Pierwsze wrażenie

22:59

Z powodu wrodzonego lenistwa (samej nie chce mi się organizować) i nieustającej ciekawości świata, jeśli tylko jestem za granicą i mogę skorzystać z takiej opcji, zapisuję się na wycieczki krajoznawcze oferowane turystom. Mam wtedy gwarancję, że zobaczę rzeczy najważniejsze, trafię we właściwe miejsce o właściwej porze i jeszcze ktoś lepiej zorientowany powie mi, co oglądam. To niby drobiazg, ale dość istotny. W dodatku, kiedy tylko wejdę do autokaru, mam wolne. Nie szukam drogi, parkingu,  nie ustawiam gps-a i nie szukam okularów. I to jest właśnie ten luksus, który kupuję za kilka euro. Stosuję w tym przypadku  zasadę moich rozrzutnych przodków – poszła krowa, niech idzie i cielę. Jedyne, co mnie na tych wyjazdach męczy, to pielgrzymka od hotelu do hotelu, żeby pozbierać turystów. No ale mówi się trudno i jedziemy dalej.  I oto teraz dochodzę do sedna.
Tym razem mieszkamy w hotelu, który jest na końcu wszystkiego, więc od nas zaczyna się zbiórka. Punktualnie stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu. Z naszego hotelu w wycieczce uczestniczyły cztery osoby mniej więcej w moim wieku. To ważne – bo kwestia wieku jest w tym przypadku według mnie kluczowa. Elegancki bus czekał w umówionym miejscu. Kierowca – zabójczo przystojny młody Grek, kiedy tylko zobaczył, że się zbliżamy, wysiadł z auta, stanął przy drzwiach, by z uśmiechem nas przywitać (kalimera! dżendobry) i sprawdzić, czy mamy bilety. Był bardzo grzeczny i próbował odczytać nasze polskie nazwiska. Kiedy usłyszałam grecką wersję mojego, stanowczo za długiego, co brzmiało jakoś tak: trzekan???? – (tam gdzie znaki zapytania były błyski gałek ocznych!) wyręczyłam go poprawnym odczytaniem i zastałam natychmiast obdarowana kolejnym pięknym uśmiechem oraz stwierdzeniem: nice to meet you. W dodatku powiedział to tonem, jakby to była prawda. Odpowiedziałam mu, że mnie również i było to najprawdziwsze, bo poznać miłego człowieka to prezent od losu. W zgodzie i świeżo zadzierzgniętej sympatii ruszyliśmy do kolejnych hoteli. 

Po dziesięciu minutach byliśmy w następnym. Tu zabieraliśmy parę młodych ludzi w wieku naszego kierowcy. Oboje mieli może po dwadzieścia lat. Formalności załatwili przed drzwiami, a do busa weszli jakby tam zupełnie nikogo nie było nie było. Ani dzień dobry, ani ….nic.  Na twarzy mars, jakby szli na wojnę. No właśnie. Pomyślałam sobie, że to jakieś ćwoki niewychowane i tyle.
Pojechaliśmy dalej. Tam czekały cztery osoby. Znowu bardzo młodzi ludzie. I tutaj historia się powtórzyła. Weszli bez żadnej formy powitania z posępnymi minami. Widać nasza obecność nie była dość sympatyczna. Nie wyglądali na pogubioną ludzką nędzę dotkniętą brakami w wychowaniu. Wprost przeciwnie. Dobrze ubrani, zadbani, pewni siebie. W ostatnim hotelu wsiadało kolejne sześć osób. Cztery młode dziewczyny weszły do samochodu bez słowa.
Pierwsze „dzień dobry” usłyszałam od pary w naszym wieku (różnica wieku ok. trzydzieści lat), wsiadającej jako ostatni z grupy  i zaraz potem od naszej pilotki, która wsiadała na samym końcu. Przez całą wycieczkę znakomita pilotka opowiadała wiele o Grekach, podkreślając ich radość życia i otwartość na innych ludzi. Młody kierowca był uśmiechnięty przez cały dzień, mimo, że ciężko pracował. Próbował ze mną rozmawiać w trzech językach i zawsze kończyło się to pocieszną sytuacją. Ja mówiłam po grecku, on po polsku – ratowaliśmy się angielskim, co w moim wydaniu było raczej rozpaczliwą próbą sprostania wyzwaniu. Bo oto człowiek grzeczny i życzliwy, więc należy się wysilić, by mu przekazać dobre myśli. Rozstaliśmy się wieczorem w dużej sympatii życząc sobie nawzajem szczęścia.
„Wielka grecka wycieczka” stała się źródłem refleksji o Polakach.
Od powrotu do hotelu przyglądam się rodakom. Przyjechali nowi, więc mam pole obserwacji. Wszystkie nacje świata pozdrawiają się w hotelu. W różnych językach. Uśmiechają się do innych. Nie robią tego tylko spotykani przez mnie… Polacy i Rosjanie. Im młodsi, tym trudniej przychodzi „dzień dobry”. Mam taką teorię, że pokolenie młodych Polaków  ma jakiś problem z nawiązywaniem kontaktów. Nawet, kiedy siedzą koło kogoś cały dzień na plaży, gdzie stoi dziewięć parasoli i wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, to następnego dnia nie rozpoznają człowieka.
W pokoju obok naszego także mieszkali Polacy. Przywitaliśmy się ze sobą przy pierwszym kontakcie na balkonie. Zwyczajne „dzień dobry” rozpoczęło cały szereg miłych rozmów i wzajemnych uprzejmości. BYŁO MIŁO, co na wakacjach jest istotne. Państwo (w moim wieku) polecieli do kraju, a na ich miejsce przyjechali inni – bardzo młodzi. Na uprzejme dzień dobry, zobaczyłam najpierw zdziwioną minę, a chwilę potem usłyszałam gulgot w gardle na kształt tego pozdrowienia. A potem był odwrót z balkonu, jakby kontakt z drugim człowiekiem groził śmiercią lub kalectwem.
Jakieś takie upośledzone, czy co? Ci nowi, na zabiedzonych intelektualnie i społecznie też nie wyglądają.
Jak mogliśmy do tego dopuścić? Kiedyś pęknę ze złości i wiem z jakiego powodu, Obiecywałam sobie, że nie będę na blogu puszczać dydaktycznych smrodków i bardzo się staram, by tak nie było. Naprawdę - bardzo.
Ale się zebrało.
Z Grecji chciałabym zabrać uśmiech wszystkich napotkanych ludzi i przekonanie, że „nice to meet you”.

Czytaj więcej »

Greckie schody

12:35


W Grecji to ja kocham wszystko. I w dodatku całkiem niespodziewanie znalazłam się w wieku, w którym zdecydowanie powinnam już w niej zamieszkać. Co więcej – myślę, że nawet mogłabym tutaj zarobkować wypowiadając mądre myśli na temat życia, jak prawdziwa grecka filozofka. Raz dziennie jedną, bo ja bym miała cenne mądre myśli, a jak coś jest w nadmiarze, to nikt tego nie uszanuje.
Uwielbiam tutejszy klimat, przepadam za ich kuchnią, zachwycają mnie krajobrazy, a wszyscy Grecy, których w życiu  spotkałam, byli sympatyczni. Zakładam oczywiście, że spotkałam niewielu i w dodatku nie miałam okazji, by z nimi porozmawiać, bo w jednym jesteśmy do siebie bardzo podobni – nie łączy nas język angielski, ani żaden inny. Mimo wszystko w wielkiej sympatii dla Greków i Grecji nic mi nie przeszkadza i tak będzie po kres moich dni. Howk!

Kolejna wizyta w tym kraju utwierdza mnie w przekonaniu. Tym razem odwiedzam Chalkidiki, które zachwyca samą nazwą. Jest w tym słowie jakaś pociągająca egzotyka i brzmi kompletnie nieeuropejsko. A to w gruncie rzeczy tak niedaleko. Pilot naszego samolotu ( jakiś pirat powietrzny!) zakomunikował pasażerom w Poznaniu, że w Salonikach będziemy za dwie godziny. Czyli pół godziny wcześniej, niż zapowiadali w rozpisce. Nie ma innego wytłumaczenia, tylko takie, że leciał na skróty. Jak powiedział, tak zrobił. Mało wiem o lataniu i niech tak zostanie, bo ja jeszcze chciałabym wrócić. Po co się denerwować?
Chalkidiki to rejon z piękną przyrodą i malowniczymi krajobrazami. Mieszkamy właściwie w lesie, w otoczeniu pięknych malowniczych  wzgórz. Hotel  prowadzi grecka rodzina i naprawdę widać, że znają się na tej robocie. Jest już po sezonie, więc wokół cisza i spokój. Pięknie. Nic, tylko filozofować!
Nasz hotel położony jest nad samym morzem. Widzimy je z okien balkonu i zdaje się być na wyciągnięcie ręki, ale żeby się dostać na hotelową plażę musimy pokonać sporą wysokość nadbrzeżnej skarpy. Czytałam o tym w opisie hotelu, ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że różnica poziomów do pokonania może być taka wielka. Nie policzyłam jeszcze tych schodów. Na razie nie mogę wyjść z podziwu dla myśli technicznej zastosowanej przez właścicieli hotelu, by umożliwić gościom plażowanie w pobliżu.
Ścieżkę na plażę z pewnością budowali konstruktorzy z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Zastosowali model ze Szpiglasowej Przełęczy. Jest stromo, wąsko i bolą kolana przy schodzeniu. 
Natomiast ostatni fragment jest żywcem przeniesiony ze Slowenskego Raju – bo to prawie drabina. Za pierwszym razem schodziłam tyłem i myślałam o tych, którzy mają lęk przestrzeni.
Oni musieliby zostać na podeście i zażywać tylko kąpieli słonecznych. Tą piękną drogą pokonuje się sporą wysokość i nie ma innej możliwości, by
Właściciele hotelu dbają o swoich gości. Każdy, kto chce skorzystać z leżaka, musi pobrać kluczyk od leżaka w recepcji. Leżaki są bezpłatne, ale nieoddany kluczyk kosztuje 15 euro. Zupełnie nie rozumiałam, o co chodzi z tym kluczykiem, bo jak jeżdżę po świecie podobnego rozwiązania nie widziałam nigdzie. Zrozumiałam, jak zeszłam. Plaża jest maleńka na dziewięć parasoli. W dodatku morze podmywa leżaki i mogłoby je zabrać. Trzeba je jakoś umocować. A nikomu się z góry nie chce schodzić, by pilnować majątku. Rozwiązanie z kluczykiem bardzo przemyślane. Pozwala sterować ruchem i zapewnia, że leżaki  nie odpłyną.

Tym którzy narzekają na schody na plażę, należy pokazać sąsiednie zejście. To jest dopiero majstersztyk budowlany. 
Pierwszy raz w życiu oglądam betonową drabinę. To coś obok schodów, to chyba korytarz do spuszczania łodzi. Nie wiem tylko jak wchodzi się z plaży na schody, bo tu chyba czegoś brakuje. Na oko dwóch metrów czegoś.
Naprawdę,  ludzie mają fantazję.
Ale morze czyściuteńkie i lazurowe. I nareszcie jestem w miejscu, w którym nie mam wyrzutów sumienia, że na plaży leżę bezczynnie. Ja na tym leżaku regeneruję się przed ogromnym wysiłkiem – czyli drogą powrotną.
No i czy to nie jest mądrze pomyślane?





Czytaj więcej »

Mózgi dwa

02:17
 

W sieci całej nie znajdę zdjęcia , które lepiej oddawałoby obecny stan mojego ducha i ciała. Napadło na mnie wszystko, co tylko mogło i chwyciło. Jak chwyciło, to trzymało. A ja biedna, jak ta pani na zdjęciu, ze wszystkich sił staram się podołać. Z natężenia i wysiłku zabrakło sił na pisanie. A i tematy byłyby dość oklepane – służba zdrowia i niezbyt fajne perspektywy. Generalnie – KICHA!
To po co o tym jeszcze pisać, skoro trzeba przeżyć?
W tej trudnej życiowej sytuacji, nucąc pod nosem refren z piosenki Krystyny Jandy „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie” postanowiłam się nie dać oraz dać radę. Mam więc kolejne obowiązki i nowe biurko z komputerem oraz perspektywę ciężkiej pracy po kres swoich dni.  Nie ma litości! Żadna emerytura, żadne tam odpoczywanie i rozwojowe mrzonki o talentach, niezrealizowanych marzeniach, porzuconych pasjach. Trudno! Tak wyszło.

Tymczasem jako nieuchronny znak końca lata bociany odleciały, szpaki się namawiają, dzieci poszły do szkoły, a na Facebooku pojawiły się wpisy sfrustrowanych rodziców po zderzeniu z systemem edukacji. Mam wrażenie, że zadowolona jest tylko Pani Minister właściwa dla spraw edukacji. Nie ukrywam, że czekam, kiedy  minie ona i jej stan zadowolenia. Na szczęście ja już nie muszę przeżywać rozterek polskich nauczycieli – uciekać z oświaty, czy karmić się nadzieją, że będzie lepiej, ani dylematów polskich rodziców – zabierać dzieciaka do edukacji domowej, czy jakoś to wytrzymać. Mogę się tylko przyglądać z boku i zastanawiać, ile jeszcze można naknocić i napsuć ludziom krwi oraz czy komuś rozumu nie odebrało, w zamian za prawo do kształtowania umysłów i postaw milionów młodych ludzi w naszym kraju?
Z tego i wielu innych wielu powodów zaczęłam się interesować kondycją psychiczną Polaków. Przez mój stosik książek do przeczytania przewinęła się pozycja „Twój drugi mózg” Emerana Mayera. Kupiłam ją zachęcona słowami „Jelita swoimi zdolnościami przyćmiewają wszystkie inne narządy a mogą nawet rywalizować z mózgiem. Są wyposażone we własny układ nerwowy, tzw. trzewny, który media nazywają często „drugim mózgiem”. Na ten drugi mózg składa się 50-100 milionów komórek nerwowych, czyli tyle ile zawiera rdzeń kręgowy”. Książka bardzo ciekawa, a to co wynika z lektury bardziej pasjonujące niż niejeden kryminał. Przytoczę jeden fragment, który był mi bardzo bliski. Autor w rozdziale o roli serotoniny opowiada o sprawności komunikacyjnej na osi mózg-jelita odwołując się do swojej przygody w Indiach, gdzie chcąc uczcić swoje małe święto spożył posiłek w restauracji:
„Nazajutrz rano usadowiłem się w autobusie, by odbyć dwudziestoczterogodzinną podróż do Delhi – doba ta po wieki będzie dla mnie przeklęta trawiennie. Próby zapanowania nad tym, co w moim żołądku i jelitach spowodował spożyty posiłek, były podobne do zachęcania atakującej watahy hien, aby zechciały się położyć i dać pogłaskać po brzuszkach. Intensywność tego doświadczenia wyryła się w najgłębszych pokładach mojej pamięci emocjonalnej, uświadamiając mi raz na zawsze, jak wielka potęgą są sensacje jelitowe (i ich wspomnienie)”.
Kto nie ma w swych zasobach takiego wspomnienia, ten jest naprawdę szczęściarzem. Ja posiadam takowe i jak się obczytam w temacie, to oswoję je poprzez upublicznienie w formie literackiej. Niezwykle celne porównanie do watahy hien niestety już zajęte, ale poszukam swojego.

Teraz jednak zamierzam wykorzystać mój drugi mózg, by ogarnąć istniejące problemy. W tym celu oddalę się na Chalkidiki, gdzie stopniowo zbadam wpływ diety śródziemnomorskiej na oba mózgi i poszukam rozwiązań wszystkiego, co mnie w życiu napadło.  

Tylko nie mówcie mi, że znowu wyjeżdżam.
Czytaj więcej »

Z miłości do wolności

05:51

Niewątpliwie zostałam wczoraj gwiazdą swojego profilu na Facebooku. A wszystko w wyniku umieszczenia zdjęcia własnej osoby w stroju wystylizowanym na czasy sprzed stu lat. Za wszystkie polubienia bardzo dziękuję, jeszcze bardziej za sympatyczne komentarze. Wierne czytelniczki mojego bloga i profilu dopytywały o szczegóły tego wydarzenia, więc dzisiaj o tym , co działo się wczoraj –18.08 2018 w Poznaniu – czyli refleksje zakulisowe.
Postanowiłam, że wezmę udział w kręceniu scen zbiorowych do filmu „Siłaczki” z dwóch powodów. Po pierwsze z wdzięczności i szacunku dla poznańskich sufrażystek. Nie byłabym tym kim jestem, gdyby nie ich determinacja.
Po drugie z miłości do wolności i roweru.
Organizatorzy rozsyłając zaproszenie, prosili, by która dziewczyna/pani może, przyjechała swoim rowerem. To przesądziło i zmotywowało mnie do zerwania się wczesnym rankiem w sobotę. Kiedy jechałam przez uśpione jeszcze miasto, to uświadomiłam  sobie, że tylko podstarzałe feministki i najgorsze zakapiory, zmęczone nocną balangą, są gotowe o tej porze dnia i tygodnia do aktywności. Choć właściwie aktywność  wszystkich mijanych panów z podbitymi oczami, ziejących na kilometr strawionym alkoholem, ograniczała się do picia piwa. Dawno nie widziałam tylu umęczonych facetów, co w tej drodze o poranku przez centrum mojego miasta. Ostatni siedział przed Teatrem Polskim i wyglądał tak okropnie, jak kwintesencja wszystkich poprzednich, mijanych po drodze.
Tymczasem w Teatrze Polskim było już pełno kobiet i gwarno jak w ulu. Każdy, kto ma trochę wyobraźni, może sobie uzmysłowić, że przebranie około stu kobiet w ciągu godziny w stroje z epoki łatwe nie jest. Kiedy weszłam do Malarni część osób było już kompletnie ubranych, część była w procesie poszukiwania czegoś, co pasowałoby do rozmiaru i stanowiło jakąś całość z resztą już pozyskanych elementów garderoby. Właścicielkom długich włosów zaplatano warkocze, formowano fryzury sprzed stu lat. Te z krótkimi włosami miały jeszcze dodatkowe  wyzwanie w postaci znalezienia nakrycia głowy.

Dziewczyna odpowiedzialna za stroje, jednocześnie mocując się  z haftkami przy sukience innej statystki, rzuciła na mnie okiem i bez żadnych ceregieli powiedziała wskazując brodą w kierunku wieszaka – „Tamta żółta spódnica. A góra to już nie wiem. Może niech Pani spróbuje to”. Drugie machnięcie brodą wskazało jedwabną białą kupkę leżącą na krześle. Ręce zapinały haftki.  Przebrałam się błyskawicznie i nagle, gdy poczułam ciężar długiej spódnicy uświadomiłam sobie, że przecież ja za chwilę w tym stroju mam jechać rowerem. Trzeba włożyć długą do ziemi spódnicę, by dotarło z całą siłą, o ile jest nam dzisiaj łatwiej w portkach lub krótkich sukienkach. Biała jedwabna bluzka z długimi rękawami, obficie ozdobiona falbanami  na biuście, to także spore utrudnienie, o czym miałam się przekonać  za chwilę. Jedwabiem pięknie zahacza się o wszystko, co tylko jest. Z dzwonkiem roweru na początek. Za to wielokrotnie. Specjalistka od stroju upięła, gdzie trzeba, obciągnęła, co należy i po sakramentalnym „może być”, odesłała do sekcji nakryć głowy.
Wzięłam wszystkie, które zostały i wróciłam po pomoc. Ze względu na wielkość głowy, pasował mi jedynie cylinder woźnicy, ale nie wzbudził zachwytu pani kierowniczki. Koniecznie chciała wsadzić mi na głowę uroczy fragment poznańskiej palmiarni, czyli mały kapelusik z ogromnym rondem, ozdobiony milionem kwiatów. Bardzo twarzowy, tyle że nijak nie trzymał się mojej głowy i musiałabym zalotnie trzymać go oburącz, co w trakcie jazdy rowerem mogło być poważnym utrudnieniem. Aż tak dobrze to, ja nie jeżdżę. Stałam bezradna po raz pierwszy żałując decyzji podjętej w ubiegłym stuleciu (O MATKO! – to prawda!), że długie włosy to nie moja bajka. I wtedy Pani obróciła się i zdjęła kapelusz z głowy innej koleżanki, wręczając jej melonik, a mnie kapelusik zdjęty z niej. Ten przynajmniej siedział na mojej czaszce. Odczułam wielką ulgę, bo w tym z ogrodem na głowie nie dałabym rady.
Chwilę potem schodząc ze stopni niechcący nadepnęłam na rąbek spódnicy innej pani. Rozległ się charakterystyczny dźwięk rozdzieranego materiału i oczom stojących ukazał się odsłonięty pośladek i opadająca spódnica. Moje „przepraszam” niewiele zmieniło. Uświadomiłam sobie, że razem ze zmianą mody, utraciłyśmy zdolność sprawnego poruszania się w tych długich dyrdunach, które ze stopni należało zawsze zgrabnie zagarnąć, by nie narazić się na podobne przygody. Moja Babcia tak właśnie wysiadała z tramwaju.
Ubrana wyszłam na plac i stanęłam w grupie pięknie wyglądających dam. Niektóre suknie wzbudziły mój podziw, a kobiety wyglądały zachwycająco.  
A później poproszono wszystkie przebrane panie, by wsiadły na rowery (swoje lub pożyczone do zdjęć) i przejechały spod Teatru Polskiego na Plac Wolności, gdzie czekała na nas ekipa filmowa.
Ludzie przyglądali się nam z ciekawością. Fotografowali. Tramwaj przejeżdżał wolniej niż zwykle. W oknach kamienic stali ludzie i obserwowali nasze wielokrotne przejazdy przez odgrodzony Plac Wolności. To naprawdę musiało pięknie wyglądać. Co chwilę ratowano jakąś spódnice wkręconą w łańcuch. Na szczęście nie było upału.
Wyglądało to tak:

Wracałam do domu z poczuciem, że wzięłam udział w zdarzeniu bardzo pożytecznym i potrzebnym. Ale dopiero śmigając na moim rowerze w drodze powrotnej, odziana w wygodne przewiewne spodnie i lekką koszulkę - atrybuty wyemancypowanych kobiet - doceniłam wywalczone przez sufrażystki prawo do posiadania własnego ciała. Oczywiście oprócz innych praw – wyborczego, prawa do edukacji i rozwoju oraz stanowienia o sobie.

Było świetnie!
 
Czytaj więcej »

Namawiam

05:44
Kraina niezwykłości. Tak nazywają Dolinę Baryczy wszystkie materiały reklamowe, do których dotarłam. Trudno się nie zgodzić. A po powrocie stamtąd trudno zapomnieć. Dlatego dziś namawiam, zachęcam, przekonuję – jedźcie. Zobaczcie na własne oczy.
Po kilkudniowym pobycie wróciłam oczarowana i ciągle nie mogę uwierzyć, że ten cudowny kawałek świata jest tak blisko.
 
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to niezwykłe miejsce zachwyci ludzi wrażliwych na piękno przyrody. Kiedyś wydawało mi się, że wszyscy ludzie milkną, gdy staną oko w oko z pięknym krajobrazem, grą świateł i kolorów, urodą i bliskością braci mniejszych. Dziś wiem, że ta zdolność nie jest dana wszystkim. Namawiam więc, tylko tych, którzy ją mają. Bierzcie dzieci, przyjaciół i pokażcie kawałek prawdziwego świata.  Jest piękny.
Dolina Baryczy to dość rozległy teren i wyjechałam stamtąd z poczuciem niedosytu. Wrócę, by ją porządnie objechać rowerem, posmakować ryb z różnych kuchni, odkryć inne specjały i przede wszystkim na własną rękę dotrzeć do zakątków, w których uroda świata zapiera dech. A takich jest mnóstwo. Główną atrakcją są oczywiście stawy. Kiedy namawiałam znajomych na urlop w tym rejonie, entuzjazmu na twarzy nie było widać. Staw hodowlany kojarzył się wszystkim raczej mało atrakcyjnie. W konkurencji z wakacjami nad morzem lub w górach przegrywa. Ale trzeba jechać do Milicza, by zrozumieć, że milickie stawy hodowlane to fenomem jedyny w Europie i kto nie widział, ten sobie tego nie wyobrazi. Oglądając mapę tego terenu, miałam takie skojarzenie, że to jakby Mazury w pomniejszeniu, ze względu na obfitość zbiorników wodnych. Doskonały teren do wycieczek pieszych, rowerowych, kajakowych.
A od popularnych kierunków wakacyjnych wypraw różni się przede wszystkim jednym – brakiem chmary turystów. W dni powszednie z rzadka widać pojedyncze osoby. W weekendy robi się tłoczniej, ale tylko w restauracjach i na trasach kajakowych na Baryczy, bo krótka i bezpieczna. Poza tym ptaki, woda, lasy i przepiękne łąki. Krajobrazy jak z obrazka.
Z wyprawy przywiozłam niezapomniane przeżycia. Te wiążą się głównie z obserwacją ptaków i ludzi. Ptaki były wszędzie i zawsze. Miałam szczęście zobaczyć zimorodka, który o świcie przefrunął przed moim nosem i zanim zdążyłam się zorientować, co to było, zniknął z pola widzenia. Gdyby nie obecność koleżanki specjalistki, wróciłabym do domu przekonana, że zobaczyłam motyla mutanta, bo to coś co przeleciało było cudownie niebieskie tyle, że większe od naszych motyli. Koleżanka, w chwili przelotu odwrócona w drugą stronę, powiedziała, że skoro niebieski, to na pewno był zimorodek, jej ulubiony ptaszek. Kilka godzin później zobaczyłyśmy parkę zimorodków drugi raz. Bardzo piękne i chyba lepiej ubrane od srok, które zawsze są bardzo eleganckie. Wieczorem na dachu nad naszym tarasem stawał bocian.
I przysłuchiwał się naszym rozmowom przez długi czas. Codziennie słuchaliśmy klekotu bocianów. Już się pakują.
Z obserwacji ludzi na długo zapamiętam minę młodej kobiety, którą nasza bardzo skora do aktywności i zwarta grupa osób w wieku dojrzałym doprowadziła do konfuzji. Otóż pewnego dnia postanowiliśmy wynająć kajaki i spłynąć rzeczką. W drodze do punktu startu Pani zapytała nas o doświadczenia kajakowe. Troje moich przyjaciół przyznało się, że odbędą inicjację, a ja nie mówiłam nic. Kajakiem pływałam w swoim życiu wiele razy i zupełnie nie widziałam zagrożeń w użytkowaniu tego sprzętu. Szczególnie na rzeczce prawie bez nurtu i z bardzo niskim stanem wody, w upalny bezchmurny dzień. Piszę „nie widziałam”, bo to co później udało nam się szczęśliwie przeżyć na wodzie, zmieniło mój punkt widzenia. Otóż – wypożyczanie kajaków to nie jest wcale łatwy chleb.
Najpierw koleżeństwo ubrało się w kapoki. Jedna Pani wbiła się dziecinny, druga ubrała największy z możliwych i zginęła w jego czeluściach, pan założył za mały i skrępował ruchy. Wyglądali, jak na balu przebierańców. W tym stroju mogli robić wszystko, tylko nie wiosłować. Pani kajakowa – młodsza od nas o jakieś czterdzieści lat, minę miała niewyraźną, ale rzeczowo wyjaśniła, że to nie jest rewia mody, tylko trzeba dobrać do wzrostu i tuszy.
Dobrali.
Potem moja serdeczna przyjaciółka, którą poprosiłam, by w trakcie swej kajakowej inicjacji starała się nie zgubić wiosła, dopytywała się uporczywie, gdzie są te uchwyty, w które wkłada się wiosło. Pani kajakowa miała oczy, jak talerze. W końcu wydusiła:
- W żadnym kajaku takich uchwytów nie ma. Wiosłem się wiosłuje. – mówi i patrzy z politowaniem
- Jak to nie ma, jak były? – pyta odziana w kapok zdeterminowana nadzieja polskiego kajakarstwa przed inicjacją
- Gdzie były? – mówi kajakowa z cieniem irytacji w głosie
- W klockach lego. Takie z boku – odpowiedziała przejęta kapokowa miss
Widać było, że kajakowa ma pierwszy raz do czynienia z tym rodzajem niedyspozycji umysłowej, bo nabzdyczyła się jak indor i wysyczała, że na takie pytania odpowiadać nie będzie. Napięcie rosło, ale rozładował je mąż koleżanki, przypominając zebranym, że w klockach lego była łódka, a nie kajak.
A te różnią się wiosłami.
Potem było jeszcze tylko wodowanie i próba wywrócenia kajaka na samym starcie, a także próba obrócenia go tyłem do kierunku spływu i płynięcia tyłem oraz wykonanie obrotu na rzeczce, która miała może 30 cm więcej, niż długość kajaka(licząc szuwary). Słowem początki były trudne.
 
Kajakowa stała, przyglądała się i wyraźnie była zatroskana. W końcu pojechała, a my zostaliśmy sami  z takimi widokami.
 
Innych przygód nie opiszę, bo mnie moje towarzystwo wykluczy ze swego grona (choć w moim opisie nie ma cienia przesady!).
Albo spełni moje życzenie wypisane na tej desce.

 
A obiecaliśmy sobie, że wrócimy.
Czytaj więcej »
#kobietywpowstaniuwielkopolskim

Na uboczu

07:08

Pomysł, by w ramach atrakcji wakacyjnych odwiedzić Szreniawę, pojawił się znienacka. Nie wzbudził mojego zachwytu, bo narzędzia i maszyny rolnicze z ubiegłych wieków są raczej mało atrakcyjne. Rozpoczęłam nawet proces obniżania wartości poznawczych i odwodzenia członków rodziny od tej wycieczki. W tym celu postanowiłam sprawdzić godziny otwarcia i dojazd koleją, z wielką nadzieją, że może nie będą współgrały i się wykręcę. Ale weszłam na stronę Muzeum i przez przypadek zobaczyłam informację o czasowej wystawie „Udział Kobiet w Powstaniu Wielkopolskim 1918/1919”.  O! – pomyślałam sobie. To jednak żyły? Natychmiast wszystko mi pasowało, a odjechane pomysły członków mojej rodziny nagle nabrały na wartości. W ten sposób w lipcu, w środku tygodnia dobrowolnie pojechałam do Szreniawy, by po wielu latach odwiedzić Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu Rolno -Spożywczego.  
A wszystko dlatego, że od kilku miesięcy systematycznie studiuję różne materiały na temat Powstania Wielkopolskiego. Zaczęło się od konkursu literackiego na opowiadanie z Powstaniem w tle. Żeby cokolwiek napisać, musiałam poczytać, poszukać informacji. Już po pierwszych materiałach na temat Powstania miałam wrażenie, że zorganizowali je i wygrali mężczyźni. WYŁĄCZNIE! Potem odbyłam szereg spotkań ze znawcami przedmiotu i wszystkie moje pytania dotyczące roli kobiet w tym zrywie, pozostawały bez odpowiedzi, lub słuchałam o MARGINALNEJ roli. Opatrzone to było zawsze takim charakterystycznym grymasem twarzy rozmówcy lub machnięciem ręką podkreślającym znikome znaczenie kobiet albo… głupotę mojego pytania. Potem słuchałam lub czytałam o tym, gdzieś się ktoś zaczaił, jakiego zbrojnego czynu dokonał, kogo wysadził, kogo wziął w niewolę, jak i gdzie bohatersko zginął. W mniej naukowych opracowaniach o tym kto się z kim pokłócił, kto na kogo obraził i jakie to miało skutki. Oczywiście wszystko dotyczyło mężczyzn. Kobiet na lekarstwo.
Po tych kilkumiesięcznych poszukiwaniach w materiałach i u źródeł trudno oprzeć się przekonaniu, że przekaz o Powstaniu Wielkopolskim jest bardzo mocno zmaskulinizowany. Na użytek interpretacji zwykłego śmiertelnika właściwie należy przyjąć, że kobiety wtedy się zdematerializowały. Usiadły w kątku i cicho czekały przerażone, aż ich mężowie, ojcowie, bracia, kochankowie pójdą i zwyciężą. Bo jak wiadomo zwycięstwo zdobywa się z bronią w ręku. Określenie to zakłada oczywiście męską ręką, broń boże kobiecą dłoń. Gdybym nie znała moich babek, mogłabym przyjąć, że to prawda. Ale znałam.  I dlatego szukam tych kobiecych śladów z początku naszej niepodległości. Tym razem w Szreniawie.

W lipcowe upalne przedpołudnie w muzeum w Szreniawie tłumów nie było. Byliśmy prawie sami, a pilnujący wystaw wyskakiwali z sennych zakamarków, by spojrzeć, kto śmie zakłócać im spokój. Byli zresztą lojalnie uprzedzeni, przez osobę sprzedającą bilety, która każdego wpuszczonego anonsowała wewnętrznym telefonem i komunikatem – Uwaga! Idzie!
Teren Muzeum jest dość rozległy. Zwiedziłam kolejne pawilony i ekspozycje, szukając tej o kobietach. Poznałam historie hodowli zwierząt i roślin, tajniki melioracji, sekrety produkcji żywności. Obejrzałam maszyny rolnicze i zrobiłam sobie kilka zdjęć z różnymi maszynami i jedno z samolotem do oprysków.  W końcu umordowana dotarłam do Stodoły III i znalazłam to, czego szukałam. Jest. Na piętrze w Spichlerzu. Wystawa to kilka dużych zdjęć, kilka informacji, kilka rekwizytów pokazujących  role kobiet,  ich zadania.
Są  zdjęcia opatrzone komentarzem i konkretnymi nazwiskami, na których widać zaangażowane niewiasty, z przekonaniem walczące o słuszną sprawę. Pojawiły się znane mi już nazwiska, znalazłam kilka nowych.

Wystawa jest oczywiście bardzo potrzebna. Nie robi oszałamiającego wrażenia, bo zrealizowano ją nader skromnymi środkami. Ale od momentu przekroczenia progu Muzeum w Szreniawie, z każdym kolejnym zaliczonym pawilonem wracało pytanie: dlaczego wystawę o udziale kobietach w Powstaniu zorganizowano w Szreniawie? Kto będzie miał podobne do naszych, odjechane pomysły, na wypełnienie czasu wolnego i tam pojedzie? Ile osób zwiedzi tę ekspozycję posadowioną między starymi ciągnikami, bryczkami i zwierzyną hodowlaną? Dlaczego akurat ta wystawa nie może istnieć w przestrzeni bardziej dostępnej dla zwyczajnych obywatelek i obywateli?
Że powinna, nie mam wątpliwości.
Prawda o Powstaniu, którego wielkie zwycięstwo  było konsekwencją nie tylko potyczek, ale procesu znacznie dłużej prowadzonego przez wiele kobiet i mężczyzn, to prawda na którą w roku setnej rocznicy wybuchu i odzyskania niepodległości, powinien natrafiać każdy rodowity Wielkopolanin i każdy gość nawiedzający nasz region. A tu cisza wokół, jak makiem zasiał.

Rolę polskich kobiet docenił Kanclerz  Niemiec Otto Von Bismarck mówiąc „Dopóki będzie istnieć polska kobieta, istnieć będzie problem polski”. Sto lat później możemy zobaczyć wystawę czasową poświęconą tym kobietom w Muzeum Narodowym Rolnictwa i Przemysłu Rolno -Spożywczego.  W Stodole III.
Dosłownie i w przenośni – na uboczu!
Czy mnie się wydaje?
Czy coś tutaj nie gra?


Czytaj więcej »

Wpadka

05:18
A właściwie ciąg wpadek. Jedna za drugą. I wszystkie w ciągu kilkunastominutowej rozmowy, po której zostałam z wieloma wątpliwościami i poważnym lękiem o przyszłość.
Wchodzę do gabinetu poważnego biznesmena. Mamy podpisać umowę. Wizyta nie powinna przekroczyć kilkunastu minut, bo wszystko już uzgodnione. Idę na luzie, bo czytać i podpisać się umiem. Pan, z którym jestem umówiona, jest w moim wieku. Po wejściu do gabinetu widzę go siedzącego przy stole, a za służbowym biurkiem, wpatrzony w ekran komputera siedzi chłopiec ok. 10 lat. Pan wstaje, by się przywitać, chłopiec nie reaguje w żaden sposób.

Siadam na wskazanym krześle i jak kompletna kretynka, chcąc nawiązać sympatyczną konwersację wzmacniającą biznesowe więzi, pytam grzecznie, by wypełnić trudną ciszę oczekiwania na kawę i wydruk umowy:
- Wnuka pan wygrał na wakacyjny dyżur?
- To mój syn, nie wnuk! – odpowiada Pan na pewno nie pierwszy raz.
No to mi się udało – myślę sobie. Ale brnę dalej, bo wymazać się już nie da, a mój mózg podsuwa tylko tematy rodzinne. Jakby nie było miasta, pogody motoryzacji i tysiąca innych tematów sto razy bardziej bezpiecznych do rozmowy w takim gronie. Patrzę na ślicznego chłopca, który wcale nie zareagował na moje wejście, jakby go tu nie było. Ale jest. Siedzi nieruchomo wpatrzony w ekran komputera.
- Synku – przywitaj się z panią! słyszę. Teraz już przyglądamy się chłopcu oboje. Chłopiec nie reaguje. Po trzeciej prośbie ojca odwraca głowę w jego kierunku i uśmiecha się ….. do niego. Na mnie nie patrzy. Wydaje taki dźwięk podobny do  „hę”, jakby chciał zapytać „ale o co chodzi”?
Kiedy już oboje wiemy, że chłopiec nie powie żadnego dzień dobry, ani nawet nie kiwnie głową, staramy się pokryć swoje zmieszanie. Ja uprzejmym kiwaniem głową, pan opowieścią, jaki zdolny jest synek.
No więc jest zdolny niesłychanie. Zna kilka języków, jest mistrzem województwa w swojej kategorii wiekowej w szachy, uprawia sporty i w ogóle. Synek siedzi nieruchomo skupiony na tym, co widzi na ekranie, nieobecny duchem. Pan pokazuje zdjęcia chłopca wiszące na ścianach. Tu jest na nartach, tam na basenie. Zawsze w towarzystwie dorosłych – mama, ciocia, tato. Potem krótka opowieść o prywatnej szkole, w której niczego nie uczą i tylko biorą kasę, a na zajęcia dodatkowe trzeba wozić i tak. W międzyczasie poprawiamy błędy w umowie. Wizyta się przedłuża. Chłopiec nie zmienia nawet pozycji.
Z Panem jesteśmy oboje w tym wieku, że bezpieczniejsze od rodzinnych, są na pewno tematy dbałości o kondycję. Więc mówię, patrząc na zdjęcie ojca  z synem na nartach:
- Ale widać, że dzięki takiemu utalentowanemu synowi, Pan także w dobrej kondycji.
- Już nie! Po kontuzji kolana na nartach już nie jeżdżę.
- Upadek? – pytam ze współczuciem wewnętrznie przekonana, że dziś powinnam zagrać  w totka. Co strzał, to trafienie.
- Nie! Gruszki! Synuś chciał gruszki z drzewa z sąsiedniej działki. Więc przelazłem przez płot, nazbierałem, a potem skoczyłem wprost do rowu pod własnym płotem. Dwa lata leczenia, cztery operacje i już po nartach. Teraz tylko go wożę.
Na końcu języka mam pytanie „Po coś baranie tam lazł? Nie prościej, żeby sam zainteresowany pokonał chociaż raz w życiu jakiś płot”.
Ale jestem dobrze wychowana i udało mi się ugryźć w język. Synuś siedzi niewzruszony, Pan ma na twarzy żal nieopisany po utracie wszystkiego fajnego. Czekamy na czwartą poprawkę.
Patrzę, na tę mumię siedząca nieruchomo z ufryzowanym przez stylistę łebkiem, wygolonym tu i ówdzie zgodnie z obowiązującym standardem, odzianą w najbardziej markowe ciuszki i robi mi się żal tego chłopaczka.
I wyłazi ze mnie belfer, bom belfrem podszyta.
-A nie lepiej by było, żeby syn gdzieś pojechał na wakacje, zamiast z Panem tu siedzieć? – myślę najlepiej  na kolonie z chłopakami albo z dziewczynami w swoim wieku.
- No jedziemy. Już niedługo do Afryki polować na słonie. Prawda synku?

Synek nie reaguje.
Za to Pani z sekretariatu przynosi poprawiony wydruk. Podpisuję, dziękuję, wychodzę, życząc udanego urlopu. Pan się żegna, synek gra.
Idę po schodach i myślę, że  należę do pokolenia szczęśliwców. Za nic w świecie nie oddałabym moich wspomnień z wakacyjnych wypraw. Dziesięć lat to najlepszy czas w życiu. Wtedy trzeba przełazić przez płot, ukraść jabłka z sąsiedniej działki, obudzić się w zalanym namiocie i zjeść ziemniaki, które spaliły się w ognisku. Trzeba przeżyć wakacyjne miłości, które miały być do końca życia, a wytrzymały tydzień. Trzeba żyć.
A potem nagle po raz nie wiem który pojawia się myśl, że ten chłopczyk i tysiące jemu podobnych,  będą organizowali świat, w którym ja i moje pokolenie z racji wieku, będziemy potrzebowali pomocy.

Będziemy na nich skazani.
Będą lekarzami, urzędnikami, kierowcami.

Jak my się z nimi dogadamy?
Czytaj więcej »