inteligentnych i myślących ludzi – powiedział. Niestety, też miałam takie wrażenie uczestnicząc w zajęciach dla 50+.

 Naczytałam się ostatnio. Przez moje biurko przewinęła się między innymi książka Marcina Wichy „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, były „Minuty” Izy Klementowskiej. Udało mi się nie przegapić Polityki z artykułem „Nasto-dziadki” oraz Magazynu Gazety Wyborczej z 30.07.17 ze świetnym wywiadem Magdaleny Kicińskiej z niemieckim filozofem Wilhelmem Schmidem „Jestem stary i dobrze” . Przy okazji czytałam jeszcze inne książki, ale wspomniane teksty łączy temat starzenia się. One także umacniają moje przekonanie, że potrzebujemy zmiany. Nimi się nakręcam.
Nie mam pieniędzy na kampanię społeczną, bo skąd? Na żadną instytucję nie mogę liczyć, bo niby dlaczego? Liczyć mogę na siebie i kilkanaście osób oraz na cud, bo nawet nie na świadomość społeczną, skoro mentalność folwarcznego chłopa tkwi w nas wszystkich. Ale innego wyjścia nie widzę, a odpuścić nie zamierzam. Dlatego wykorzystam każdą okazję, by przekonywać, iż musimy wszyscy przestać wypierać myśli o starości. Trzeba zacząć się organizować, by to co nieuchronne, było jak najlepsze.  A przynajmniej znośne.

Zaczynamy od udziału w IX Kongresie Kobiet. Jak napisano wczoraj w Głosie Wielkopolskim
„Najbardziej wpływowe kobiety zjadą do Poznania”. Wśród nich przyjadą takie, które na pewno zrozumieją potrzebę zmiany w myśleniu o starzejącym się społeczeństwie i konieczność modernizacji przestrzeni publicznej, bo same są obciążone starzejącymi się rodzicami lub szukają dla siebie miejsca w życiu postzawodowym. A współczesne kobiety lubią i umieją być skuteczne.

Będzie się działo!
Jeszcze raz!
Od nowa.
Czytaj więcej »