Spacer

05:27

Kiedy wyjeżdżam za granicę, staram się uważnie przyglądać zwyczajnym ludziom i życiu miejscowości, w których jestem. Nie lubię wielkich hoteli, nie przepadam za blichtrem i ociekającymi przepychem obiektami. To zupełnie nie moje klimaty i choć z luksusem raczej umiem sobie poradzić, to na pewno nie wybieram takich miejsc, jako docelowe i niezbędne, by wypoczynek był udany. Z licznych wyjazdów pamiętam za to chwile, zaskoczenia, spotkania z ludźmi, wrażenia. Reszta się zlewa i gdzieś ginie.
W Turcji jest oczywiście wiele atrakcji, które kuszą na tyle skutecznie, że mogłabym tutaj jeździć co roku. Należą do nich na pewno widoki i jedzenie.
Ale nie będę o nich pisać więcej, bo przecież zdjęć z urlopu nad Morzem Śródziemnym pełno, a bogactwo kuchni śródziemnomorskiej, choć niekwestionowane, nie każdego zachwyci. W każdym razie – ja jestem zakochana i mogłabym tu zostać, po kres swoich dni. Wszystko mi pasuje, a przy stole toczę nieustanne boje z własnym rozumem. No ale jak tu nie spróbować?
Tymczasem czas wypełniamy lekturą i wycieczkami. Namawiam wszystkich do samodzielnych wypadów, środkami komunikacji publicznej (w Turcji bardzo tania i naprawdę sprawna). Kilka dni temu urwałam się na samotny spacer po Bodrum. Nikogo nie musiałam pilnować, nikogo nie musiałam przekonywać, nie musiałam przejmować się, że za gorąco, za duszno i po co myśmy tu przyjechali. Każda nieformalna kierowniczka lub urodzony kierownik grupy, wie o czym mówię. Mogłam w spokoju pochodzić, podpatrzeć i nacieszyć oko oraz inne zmysły. W spokoju! To jest luksus, który cenię najbardziej.
Zaczęłam od bazaru.
Uwielbiam, choć ten w Bodrum jest bardzo męczący, bo wszystko odbywa się pod blaszanym dachem i na stosunkowo małej przestrzeni. Ale gwar, ruch, nawoływania, tłum ludzi różnych ras, kolory. Chodziłam i przyglądałam się sprzedawcom i kupującym, wśród których pełno Rosjan i Polaków. Mam szczęście, bo nikt mnie nie zaczepia „hej kolega”, nie wciska towaru. Umiem się obronić przed nachalnością i mogę sama oglądać. Mam wtedy siły, by znaleźć obrazki, które mnie zachwycają, jak ten:
Jak widać obsługa na bazarze jest kompleksowa.
Po wizycie na bazarze człowiek jest po prostu wykończony i musi się zregenerować. Trzeba usiąść i coś zjeść. Najlepiej tam, gdzie jest dużo miejscowych, bo wtedy wiadomo, że jest dobrze i tanio. Taki właśnie bar znalazłam. Zanim pomyślałam, co bym chciała, już byłam obsłużona i mogłam w spokoju, przy wentylatorze jeść i patrzeć, jak kilkanaście osób zwija się, by obsłużyć tłum gości. Posiłki przygotowywał młody Turek, który wykonując ciężką pracę w trudnych warunkach (upał i żar z pieców i rusztów) uśmiechał się, rozmawiał, śpiewał i zaczepiał ładne dziewczyny. 
Kiedy zauważył, że na niego patrzę, zaczął rozmawiać także ze mną. Produkcja kebabów cały czas szła pełną parą. W pewnym momencie przyszedł starszy pan (ojciec? Szef?) i wtedy mój główny kebabowy odśpiewał tureckie sto lat. Potem wszyscy mężczyźni pracujący w barze składali mu życzenia, obejmowali się i dotykali głowami. Było widać, że lubią się nawzajem i każdy wie, co ma robić. I tylko przy kasie stała kobieta, która pobierała opłaty od armii zgłodniałych.
Najedzona mogłam iść dalej na spacer ulicami Bodrum. Tłum turystów, hałas, upał. Męczące bardzo. Dlatego co pewien czas wchodziłam do sklepów, by w chłodzie klimatyzacji odpocząć. Okazało się, że nie ja jedna wpadłam na ten pomysł.
Ja miałam tylko mniej odwagi. Psy, jak widać, są częścią tego miasta i nikomu nie przeszkadzają. Mnie też nie. Najmilej jest oczywiście w starej części miasta, gdzie zaułki uwiodą każdego swoją urodą, ale wystawy sklepów są także niezwykle kuszące.
Po tych uliczkach mogłabym chodzić codziennie. Nie znudziłoby mi się.
Wróciłam do swojego hotelu bardzo zmęczona i bardzo zadowolona. Bo hotel mamy tez cudny. Niestety nie wróżę mu długiego życia, bo wszystkie, w których byłam poprzednio – kameralne i spokojne, albo zburzono i powstały apartamenty, albo splajtowały i straszą pustką, jak ten w Turgutreis, gdzie kiedyś złamałam sobie nogę.

A tureckie hotele nastawione na masowego odbiorcę z Rosji i Polski, to prawdziwa zgroza.

Czytaj więcej »

Wcale nie śmieszna historia czarnych majtek

01:50


Naprawdę! Bez żadnej ironii, historia bardzo poważna. Otóż znajoma moja, znana z elegancji i umiłowania dobrego stylu oraz, ku swej zgubie, czystości i higieny, postanowiła przeprać bieliznę. Bielizna, jak nazwa wskazuje, miała kolor czarny, gustowne wstawki koronkowe i była z gatunku tych, o których kobieta najpierw marzy, potem ogląda i rozważa, czy jej rozumu nie odjęło, bo cena, gatunek i firma sugerują, że właśnie tak jest, że udar pewnie, bo kto widział takie majtki w tym wieku i inne takie. Więc kobieta najpierw je ogląda i rozważa swoje chęci, a potem z okrzykiem – a co tam , raz się żyje – A CO! - kupuje. Albo namawia swego męża, który w pomroczności jasnej kupuje toto za bajońską sumę w okresie szału świątecznych zakupów.
I wtedy kobieta ma. 
Z mocnym postanowieniem, że teraz już będą razem po grób – znaczy ona i te majtki - (bo cena, bo wiek słuszny, bo czarne). I jeszcze, że te majtki musi cenić, jako dojrzała, bo jak była młoda i pewnie ich atrakcyjność, bardziej budowałaby jej kobiecość, to majty były tylko w MHD i one budowały socjalizm a nie odpowiadały i kształtowały jej potrzeby. Armia kobiet w naszym kraju, wie jakie to były różnice w podaży (o ile była!) i oczekiwaniach społecznych.
Więc teraz, szczęśliwa posiadaczka wyjątkowej bielizny z upodobaniem do czystości, czasem ulega pokusie, by je przeprać i wywiesić. Tak uczyniła. Pech chciał, że zrobiła to w hotelu, w dodatku tureckim. Mało tego, powiesiła w łazience, a następnie oboje z mężem rzucili na majtki mokre ręczniki kąpielowe.
I ZAPOMNIAŁA !
Jak mogła!!!?
Zorientowała się dnia następnego, lub dwa dni później, bo czas w hotelu jakoś się zlewa i człowiek musi głównie odpoczywać, a nie pilnować bielizny. Choćby najpiękniejszej i w dodatku czarnej. Kiedy tylko rozpoznała brak, przybiegła do reszty towarzystwa, by podzielić się swoim smutkiem po stracie. Towarzystwo – dodam bardzo życzliwie usposobione i żądne przeżyć, uruchomiło zwoje i natychmiast poradziło, by właścicielka zagubionych majtek szybko poszła do sprzątaczki, która pewnikiem nawet nie wie, że zwinęła z mokrymi ręcznikami cudzą własność, w dodatku bardzo osobistą. 
No bo przecież różne rzeczy można ludziom zabrać, ale żeby majtki?
Znajoma postanowiła interweniować. 
Nie skorzystała z naszych dobrych rad, by z turecką obsługą hotelu porozumieć się w stylizowanym języku wroga naszego odwiecznego (tu była zespołowo opracowana propozycja niezbędnej frazy: byte majne galoten szwarcen). Nie przyjęła również innych szybko opracowanych przez nas wersji komunikowania się w różnych innych językach, a dodam - kreatywność nasza była ogromna. Spojrzała na nas, bardzo przejętych tym zdarzeniem, z góry i z politowaniem. Następnie wyjęła smartfona i w translatorze wpisała (czarne majtki pokój nr 700) i otrzymała natychmiast odpowiedź od bezdusznej maszyny. Poszła dumna ze smartfonem w ręce. Szła z gracją, jak każda elegancka, europejska kobieta, przyciągając zazdrosne spojrzenia bardziej zaniedbanych niewiast, leżących w różnych pozach na leżakach oraz mężczyzn, szukających pięknych kobiet z poważną wadą wzroku, pozwalającą pominąć wylewające się z kąpielówek nadmiary opuszczonych mięśni brzusznych i nawiązać interesującą znajomość.
Szła, jak każda z nas by poszła, by odzyskać istotny dowód przynależności do świata elegancji.

Po krótkiej chwili była z powrotem. Grację ruchów gdzieś po drodze zgubiła, został tylko pośpiech. Przycupnęła lekko przepłoszona na leżaku i opowiedziała o konfrontacji z rzeczywistością. Doszło do niej w przepięknym dużym patio, z którego rozchodzą się dróżki do kilkunastu małych domów, w których są pokoje. Wszystkie balkony wychodzą na ten wewnętrzny ogród. Okazało się, że znajoma pokazała ten napis na smartfonie pierwszej z napotkanych sprzątaczek, czym wzbudziła jej wielką uciechę. Ta odesłała ją do recepcji. Dodać należy, że w tym hotelu każdy mówi w swoim języku i tylko najbardziej znane słowa są wspólne – np. recepsion. Reguły gry obowiązują także w recepcji. No chyba, że jest główny menadżer.  Jednak zazwyczaj stoi tam kilku niezwykle przystojnych młodych ludzi, którzy świetnie mówią po turecku i na widok klienta dziwnie zapadają się w sobie. 

W niczym nam dotychczas to nie przeszkadzało, ale perspektywa rozmowy z nimi na temat zagubionej bielizny była dla mojej znajomej zbyt dużym wyzwaniem. Nawet z translatorem w ręce.
Tymczasem pierwsza sprzątaczka  natychmiast przekazała sprawnie i głośno komunikat innej sprzątaczce, która akurat była na pobliskim balkonie. Ta, rycząc ze śmiechu przechyliła się, by powiedzieć to sprzątaczowi z parteru. Ten gdzieś zadzwonił i coś mówił do mojej znajomej. Głośno, po turecku i bez translatora. I wtedy koleżanka zrobiła w tył zwrot i zwiała. Kiedy dopadła do nas, powiedziała, że do recepcji nie pójdzie, choćby ją kroili i tak naprawdę, to ona już żadnych majtek nie chce, czym z kolei zainteresowali się wszyscy słuchający i mocno zaniepokojony obrotem spraw jej osobisty małżon.
Teraz czekamy na konsekwencje tego zaniedbania i rosnącej popularności. Wszyscy zastanawiamy się na ile można wierzyć elektronicznym tranlatorom. Bo tak naprawdę może jedno słowo ma wiele znaczeń? No i zainteresowani zbiorowo odzyskaniem zagubionej bielizny, pilnujemy miejsca, które rozpoznaliśmy, jako hotelowy punkt odbioru rzeczy znalezionych.

A na koniec oświadczam, że wszystko, co tutaj opisałam, zmyśliłam. Wszelkie podobieństwa do osób i zdarzeń są przypadkowe, a jeśli ktoś myśli, że opisana znajoma kiedyś zgubiła ściereczkę do okularów i przeciągnęła grupę swoich koleżanek kilkanaście kilometrów, by ściereczkę odzyskać - to się myli.
Wyprę się wszystkiego.
To na wypadek, gdyby moja relacja miała zaważyć na miejscu spożywania przez mnie posiłków do końca pobytu. Historia kultury zna przypadki karania twórców, którzy odważyli się opisać rzeczywistość. Kara wykluczenia jest w tym wypadku najbardziej prawdopodobna.
No chyba, że znajdę czarne majtki.

Czytaj więcej »

A jednak

02:03

Kiedy patrzę w prawo, widzę intensywną czerwień pelargonii na tle fuksjowej bugenwilli, a to wszystko w otoczeniu soczystej zieleni, oślepiającej bieli ściany budynku, odbijającej refleksy słonecznych promieni. Do tego błękit nieba. Czerwień i pelargonia ta sama, co w kraju, ale tutaj krzak ma wysokość około półtora metra, a ukwiecenie jest tak obfite, że czerwień zdaje się zalewać świat cały. Rozsypuje się wokół i nie jest już żadną ozdóbką. Jest siłą i pięknem przyrody.
To cała reszta jest dodatkiem.
Dwa tygodnie z takim widokiem za oknem. Dwa tygodnie czasu na to, by z sobą porozmawiać. By w gonitwie codziennego życia poprzestawiać wszystkie sprawy, ustalić ze sobą, co jest urodą, a co dodatkiem, co istotą, a co jedynie ozdóbką. I w czym tkwi siła, a co jest tylko marketingowym zabiegiem lub jego konsekwencją. Jest dobrze.
Przed wyjazdem miałam szczery zamiar całkowicie się wyłączyć. Jednak znalezione znienacka wifi, które – o dziwo! czasem działa – spowodowało, że na FB wrzuciłam kilka zdjęć z hotelu, z wycieczki. Posypały się prośby o nazwę hotelu, miejscowość i pytania o okoliczności. W tej sytuacji moja społeczna natura wzięła górę i postanowiłam się podzielić doświadczeniami, skoro planujecie urlopy i szukacie miejsc sprawdzonych.
Dla takich jak ja, Turcja w okolicach Bodrum, to strzał w samą 10. Z kilku powodów, które od lat niezmiennie dominują przy wyborze wakacji.
Po pierwsze murowana pogoda i jak dotychczas ( który to z rzędu pobyt?) nigdy żadnej wpadki. Cieplutko, ale bez zniewalającego upału, lekki wietrzyk od morza załatwia wszystkie problemy. Zazwyczaj przyjeżdżamy tutaj w czerwcu i wtedy bywa nawet chłodno wieczorami. Ale jestem jedyną osobą, która wkłada długi rękaw,  więc to chyba jednak sprawa osobistego doświadczenia.
Po drugie hotele – małe, z klimatem, tzw. boutiquowe. Nie ma kilkupiętrowych molochów, więc ludzi mało i dzięki temu w naszej wiosce panuje atmosfera nadmorskiej miejscowości, z przewagą morza, plaży i namiastką promenady, przy której stoją maleńkie i w połowie puste hoteliki. Tylko w jednym jest dyskoteka (do 22!), w kilku muzyka na żywo. Wszystko jest  przed sezonem, już w gotowości, ale ciągle przed. Nie ma wrzasku, hałasu. Spokój.
Po trzecie – nie ma moich ulubionych towarzyszy wakacyjnych podróży, czyli Anglików i Rosjan. Nie ma – bo w tej miejscowości zachowały się hotele bez opcji all inclusive. W takim właśnie jesteśmy - czyli nie ma alkoholu przez cały dzień, nie ma baru, którego trzeba pilnować, bo może być wzięty. W dodatku jeść dają tylko dwa razy dziennie, a to niektórym miłośnikom all inclusive kojarzy się ze śmiercią głodową. W Turcji oferta bez all inclusive jest raczej nietypowa i chyba tylko tutaj, w Bodrum, można na nią liczyć. Już wiem, że im skromniejsza oferta, tym lepsze wakacje, choć może obiektów obserwacji znacznie mniej. Ale za to można zajrzeć w siebie.
Po czwarte jedzenie. Turcja to raj dla smakoszy i miłośników zdrowego odżywiania. Kuchnia jest lekka, pełna warzyw i owoców. Byłam tu wiele razy i nigdy się nie zawiodłam. Zawsze było przepysznie. A porównując proporcje cenowe innych ofert z basenu Morza Śródziemnego, tureckie wakacje są dużo tańsze i dużo smaczniejsze, niż na przykład greckie czy hiszpańskie. A ponieważ jest tak pysznie, wybieram zawsze opcje wakacyjne bez pięciu posiłków w cenie, bo jedyna rzecz, której mi tutaj brakuje, to zdrowego rozsądku. Wolę nie ćwiczyć swojej silnej woli, która u mnie, w starciu z obfitym bufetem, słabnie niemiłosiernie.
Właściwe ginie gdzieś w drodze do restauracji, a w środku jestem już całkowicie bezbronna i zdana na łaskę i niełaskę kolorów, smaków i pokus. Gdybym to robiła pięć razy dziennie, poległabym z kretesem.
Po piąte zabytki.  Podobno najwięcej greckich zabytków, jest w Turcji. I kolejki do zwiedzania ździebko mniejsze.
Po szóste – ten raj kosztuje mniej, niż wakacje w Polsce.
Po siódme jedyna możliwość kupienia najtaniej absolutnie wszystkich podróbek światowych marek, o których lokalni , zachwalając swój towar mówią, „oridżinal copy – gud prais, dobra cena”
O tym z jakiego biura tu przyjechaliśmy i w jakim hotelu jesteśmy, chętnie napiszę zainteresowanym na priv. W końcu ciągle jeszcze nikt mi za moją miłość do Turcji nie płaci i to co piszę wynika jedynie z sympatii do ludzi.


Czytaj więcej »

Czas odlotu

04:07

Ogłaszam przerwę wakacyjną od pisania, bycia w sieci, sprawdzania wiadomości i wszelkiej innej aktywności. Będę bez telefonu, sieci i bez zobowiązań, za to w kontakcie ze samą sobą.
Ostatnio o to najtrudniej.

Odezwę się po powrocie.
Czytaj więcej »
#wybory

Taki los

02:51
Od niedzielnego wieczoru godzę się z losem. Mam dużą wprawę w tej materii. Na potwierdzenie tej tezy, mogę przywołać wnioski z porządkowania własnego bloga, którym zajmowałam się w ubiegłym tygodniu. Wydrukowałam wszystkie wpisy i posegregowałam. Zajęło mi to sporo czasu i było źródłem wielu odkryć. Jedno z nich okazuje się wyjątkowo istotne – wpisów po kolejnym rozczarowaniu mam już kilkanaście. A wszystkie związane są z wyborami lub decyzjami wybranego przez naród reprezentanta. Nie ma wpisów z rozczarowań osobistych. Gdyby je dodać, jawiłabym się światu, jako wiecznie niezadowolona i rozczarowana, pozbawiona radości życia, marudna baba. Gdybym sama sobie pozwoliła na luksus  melancholii i upadku ducha pod wpływem narodowych decyzji, żyłoby mi się jeszcze trudniej. Więc nie napiszę nic, co myślę. Przynajmniej na razie. Bogatsza o lekturę własnych zapisów na przestrzeni kilku ostatnich lat, zaczynam jednak poważnie myśleć o tym, jak przygotować się do jesieni.  Optymistką nie jestem, a przeczytane i wysłuchane liczne komentarze upewniają mnie, że są podstawy do obaw, jeśli chodzi o realne szanse na wprowadzenie zmiany. 
A więc: godzę się z losem.
To nic trudnego. Robiłam to nie raz.
Nic tak dobrze nie robi kobiecie na nerwy, jak zakupy. Wiadomo. Sama bym się nie wybrała, ale w charakterze ekspertki doradzającej przyjaciółce w kwestii wyboru sukienki na wielkie przyjęcie – czemu nie? I sytuacja, i miejsca do których miałyśmy się udać, nęciły atrakcyjnością. Dawno nikt mnie nie prosił o krytyczne doradztwo w kwestiach odzieżowych. W dodatku nigdy nie byłam jeszcze w sklepach, w których sprzedaje się suknie na bale, wesela i temu podobne ekstrema towarzyskie.
Doświadczenie było interesujące, ale niestety musiałam przyznać się przed samą sobą, że ja znowu do czegoś nie pasuję. Co więcej - odczułam głęboką wdzięczność do Małżona, że ja już nie muszę wychodzić za mąż. To znaczy nie tyle samo wyjście mnie zniechęca, ile konieczność wyjścia za mąż w białej sukni. W ogóle w sukni! Obejrzałam ich wczoraj kilkadziesiąt. Koleżanka mierzyła stosowne do swojej roli, czyli nie białe. Ale asortyment białych był znacznie większy, więc kroje i fasony studiowałam zapamiętale przymierzając się w myślach do niektórych modeli. Przy okazji w salonach z ekskluzywnymi sukniami znalazłam swoje docelowe miejsce ewentualnej pracy. Tam jest cisza i można czytać książki w spokoju. Pojedyncze przypadki klientek, zdeterminowanych by nabyć suknie marzeń, przelatywały przez salony jak komety. Wpadały nawet nie na długość zdania. We wszystkich sklepach ( a zwiedziłyśmy kilka) byłyśmy same. Tylko w jednym sklepie był tłok jak diabli, bo były trzy sprzedające i dwie zainteresowane. No i ja!
Kilkadziesiąt minut spędziłyśmy w salonie podobno znanej polskiej projektantki. Piszę podobno, bo ja jej nie znam. Ale ja odkrywam dopiero ten obszar aktywności artystycznej i gospodarczej, więc mogę nie wiedzieć. Podobno suknie tej projektantki noszą nasze największe gwiazdy. Znowu nie wiem, bo nie oglądam. W tym salonie moja przyjaciółka mierzyła ze trzydzieści modeli, dzielnie wspierana przez obsługującą. Ekspedientka co chwilę donosiła kolejny fason, rzadko w odpowiednim rozmiarze, dobranym kolorze więc wszystkie próby były tylko ćwiczeniem wyobraźni. Czyli „jak tu się zbierze, tu wypuści, dorobi plecy i zmniejszy dekolt oraz weźmie tamten kolor, to będzie super” – mówiła wprawiona w sprzedaży pani.

I moja elegancka, z figurą modelki koleżanka, stała w tej zapowiedzi czegoś wyjątkowego, jak każda z ofiar artysty z wyobraźnią. Nie wiadomo kiedy i jak dorobiła się wałków z przodu i z tyłu, byczego karku a na twarzy miały wypisane niewyobrażalne zmęczenie. Ale to jest zawodniczka z żelaznym charakterem, więc pani donosiła, upinała i zapewniała, koleżanka cierpliwie mierzyła, a ja – z niezwykłym zainteresowaniem przyglądałam się modelom poupinanym na manekinach. I myślałam sobie o tym, co mi w życiu uciekło, bo dawno temu kieckę ślubną pożyczyłam od koleżanki i też dało radę. Była jedna szybka wizyta u krawcowej. Poczucia krzywdy z tego powodu nie mam i właściwie jestem wdzięczna losowi, że mi tego oszczędził.
O tej wdzięczności pomyślałam najmocniej, kiedy stanęłam przed modelem ślubnej sukienki wykonanej chyba z jakiegoś usztywnianego materiału. W każdym  razie sztywnością przypominał papier brystol. Sukienka miała krótki przód i długi tren z tylu. Tyle, że krótkość z przodu nie dawała szansy, by zakryć cokolwiek. Od pasa była stercząca falbana i majtki byłyby z pewnością na wierzchu. Za to długość i sztywność  trenu musiała ustabilizować każdą złapaną na ten model. Taka zbroja dla niesfornej panny młodej. Stałam długo przed tą suknią i myślałam sobie o praktycznym użyciu tego cudu. I o swoim szczęściu, że nawet mierzyć tego nie muszę. I jeszcze o odwadze projektantki.

Brystol wykończył mnie na tyle, że kiedy pani, zaprezentowawszy wszystkie modele, miała krótką chwilę na oddech, wbiłam się niecierpliwie ze swoim zdrowym rozsądkiem i zapytałam koleżanki, czy naprawdę musimy ćwiczyć wspólnie wyobraźnię, zamiast po prostu iść i kupić sukienkę, w której już teraz, bez żadnych przeróbek,  wygląda przepięknie, sukienka jest jedna jedyna i robi ogromne wrażenie. W dodatku kosztuje o połowę taniej i przyjechała prosto z Mediolanu. Jedyny mankament jest taki, że może w niej wyglądać lepiej niż panna młoda.  Obie wiedziałyśmy, że takowa wisi w pierwszym z kilkunastu salonów, do których weszłyśmy. Przyjaciółka moja, mimo zmęczenia, zachowała poziom umysłowej dyspozycji, wyplątała się z halek, szpilek i upięć i pognałyśmy po upatrzoną kieckę. Była. Ubrana, leżała jak ulał.  
Przyjaciółka odzyskała figurę modelki, zgubiła wałki i byczy kark, a ja odzyskałam spokój, że spełniłam kobiecy obowiązek.
Temat kiecki właściwie mogłyśmy załatwić od ręki. Ale trzeba było tej całej mitręgi, by wrócić do punktu wyjścia i uzyskać pożądany efekt. A po tym zdarzeniu myślę sobie, że w wyborach dokonywanych przez każdego z nas, musi być ten żmudny etap przymiarki, mierzenia się z rzeczywistością i wiary, że inni wiedzą lepiej, w czym my będziemy się czuli dobrze. I czasem jest tak, że w tym mierzeniu zatracimy się kompletnie.

Pielęgnuję zatem zdrowy rozsądek. I cierpliwość.
Droga przed nami jasna i prosta. Nie wina drogi, że idziemy rowem.
Czytaj więcej »
#kontaktzprzyroda

Ekscytujący wieczór

04:41

Z cyklu przygody starszej pani.
Życie mam pełne zdarzeń i naprawdę nie szukam przygód. Same przychodzą. Zazwyczaj niespodzianie i tam, gdzie człowiek się ich nie spodziewa. No bo jaką przygodę można mieć, jak się jedzie na basen? Od lat na ten sam. Tą samą drogą i tym samym rowerem? W dogodnej porze i w dodatku na rowerze, który troskliwy mąż wyposażył w lampkę, co bym po zmroku (gdyby taki znienacka zapadł, bo ja w ciemnicy nie jeżdżę),  miała większy komfort jazdy. Dodam, że na basen z domu jadę około kwadransa, więc nawet nie myślę, że w tak krótkim czasie przygoda może człowieka dogonić. A jednak.
Na basen pojechałam jak zwykle. Szybko i na ostatnią chwilę. Na tyle ostatnią, że nie zdążyłam sprawdzić, czy obietnice obfitych opadów obejmują także Poznań, a konkretnie Antoninek i Maltę. Poleciałam ufna, że z cukru nie jestem, a w moich rowerowych sakwach mam żelazne wyposażenie rozsądnej użytkowniczki roweru, czyli pelerynę okrywająca wszystko i ścierkę do wytarcia siodełka. Na wszelki wypadek.
Zajęcia w wodzie prowadziła instruktorka, którą podejrzewam, że brała udział w jakimś specjalnym instruktażu  pod tytułem „Jak wykończyć w ciągu 45 minut całą grupę i nie mieć  z tego w tytułu wyrzutów sumienia”. Za każdym razem wita nas z uśmiechem, jakby to nie ona doprowadzała nas w czasie cotygodniowych ćwiczeń na krawędź życia. Mniej więcej w dwudziestej minucie wiem, że koniec jest blisko. Mój. Nie zajęć. Mimo wszystko idę. Wczoraj w drugiej połowie, na wpółżywe koleżanki tej basenowej mordęgi, z życzliwością wielką zauważyły, że leje i że ja rowerem. Ja już żadnych bodźców nie przyjmowałam, bo krawędź była blisko, więc skupiałam się tylko na tym, by przeżyć. Bodźce zewnętrzne w tym stanie nie docierają, więc usłużne koleżanki powtórzyły dwa razy. Jedna nawet obiecała, że jak odkręcę koło z przodu, to mnie podrzuci swoim autem.

- Dam radę! Z cukru nie jestem – odparłam hardo, bo hardość zastąpiła mi rozum.
A po skończonych zajęciach, umordowana nieludzko,  nie słuchając dobrych rad moich przyjaciółek, bym nie rozbierała się z kostiumu, tylko leciała prosto z wody, to przynajmniej ciuchów nie zmoczę, szybko się przebrałam i dawaj na rower. Zanim zrobi się tak ciemno, że już nic nie będzie widać. Lamka rowerowa co prawda jest, ale nie mam pewności czyj komfort ona zabezpiecza. Chyba tylko producenta. W strugach deszczu dopadłam do mojego roweru. Zanim wyjęłam pelerynę, byłam już cała mokra. Zapakowałam manatki, wytarłam siodełko, włączyłam lampkę na tryb migający i ruszyłam w drogę powrotną. Najkrótszą drogą, czyli ścieżką na skraju lasu.

Peleryna powiewała  w trakcie jazdy, a strugi deszczu wlewały mi się różnym miejscami w zależności od ułożenia peleryny. Dojechałam do lasu, czyli ścieżki, którą godzinę wcześniej jechałam bez żadnych kłopotów. Teraz wszystkie drzewa i krzewy wyszły mi na powitanie. Gałęzie, opuszczone pod ciężarem wody, stanowiły utrudnienie. Wszystkie wchodziły pod spód mojego okrycia i było jak w horrorze – prawie nic nie widziałam, za to czułam nieustannie. Pochyliłam się nad kierownicą, by uniknąć kontaktu z wszechobecną przyrodą. I pedałowałam co sił. Wodę miałam wszędzie. Najwięcej w butach. Lało z góry, z drzew, z kałuż w które wjeżdżałam w impetem, bo nie było innej możliwości. Już po kilkunastu metrach zorientowałam się, jak mało wiem o deszczu w lesie. Dawno nie byliśmy w kontakcie. Bardzo dawno.
Mniej więcej w połowie drogi, z kaptura chlapnęło mi do oczu i tym samym byłam nie tylko kompletnie mokra, pochylona do kierownicy, ale jeszcze przestałam widzieć wyraźnie. I wtedy, jak przez mgłę,  zobaczyłam  coś. Było duże i pochylone stało tyłem. Nerwy mi puściły i zanim pomyślałam, co to stoi takie wypięte na zarośniętej mokrej ścieżce wydałam z siebie dźwięk ŁOJEZU! I wtedy to coś odwróciło się w moim kierunku. Miało jedno oko i długi pysk, oświetlony znienacka moją migająca lampką.
Chrumknęło przerażone i z wyjątkową gracją wyrwało do lasu. A za tym czymś inne mniejsze, które duże wypięte zasłaniało swoim ciałem.

Z wrażenia zapomniałam hamować i jechałam przez te smagające wodą gałęzie i krzewiny, gnana własnym strachem. Bo zdałam sobie sprawę, że ja właściwie kompletnie nic nie wiem o zwyczajach dzików, a zdaje się, że jesteśmy bliskimi sąsiadami. Na wszelki wypadek włączyłam alarm głosowy i do końca drogi wśród lasów, głośnym „uciekajcie z drogi, bo ja jadę”,  informowałam o swoim istnieniu.
Kiedy stanęłam przed furtką, przestało padać.
Z nieba! Ze mnie leciało ciurkiem
Suszę się  nadal.
Czytaj więcej »
#andreabocelliwpoznaniu

Niezwykły wieczór

04:25

Pięknie było! Naprawdę nie wyobrażam sobie, by mogło być piękniej. W brzmieniu głosu Andrea Bocelli zakochałam się tak dawno, że nawet nie liczę lat. Nie ja jedna zresztą, bo to w końcu najbardziej popularny tenor na świecie. Ale wczorajszy wieczór był dla mnie wyjątkowy z wielu powodów. Możliwość wysłuchania koncertu słynnego tenora była najważniejszą, ale nie jedyną radością tego wydarzenia.
Andrea Bocelli śpiewał tak, że ciarki chodziły po plecach. I to wszystko, co napiszę na ten temat, bo odbieram jego sztukę, jako beznadziejnie wykształcona muzycznie, mało wiem o sztuce śpiewu operowego i w związku tym nawet nie uchodzi, by cokolwiek oceniać.  Mnie wbiło w fotel i trzymało dwie godziny a dzisiaj głowę mam pełną dźwięków i szczęścia. Dodam tylko, że widowisko było świetnie przygotowane, a zaproszeni goście znakomici. Wyszłam zachwycona i tak mi zostało.

Bardzo się cieszę, że koncert odbył się z okazji 100-lecia powstania Uniwersytetu Poznańskiego. Organizacja tego wydarzenia wymagała na pewno ogromnego zaangażowania władz czterech uczelni poznańskich, które wywodzą się z założonego 100 lat temu Uniwersytetu oraz władz naszego miasta. Jestem bardzo zbudowana obserwując efekty tej współpracy. Przygotowując obchody stulecia udało się połączyć dostojeństwo i majestat należne takiej rocznicy oraz ludzki wymiar wielkiego święta. Trudna sztuka. A na marginesie dodam, że za najwyższe osiągnięcie uważam wczorajsze wystąpienie rektorów czterech uczelni i Prezydenta Jaśkowiaka. Każdy z panów powiedział dwa, trzy zdania. Wszystkie wypowiedzi składały się na wspólny przekaz, z którego wynikało jasno, że Uniwersytet jest wspólnym dobrem, rocznica powstania to święto mieszkańców całego regionu, a piękna muzyka niech wypowie tę radość, której słowami określić się nie da.  Bo tak świętują Europejczycy w wolnym mieście.
Jako zwolenniczka krótkiej formy byłam zachwycona.
Żadnych popisów, żadnej próby wykorzystania koncertu do autoprezentacji. Brawo!

Wczorajszy wieczór zapamiętam na długo, także z powodu mojej własnej inicjacji stadionowej. Ja nigdy dotąd nawet nie byłam na stadionie, bo to zdecydowanie nie moje klimaty. W Madrycie, kiedy Pan Mąż zdecydował, że chce obejrzeć stadion Realu, przesiedziałam w pobliskiej kawiarni, bo wolałam poczytać, niż zwiedzać trybuny i szatnie. Stadion jak stadion pomyślałam wtedy. I w ten sposób zrezygnowałam z jedynej szansy bytności w obiekcie, który kojarzę jedynie z męskim potem, rykiem kibiców, zadymą i agresją.  Unikam tego jak ognia. Myślałam, że tak mi zostanie do końca życia, a tu proszę! Odkryłam zupełnie inną funkcję stadionu i ta mnie zachwyciła.
Organizatorzy koncertu zachęcali, by przyjść na stadion z wyprzedzeniem. Jak na zdyscyplinowaną poznaniankę przystało byłam ponad godzinę przed rozpoczęciem. I nie byłam pierwsza. Mogłam dzięki temu ze spokojem przyjrzeć się organizacji widowiska dla 25 000 ludzi. To wielkie przedsięwzięcie, a stadion wypełniony po brzegi robił wrażenie. Kiedy tak trwałam w zachwycie dal organizatorów, Mąż mnie poinformował, że stadion w Madrycie jest dwa razy większy od poznańskiego.
- No i co z tego? Ten jest nasz. Na moje potrzeby zupełnie wystarczy. W dodatku jest pięknie wypełniony! – odparłam
Rozpisuję się o tych okolicznościach koncertowych, bo z natury unikam tak wielkich  zgromadzeń, więc doświadczenie wczorajszego wieczoru było dla mnie zupełnie nowe. Logistyczne przygotowanie tego wydarzenia, to także sprawdzian dla służb i mieszkańców. Zachęcano widzów do skorzystania z komunikacji miejskiej. Tramwaje jechały jeden za drugim i dowoziły ludzi na koncert. Porzuciliśmy nasz samochód w centrum miasta i także pojechaliśmy tramwajem. Pierwszy przyjechał naładowany po brzegi, ale już do następnego udało się wejść i dużo sprawniej, niż zakładaliśmy, dotarliśmy do celu. A w tym tramwaju ludzie się do siebie uśmiechali, pomagali przyjezdnym skasować bilety, ustępowali miejsca i … wyrażali radość z tego, że jadą na taki koncert.

Podobnie było po koncercie. Bałam się powrotu, bo kiedy 25 000 ludzi nagle chce wsiąść do tramwaju, to musi zrobić się tłok. Ale było lepiej, niż myślałam. Po drodze na przystanek spotkałam znajomą z innego miasta. Przyglądała się  temu, jak policja kieruje ruchem pieszych, jak reagują ludzie, jak ze spokojem wsiadają do kolejnych nadjeżdżających składów. Wszystko odbywało się sprawnie, bez przepychanek, kulturalnie -  choć w wielkim tłumie. Tak wielkiego jeszcze nie widziałam.
Kiedy się rozstawaliśmy znajoma powiedziała, że poznaniacy to jednak bardzo zdyscyplinowani i kulturalni ludzie.
I było to piękne zakończenie tego niezapomnianego wieczoru.

A tu link do profesjonalnego filmu upamiętniającego to zdarzenie.
https://www.youtube.com/watch?v=nDk_ca2FdeY
Czytaj więcej »