Noworocznie

13:58

Byłeś kiedyś w Lądku? – pytam mojego znajomego przy świątecznym stole.
Nie! Ja jeszcze nie jestem w tym wieku. – odpowiada bez mrugnięcia okiem i kontynuuje rozmowę o niczym, czyli o prezentach, samopoczuciu, przejedzeniu, nowym aucie i sukcesach dzieci.
Patrzę na niego i nie wiem.
Żart taki? Co w tym ma być śmieszne? A może to nie żart, tylko nowe coś? Geografia wiekowa, albo raczej turystyka wiekowa?  Czyli trzeba być w jakimś wieku, by gdzieś być? Jeśli tak, to ile trzeba mieć lat, by być w Lądku. Pierwszy raz byłam tam wiele lat temu i wtedy byłam w wieku tego znajomego, który jeszcze nie jest w tym wieku. Ale to było w innym życiu, w prehistorii lat ’90. Nie rozumiem, o co tu chodzi. I pewnie nikt tego mi nie wytłumaczy. Znajomego nie dopytuję na wszelki wypadek, bo mogłabym się potem nie pozbierać.
Lądka też mi nikt nie wytłumaczy podobnie, jak mojej determinacji w odwiedzaniu  tego miejsca. Jeżdżę tam od kilku lat zawsze po świętach i tam staram się bezboleśnie przeżyć Sylwestra – czyli najtrudniejszy wieczór w roku. Wieczór, kiedy wszyscy muszą obowiązkowo być niezwykle uroczy, atrakcyjni i zabawni, zabawa musi być szampańska (czy ktoś wie, co to znaczy?) lub szalona, muzyka taneczna, jedzenie wyśmienite, fajerwerki oszałamiające i tak dalej, i tak dalej. Od samego pisania można się zmęczyć.
Mnie Sylwestry męczą na samą myśl i to bez względu o którym myślę, czy o tym przeszłym, czy tym przede mną. I może właśnie dlatego tak lubię Lądek, bo stanowi on zasadniczą przeciwwagę dla tych sylwestrowych oczekiwań.
Tam jest cicho i spokojnie. Oczywiście do Sylwestra. Bo wtedy szał strzelania jest ogólnoludzki i nawet w tym umierającym miasteczku grzmi i huczy, psy wpadają w panikę i wszędzie wokół roznosi się smród petard. W tym roku też tak było. Przybyło natomiast zamkniętych sklepów, szyldów na budynkach z napisem „sprzedam”, zabrakło śniegu i ubyło gości.
Rozbawiła mnie bardzo moja znajoma, która nie znając specyfiki tego miejsca, wybrała się ze swoimi przyjaciółmi do Lądka na Sylwestra. Chcieli go spędzić gdzieś w plenerze, ale nie wśród  tłumów. Wydawało się, że Lądek będzie dobrym wyborem, bo będzie wyważony jeśli chodzi o obecność ludzi, tak po środku. Jakież było ich zdziwienie, gdy w wieczór (czyli po 18!) poprzedzający Sylwestra poszli na spacer po mieście i nie spotkali…. nikogo.
Było tak, jakby w tym mieście nikt nie mieszkał! - opowiadała przejęta koleżanka, która po raz pierwszy zderzyła się z lądecką rzeczywistością. W grudniowe wieczory Lądek jest jak scenografia do „Pierwszego dnia wolności” Kruczkowskiego. Ciemno, cicho, głucho a wszechobecne puste oczodoły przedwojennych, pięknych niegdyś, willi, zamkniętych hoteli i pensjonatów wzmacniają przygnębiające wrażenie.
Mimo tego, jeżdżę tam co roku i wypoczywam, jak nigdzie. O co chodzi?
Pewnie jest to ten sam wzmacniający proces, co po spotkaniu z przyjaciółką, która ma gorzej. Nie żeby karmić się jej nieszczęściem, ale żeby zobaczyć siebie z jej perspektywy. Jeśli jej mąż pije, bije, gwałci, zdradza a ona nie ma dokąd od niego uciec, to mój lekko trunkowy, mierny ale wierny staje się królewiczem z bajki, a ja sama szczęściarą. Od razu zaznaczam, że mój ani trunkowy, ani mierny, a o niewierności nic nie wiem. Ale tak na wszelki wypadek piszę, żeby ktoś sobie czegoś nie pomyślał. Chodzi mi tylko o siłę kontaktu z innymi ludźmi i moc wynikającą ze spojrzenia z innej perspektywy. Pod tym względem Lądek stawia na nogi.
Każdy, kto mieszka gdzie indziej, wie, że ma lepiej. Bo jak powiedziała Nałkowska „jest się takim, jak miejsce, w którym się jest” . Już w drodze powrotnej z Lądka do Poznania, przejeżdżając przez Gostyń, czy Kórnik człowiek ma wrażenie, że to metropolie , że wokół tętni życie, że ludzie wylegli na ulice. Oślepiają witryny sklepowe, a ruch na ulicy jest w porównaniu z Lądkiem po prostu ogromny. Różnica jest kolosalna. A co dopiero w takim Poznaniu, Wrocławiu czy innym Krakowie. Toż to prawie niujorek. I chyba właśnie po ten stan tam jeżdżę. I stamtąd od lat wracam przekonana, że jestem we właściwym (pięknym!) miejscu, wśród właściwych (mądrych, aktywnych i interesujących!) ludzi i mogę znacznie więcej, niż w poprzednim roku!

No i tylko tam mogę przyjąć brak internetu, jako dar boży. Tylko tam mam czas, by zachwycić się urodą napotkanego znienacka niezwykłego koguta, ozdabiającego okno niepotrzebnej nikomu w umierającym miasteczku pracowni plastycznej.
Tylko tam mogę popatrzeć na przepiękne drzewo i zauważyć, że prawdziwa uroda świata ukryta jest w rzeczach zwykłych.

Bo ja już jestem w tym wieku, że muszę do Lądka.
A na 2018 rok wszystkim życzę, by każdy trafił do swego miejsca!
Czytaj więcej »

Bez pierniczków

13:17

Pisanie bloga jest bardzo niebezpieczne, bo gołym okiem i publicznie widać zaniedbania. Niby człowiek pisze dla przyjemności, bo mu się słowa same cisną i głowa nie zasypia. A potem nagle z listy postów widać, że może i głowa nie zasypia, ale połączenia z tyłkiem, na którym trzeba usiąść i rączkami, którymi trzeba po klawiaturze poprzebierać, to już od dawna nie było. I tylko sromota jakaś i deprecha nieobecnej blogerki, jakby jej (czyli deprechy) było wokół mało.
Więc dziś tylko dla odprężenia przedświątecznie.

Może zacznę od tego, że najważniejsze polskie święta znalazły się moim zdaniem w najmniej pożądanym okresie roku i coś by tu trzeba zmienić. To taki mój postulat właściwie nie wiem do kogo. Ale pomyślę. Bo ustanowienie świąt na koniec roku (albo końca roku zaraz po świętach!) jest naprawdę nieprzemyślane. Po pierwsze jest koniec roku i wszyscy muszą coś załatwić. WSZYSCY! Nie ma zmiłuj! I do tego czegoś dokładają te obowiązkowe zakupy, prezenty i inne takie. No i robi się zamieszanie nakręcane skutecznie przez wszystkie przedświąteczne reklamy i obietnice, że okazja, że najtaniej, że jak kupisz trzy, to będziesz do przodu, a jak kupisz dziesięć, to jedenasty gratis i pełnia szczęścia. A potem leci muzyczka, co roku ta sama i człowiekowi robią papkę z mózgu. Ckliwą miazgę. Ja mam dużą odporność i nie ulegam, ale żyje mi się trudniej, bo wszyscy wokół latają w amoku, a ja przecież z nimi muszę wszystko załatwić. No i jak tu żyć i załatwiać w takim stanie?
W dodatku na drodze do skuteczności stają przedświąteczne spotkania zwane różnie: śledzikami, opłatkami, wigiliami. W tym tygodniu wycałowałam się z tyloma osobami, że normę przyszłoroczną mam już wykorzystaną. Wczoraj uczestniczyłam w kilku spotkaniach, w tym jednym w bardzo szacownym gronie. Ponieważ była to grupa osób decyzyjnych w naszym mieście, na sali było ciemno od garniturów. Kobiety stanowiły maleńka grupkę – czyli dokładnie tak samo, jak w naszym życiu społecznym. W trakcie składania osobistych życzeń, jeden z panów życzył mi „i żeby było was więcej”! Muszę przyznać, że mnie zaskoczył, bo wyłamał się chłopak z przyjętej konwencji „zdrowia szczęścia i wszelkiego powodzenia”.
Obejrzałam się za siebie nerwowo i pytam „kogo nas?” – bo może ja czegoś nie wiem i nastąpiło cudowne „mnie rozmnożenie”?
Ale pan mnie uspokoił twierdzeniem, że chodzi mu o… kobiety!

Żeby było więcej WAS -  kobiet w polityce! – powiedział chłopina dumny z konceptu i wetknął mi opłatek w dłoń. Zanim zdążyłam pozbierać myśli i podziękować oraz odwdzięczyć się równie zgrabnymi życzeniami, tudzież myślą, że może jednak niekoniecznie tylko więcej, bo więcej jak widać wcale nie znaczy mądrzej i lepiej, to on się oddalił, a ja pozostałam wytrącona z równowagi. Po nim nadciągali następni, więc musiałam zebrać się w sobie, bo stanowiłam mniejszość i większość chciała mnie wyściskać. Udało im się.

Na szczęście mam Facebooka i tam zaglądam przemieszczając się tramwajem między kolejnymi spotkaniami. Na FB znajduję wsparcie głównie w postach innych kobiet, które podobnie jak, ja nie zrobią pierniczków z dziećmi, nie wkleją na FB zdjęć polukrowanych makowców i nie mają ambicji, by ich stół był najpiękniejszy. Uwielbiam te dowody antyświątecznej solidarności.  Jeden z takich postów doprowadził mnie do łez - w tramwaju miejscu publicznym. Napisała go moja sąsiadka, właścicielka pięknego psa o wdzięcznym imieniu Gałgan, który jest suką rasy wodołaz. Sunia jest najbardziej zżartą bestią na świecie i świetnie sobie radzi z ograniczeniami. Jest wielka, czarna jak smoła i działa cichcem. W domu stanęła już choinka, bo jest dwoje maleńkich dzieci, więc wszystko trzeba robić z wyprzedzeniem.
I kiedy znalazłam wpis  „Gałgan pod osłoną nocy zżarł 3 z 5 pierników na choince #czarnamenda” to humor mi wrócił natychmiast.

A potem doczytałam inne wpisy i przy „To i tak lepiej niż nasz Fred, który lata temu był tak uradowany z choinki w domu, że siusiał na nią regularnie” rżałam jak koń.
W tramwaju.  
Dzisiaj podniosła mnie na duchu przyjaciółka z Krakowa, deklarując, że na święta jako zapracowana weganka, ma nieumyte okna, zapas marchewki i psiej karmy.  Nie jestem sama – pomyślałam i zrobiło mi się lżej na duchu, a wpojone przez babki i matki ( w tym teściowe!) przekonania, że święta trzeba zacząć od umycia okien, zarzuciłam postami innych niewyrobionych koleżanek.
No więc w tym duchu kobiecej solidarności, życzę Wszystkim Moim Czytelniczkom, żeby złapały dystans i przed Świętami, a także podczas, zrobiły tylko to, na co naprawdę mają ochotę.
Moim Czytelnikom życzę, żeby sobie z tym jakoś poradzili.

I żeby uśmiech nie schodził z Waszych twarzy.
No i żeby było nas więcej.
Czytaj więcej »

Nadzieja umiera ostatnia.

01:26
Taka sytuacja - biegnę na Forum Rozwoju Miast. Pogoda jak to u nas w grudniu, czyli za karę. Ciemno, zimno i leje. Na szczęście mąż w ludzkim odruchu postanawia połączyć przyjemne z pożytecznym i odwieźć mnie na przystanek, oszczędzając mi spaceru w deszczu, a potem pochodzić z psem po mikroskopijnym lesie. Przyjemne – bo las im się odwdzięcza. Czasem psu, czasem mężowi. Wczoraj znaleźli wyrzucone dokumenty jakiegoś okradzionego biedaka z drugiego końca województwa - dowód, prawo jazdy i zafoliowany obrazek z Matką Boską. Pożytecznym – bo potem Mąż mógł się wykazać obywatelską postawą, ponieważ chciał jak najprędzej powiadomić właściciela, że nie ma wyrabiać nowych. I przekonał się na własnej skórze, jak trudno jest być społecznie użytecznym. Mimo to przed wyjściem zachęca psa słowami „chodź pójdziemy do lasu, może dziś też coś znajdziemy?”.
Rozstajemy się przy przystanku tramwajowym na Pustej, gdzie zazwyczaj wsiadam do mojej ulubionej komunikacji miejskiej. Rzut oka w kierunku Miłostowa. Tramwaj stoi na pętli, mimo to energicznie ruszam do przejścia podziemnego, by dojść do przystanku. Kiedy zbiegam do tunelu, widzę, że przed schodami prowadzącymi w górę, stoi dziecięcy wózek, a obok młoda kobieta mojego wzrostu (czyli drobna niewiasta! a nie żadna Horpyna) wyciąga z wózka dziecko, opiera je sobie na lewym biodrze, torbę zarzuca na plecy, a prawą ręką zaczyna ciągnąć wózek po schodach, by po ich pokonaniu, móc wsiąść do tramwaju.
W tunelu nie ma nikogo więcej. Dobiegam do niej z głośnym „ja Pani pomogę” i chwytam wózek. W ten sposób pokonujemy powoli kilkadziesiąt stopni.
No dobra! Jeszcze uczciwie dodam, że przez całą drogę w górę przeklinam najgorszymi słowy twórców tego rozwiązania technicznego, jakim są przejścia podziemne na Warszawskiej w Poznaniu.
Zaczęłam od słów:
„Szlag by ich trafił, za to co my tutaj mamy! 30 lat temu targałam wózek z moim Jankiem, tak jak pani. Tylko toreb miałam więcej. I zaraz po pierwszym razie takiego targania, pisałam prośbę o remont schodów, dorobienie szyn albo zrobienie czegoś, co pozwoliłoby kobietom normalnie funkcjonować. Bo myślałam, że nikt nie umie pisać i te chłopy decyzyjne nie wiedzą. Pewnie gdzieś jeszcze mam te pisma, w których mi tłumaczyli, że to niemożliwe. No i jak widać mieli rację! Cholera! 30 lat! 4 przejścia podziemne przez Warszawską wielokrotnie remontowane, komunizm obalili, za chwilę wprowadzą go z powrotem, a my jak te wózki targałyśmy, tak targać będziemy.
Do ukichanej śmierci!”
Końcowe „Jezus Maria”! wysyczałam na wydechu, pokonując ostatnie stopnie, ból kręgosłupa i zmęczenie. Chyba wyraz twarzy miałam wskazujący na potężną irytację, bo młoda mama spoglądała na mnie lękliwie. Za to dziecko z zainteresowaniem.
W tramwaju pomyślałam sobie, że to jakaś ironia losu, by w drodze na konferencję „Forum Rozwoju Miast” trafić na taką społeczną potrzebę lekceważoną od kilku dziesięcioleci.  

A na konferencji było, jak to na konferencji. Mądrze i naukowo. W pięknej sali audytoryjnej siedzieli dobrze wyglądający ludzie. Niektórzy jak prof. Hausner, mówili rzeczy bliskie mojemu sercu i poglądom. Kiedy na slajdzie jego prezentacji pojawił się cytat „Gdy wyobraźnia śpi, rozum rodzi banały” postanowiłam, że powieszę to sobie przy łóżku. Profesor mówił o znaczeniu partycypacji obywateli i o tym, że dialog obywatelski wymaga przestrzeni publicznej, że trzeba stworzyć w miastach przestrzeń do kreatywnego działania. Mówił mądrze, nie gwiazdorzył, z szacunkiem dla słuchaczy. Słuchałam z wielką przyjemnością i satysfakcją. Mówił o moich potrzebach.
Drugiego dnia Forum pojawiłam się również, bo chciałam posłuchać Agaty Grendy. To jedna z tych osób, które rozpalają mego obywatelskiego ducha. Zawsze jest świetnie przygotowana, błyskotliwa i bardzo profesjonalna. Poza tym ma bardzo ciekawe doświadczenia zawodowe, z których warto korzystać. Agata kontynuowała w zasadzie myśl prof. Hausnera, pokazując znaczenie kultury dla rozwoju miasta, zwracając uwagę na niebezpieczeństwa wynikające z ingerencji polityków i urzędników w szeroko rozumianą kulturę, mówiła o potrzebie tworzenia warunków do działań kulturalnych obywateli i wynikającej z tego aktywności społecznej. Odwoływała się do doświadczeń międzynarodowych, a te zawsze poszerzają horyzonty. Nie zabrakło także komentarzy krytycznych, do naszej rzeczywistości, która obecnie ani rozwojowi kultury, ani społeczeństwa obywatelskiego nie służy.
Trudno byłoby się nie zgodzić.
Koło mnie siedział pewien Starszy Pan, który co pewien czas komentował jej wystąpienie i przekazywane treści. Był wyraźnie pod wrażeniem i treści, i formy! Kiedy skończyła powiedział „Co za kobieta! Ech gdyby tak udało mi się ją namówić, by przyjechała na moją konferencję”.
Byliśmy bardzo zgodni w ocenie.
A potem idąc do domu, z głową pełną dobrych myśli zabranych z Forum Rozwoju Miast, budowałam w sobie siłę, na kolejne etapy walki o miejsce dla aktywności osób w mocno dojrzałym wieku (np. „Odnowa- nowoczesne miejsce spotkań i rozwoju seniorów”), o projekty edukacyjne i społeczne wychodzące poza wygodne ramy (np. miejski projekt wsparcia i rozwoju uczniów zdolnych) czy (sądząc po skuteczności) o kolejne dziesięciolecia walki o podjazdy na Warszawskiej.

Widać taki mój los, żywić się nadzieją, że jednak.
Że może następnym razem.
Że z uporem trzeba robić swoje.
Że w końcu się uda!

No to się pożywiłam!
Bo mam prawo do miasta!
Czytaj więcej »

Na katafalku

13:52
Więc leżę. Dobrowolnie. Pomysł położenia się przyjęłam bez specjalnego oporu, podobnie jak moi koledzy. Oni też leżą. Wszyscy leżymy w jednym kierunku. Leżymy przykryci czarnymi pelerynami. Za chwilę wstanę i ją zrzucę. Ale najpierw odpowiem na pytanie Marii, czy żyję. Potem wstanę, potem odrzucę, potem ….
Tymczasem leżę i staram się uspokoić. Serce mi wali tak, że chyba jeszcze nigdy tak nie waliło. Łomot serca zupełnie nie pasuje do katafalku. Na prawdziwym będzie chyba spokojne. Ale teraz szaleje. Czuję, że adrenalina wydzieliła się już bardzo obficie. Będzie potrzebna, bo jak zawsze, to co jest mi dane od życia, przerasta moje wyobrażenia. Zza kurtyny dochodzą głosy widzów zajmujących miejsca. Całe szczęście, że jest kurtyna i jeszcze jesteśmy pod ochroną. Ale już niedługo, bo za chwilę pójdzie w górę i wtedy powiem Marii, że też chcę żyć i wszystko dalej potoczy się według scenariusza. Biorę głęboki oddech, żeby się choć trochę uspokoić. I leżę. Obok przeszła Ula – reżyserka tego spektaklu. Będzie siedziała w kulisach koło jakiegoś specjalisty od czegoś z komputerem na kolanach. On odpowiada za projekcje, Ula czuwa. Właściwie nie wiem nad czym jeszcze może czuwać, ale myśl, że jest obok bardzo mi pomaga. Leżę cichutko i czekam. Patrzę w czarną przestrzeń nade mną. Katafalk jest metalowym podestem i jest zimny. Te minuty płyną tak powoli.
Myślę sobie w tych ciemnościach, że właśnie kończy się moja pierwsza w życiu przygoda z prawdziwym teatrem. W końcu leżę na katafalku w najprawdziwszym Teatrze Polskim w Poznaniu i to na dużej scenie. Tej najstarszej i dla mnie najprawdziwszej. Leżę przykryta czarną peleryną wyciągniętą z magazynów w piwnicy Teatru. Już samo wejście tam było przeżyciem. Wcale nie było fajnie. Teatr widziany od kuchni nie zyskuje przy bliższym poznaniu. Przez kilkanaście tygodni próbowaliśmy ten spektakl, więc wiele rzeczy zobaczyłam i  na wiele patrzę teraz zupełnie inaczej. Ostatni tydzień to był prawdziwy maraton. Codziennie próba i właściwie do końca ciągle zmiany. Ula – anioł cierpliwości i my pokornie za nią podążający. Swój tekst znam już prawie na pamięć. To przy czytaniu wcale nie pomaga, bo łatwo się zgubić, a przecież mam czytać.
Próby z Ulą, próby z Panem Wojtkiem, rozmowy z młodymi aktorami, spotkania w innymi ludźmi teatru i po kilku tygodniach tych kontaktów mam głębokie przekonanie, że ludzie teatru nie mają łatwo. Mają chyba trudniej niż inni. No może z wyjątkiem podstarzałych początkujących pisarzy i pisarek, co to do szuflady piszą, a potem mało, że na konkursy wysyłają, to jeszcze im się osobiście czytać zachciewa. „Raz w życiu przeżyć i zobaczyć jak to jest być na scenie.” No i proszę do czego to prowadzi.


Teraz leżę. Na katafalku.
Boże! ile razy leżałabym w podobnej sytuacji na deskach teatru, gdyby wtedy po maturze przyjęto mnie do szkoły teatralnej. Jak wyglądałoby moje życie, gdybym z większą determinacją dążyła wtedy do skomplikowania go sobie i jednak zastałabym  aktorką? Ile razy musiałabym przeżyć te emocje przed podniesieniem kurtyny, by wreszcie przestać umierać z tremy każdego wieczora. I jak po takich emocjach wrócić do domu i iść spać?
Jak oni to robią?
I kiedy oni gotują, jedzą, piorą i sprzątają skoro są zawsze w teatrze? U mnie przez ostatni tydzień nie było obiadu. Mój mąż to jakoś przeżył, ja też, ale aktorki i aktorzy, reżyserzy i reżyserki mają rodziny, małe dzieci.  A przecież po tych próbach, gdzie tylko w niewielkim i raczej posłusznym gronie ćwiczyliśmy się w „robieniu teatru, czyli sztuki zespołowej” wracałam do domu umordowana, jak z szychty.
I właśnie od tygodnia pierwszy raz leżę po obiedzie.
Zamiast drzemki, na katafalku. Serce mi wali!
Kurtyna  podjeżdża.
Na ekranie wiersz Olka „Świat szaleniec”,  w tle energetyzująca muzyka rozsadzająca stare mury teatru.
Bębny walą głośniej niż moje serce.
Potem cisza i pytanie Marii.
Żyjesz?
Żyję!
No to co?
Impreza?

Czytaj więcej »

Pułapki umysłu

11:49
Gdzie ty tak latasz? - pyta mnie Mateńka, która szczęśliwie zapomniała, jak sama kiedyś latała. Zacna niewiasta wkrótce przekroczy wiek, o którym się filozofom nie śniło (no chyba, że mieli niestrawność i tzw. ciężkie sny!) i o którym mówi, i myśli się z szacunkiem. Z szacunkiem dla liczby przeżytych lat, rzecz jasna, a ten nie zawsze przekłada się bezpośrednio na szacunek dla człowieka w tym wieku. Z tym jest różnie. W naszym przypadku Mateńka obdarzona jest wielkim szacunkiem i ciepłym pełnym zrozumienia uczuciem dla trudu, z jakim musi się zmierzyć codziennie – trudu zrozumienia rzeczywistości. Rzeczywistość polityczno-społeczną ogarnia sama, przy pomocy ulubionej Gazety Wyborczej (lektura obowiązkowa od deski do deski), Tygodnika Powszechnego (czytany w całości) i stacji TVN oglądanej od Faktów, przez wszystkie kolejne programy publicystyczne, do ostatnich minut „Szkła Kontaktowego”. Po tej porcji informacji, ma tyle pytań i wątpliwości, że z trudem zasypia, ale za to od rana znowu szuka odpowiedzi na swoje pytania.
Kiedyś niezgoda na rzeczywistość, zmuszała ją do działania i rozwoju, dzisiaj trzyma ją przy życiu! Łatwo nie ma, bo to życie wokół jednak jakieś inne. Próbujemy z miernym skutkiem przybliżyć jej współczesne życie.
- W dodatku w sobotę? dodaje z błyskiem w oku, przyglądając mi się uważnie, co czyni z wprawą od kilkudziesięciu lat naszej znajomości. I już wiem, że będzie kłopot, bo grozi nam nieporozumienie z przyczyn nieznajomości rzeczywistości i faktu, że świat się bardzo zmienił. Może za bardzo, a na pewno za szybko dla Mojej Mateńki.
- Byłam na warsztatach – odpowiadam i widzę zdumienie na jej obliczu, więc szybko dodaję: na takim szkoleniu znaczy się byłam! Warsztaty to taka forma pracy w grupie. Przeciwieństwo wykładu – dodaję, bo tu mam pewność, że jako profesor akademicki wykład zawsze skojarzy z edukacją.
Ulgę odczuwamy obie.
- A czego dotyczyło to szkolenie? – pyta, bo od zawsze jest dociekliwa.
- Rozwoju osobistego - mówię i już wiem, że nie chwyta. Myślę chwilę, jak to przybliżyć, odnieść do jej pamięci i doświadczenia. Nic mi nie przychodzi do głowy.
- A co ty chcesz jeszcze osobiście rozwijać? Przecież jesteś na emeryturze? I już nic nie musisz? - znowu na mnie patrzy, tym razem z  niedowierzaniem.
- No… siebie bym chciała. Osobiście najlepiej, bo wtedy mam wrażenie, człowiek jest skuteczniejszy. A emerytura, to nie jest żaden stan spoczynku od pracy nad sobą. Tylko czas, kiedy wreszcie mogę pomyśleć o sobie i życiu - dodaję z niezachwianą pewnością.
- A czemu nad sobą musisz pracować w grupie? Dziecko! Czy Ty masz jakieś problemy? – tu w tle pojawiają się natychmiast domysły o poważnych kryzysach, alkoholizmach, uzależnieniach i Bóg jeden wie czym tam jeszcze, co jest teraz, a kiedyś nie było.
- Nie mam! Odpowiadam bez przekonania, bo przecież to nieprawda. Całą sobotę przegadaliśmy o pułapkach myślenia, górze lodowej myślenia systemowego i bańkach w których żyjemy, dysonansie poznawczym, błędzie planowania, błędzie kosztów, edukacji emancypacyjnej, analizie pre mortem, a na koniec o psychologii pozytywnej oraz definicji szczęścia i wszędzie odnalazłam swoje sprawy i problemy. Więc mam problemy, ale może lepiej o nich pogadać w grupie zainteresowanych, bo matkę mogę tym do grobu wpędzić.
A kto to prowadził? pyta już całkiem niewinnie i bez większego zainteresowania, bo i tak niewiele się dowiedziała.
„Smutni trenerzy rozwoju osobistego” – odpowiadam szybko. Znaczy jeden. Ale nazywa się w liczbie mnogiej.

Patrzy na mnie z niedowierzaniem.
- I ty do Smutnych, znaczy jednego smutnego, poszłaś w sobotę? Żeby w grupie rozmawiać o sobie, choć podobno nie masz problemów? - spogląda na mnie i już w nic mi nie wierzy.
- Poszłam Mamuś! W dodatku bardzo mi się podobało i było wesoło. Jak to u smutnych, bo tacy przyciągają myślących i potem jest ….
- To może ja ci podam gazetę i okulary – proponuję usłużnie, bo czuję, że za chwilę obie przeżyjemy skutki dysonansu poznawczego, o którym wczoraj długo rozmawialiśmy.

Gazeta wyzwoli mnie z odpowiedzi na pytanie, gdzie to było? Nie będę musiała opowiedzieć, że w start-upie  „CoWalski Aleja inspiracji” , który ma świetną przestrzeń coworkingową. Przecież już przy start-upie złapiemy się za pióra, by wymienić uwagi na temat czystości języka i kretyńskich pomysłów piewców nowego, anglicyzmów i wszystkich zagrożeń dla naszej polskiej kultury, za którą ja – polonistka, powinnam czuć się odpowiedzialna.
Więc podaję gazetę, okulary, a za chwilę „Fakty”, przeniosą moją bliska 90. Mateńkę w rzeczywistość polityczno-społeczną równie niezrozumiałą, jak to, co wyprawia jej starsza córka w sobotę.

„Smutni trenerzy rozwoju osobistego”  z Warszawy i start-up „Cowalski Aleja inspiracji” w Poznaniu. Moje nowe odkrycie.
Mamie nie przetłumaczę.
Ciut młodszych namawiam!
Warto!
Czytaj więcej »

Matki

13:19

Poznałyśmy się na towarzyskim spotkaniu. Była zadbaną kobietą, w ładnej sukience. Miała w sobie coś, co przyciągało wzrok i budziło sympatię. Spotkanie było niezobowiązujące i dawało dużo okazji do żartów, tańców, wspominania i wznoszenia toastów.  Ona robiła wrażenie zadowolonej z życia kobiety, pełnej wewnętrznej radości, energii i samoakceptacji. Późnym wieczorem wracałyśmy razem do domu. W samochodzie, którym nas podwożono, opowiedziała mi w wielkim skrócie swoją historię, która zaczynała się od słów „Przyjechałam tu odreagować, bo ja już czasami myślę, że nie wytrzymam.” A potem wyrzuciła z  siebie opowieść o zdarzeniu, które miało miejsce kilka lat temu i które w ciągu kilku minut całkowicie zmieniło jej życie w piekło niepewności, niezgody i poczucia winy. W koszmar rezygnacji ze wszystkiego, by próbować uratować ….No właśnie! Co?
Co można jeszcze uratować, kiedy ukochany, piękny, zdrowy syn, bardzo zdolny i bardzo przystojny ulega strasznemu wypadkowi. Co można uratować, kiedy miesiąc przed jego maturą i startem w dorosłość, chłopak ląduje w szpitalu z tak potwornymi urazami, że lekarze nie dają nadziei na życie. Co można chcieć uratować, kiedy po wielu operacjach, kilkuletniej rehabilitacji i setkach godzin bolesnych zabiegów już wiadomo, że żyć będzie, ale bez stałej pomocy najbliższych, nie przeżyje ani dnia? Już nikt nie myśli o maturze i studiach. Myślą tylko, by udźwignąć ciężar, który w jednej chwili spadł na nich, ogłuszył i pozostał. Tamtą noc zapamięta do końca życia. Syn z grupą znajomych pojechali do klubu potańczyć. Była noc, wracali samochodem. Jego dziewczyna prowadząca pojazd, była trzeźwa, ale zaistniał niefortunny zbieg okoliczności i zdarzył się ten wypadek. Niewielkie doświadczenie kierowcy i auto dachowało. Syn ucierpiał najbardziej. W dodatku najpóźniej udzielono mu pomocy, bo znowu miał pecha. Wypadł z samochodu tak daleko i tak nieszczęśliwie, że nikt go nie widział i nikt natychmiast nie znalazł leżącego poszkodowanego. Chłopak zbyt długo czekał na pomoc. Konsekwencje są niewyobrażalnie tragiczne.
Potem oboje z mężem całe swoje życie podporządkowali opiece nad synem i walce o jego nowe życie, poświęcając własne. W dodatku sprawa w sądzie trwa już kilka lat, a końca ciągle nie widać. Kiedy dojechałyśmy do domu i żegnałyśmy się, obiecała, że za jakiś czas znowu się urwie i przyjedzie do nas zapomnieć o swojej trudnej codzienności i poczuciu winy, że go wtedy nie zatrzymała.

Wysiadłam z tego auta bardzo poruszona tą tragedią. Myślę o niej często, dziękując Bogu, że nie mam podobnych doświadczeń. Myślę o kruchości tego wszystkiego, co wydaje nam się, że mamy. Myślę i  próbuję sobie wyobrazić, jak jej jest ciężko.

Planowałam napisanie postu, w którym będzie krotochwilnie i zabawnie. Na przekór jesieni, zlistopadowieniu, tetryczeniu oraz całemu zestawowi spraw, które człowieka dołują jakoś bardziej skutecznie o tej porze roku. Już nawet boję się dzwonić do ludzi, bo głosy znajomych i przyjaciół brzmią niepokojąco jednakowo smutno. Jednak wszystkie zabawne pomysły odłożyłam na bok (a właściwie same jakoś zniknęły) pod wpływem newsa, który wczoraj lotem błyskawicy obiegł nasz kraj. Zamarłam, podobnie jak wiele innych znanych mi osób i jak wszyscy ludzie, którzy mają odrobinę empatii. Zamarłam i trwam w przerażeniu. Zamarłam, choć szukam odpowiedzi na wiele pytań. Rano usłyszałam w radio: w nocy w Swarzędzu był wypadek. Pijany kierowca, brawura, BMW, zginął człowiek, jechał w bagażniku, spłonął. W TV zobaczyłam zdjęcie samochodu. Z wrażenia, że może być aż tyle głupoty i braku wyobraźni, nie byłam w stanie skupić się na niczym. Przekaz był tak jednoznaczny. Boże, gdybym mogła, łeb bym kretynom urwała.

Wszyscy, z którymi rozmawiałam mieli w sobie tylko wściekłość i agresję wobec sprawców. Jak tak można? Każdy z nas do tych strzępów wiadomości, które systematycznie przekazywano co kilkanaście minut, które leciały bez przerwy na żółtym pasku, dopisał swoją historię tego wieczoru i tego potwornego zdarzenia. Nie znam sprawcy, ale natychmiast myślałam o nim jako o zdegenerowanym młodzieńcu, szlajającym się wypasionym BMW. Pozostali jawili się jako grupa bananowej młodzieży, rozpieszczonej, rozpuszczonej i pozbawionej wyobraźni i odpowiedzialności. Media są siłą. Po takim przekazie trudno będzie myśleć o tym zdarzeniu inaczej.
Ale potem, kiedy opadły pierwsze emocje pomyślałam o matkach tych, co tej nocy znaleźli się w tym aucie. O matce tego , który nie żyje, o matce kierowcy - sprawcy, o matkach pozostałych. Wczoraj nieszczęście spadło na nie. I teraz one będą musiały uratować siebie i rodziny. Wśród nich jest moja bliska przyjaciółka, która wczoraj mogła na własnej skórze doświadczyć, co znaczy znaleźć się w takiej sytuacji. Jest w potwornej biedzie, a ludzie nagle zachowali się wobec niej tak, jakby to ona wsadziła swoje dziecko do tego auta.
Potrafimy być bezinteresownie okrutni.
Nie wiem, jakie będą konsekwencje tej historii. Miała szczęście, bo jej dziecko nie kierowało i nie wlazło do bagażnika. Miała szczęście, bo jej dziecko nie ucierpiało fizycznie.
Więcej szczęścia nie miała.

A każdy, kto nawet w myślach obwinia rodziców, niech spróbuje zatrzymać swoje od kilku miesięcy pełnoletnie dziecko, kiedy ono właśnie ze znajomymi udaje się na imprezę. Tylko w ten sposób uchroni je przed potwornym zbiegiem okoliczności. Uchroni, przed nim samym. Uchroni przed tym, że być może zachowa się jak nierozumne dziecko, ale zapłaci jak dorosły.
Nikogo nie bronię.
Chronię matki przed okrucieństwem, które je jeszcze spotka
Czytaj więcej »

Święto

14:26
Mam wrażenie, że narodziła nam się nowa świecka tradycja obchodzenia narodowego święta niepodległości. Trzeba się podzielić, wrzeszczeć głośniej niż inni, pouczać naród, jak rozumieć bycie patriotą. Od kilku lat ćwiczymy ten schemat. Wszelkie próby podejmowane w tym dniu łączenia ludzi, budowania wspólnoty, okazywania radości z wolności tracą siłę i giną zawrzeszczane. Bo prawdziwy Polak patriota wrzeszczy, nienawidzi i w swoim chamstwie posuwa się coraz dalej. Od wczoraj już wiem także, że świętowania niepodległości nie wolno sprowadzać do jedzenia rogali (to szczególnie w Poznaniu – bardzo jestem wdzięczna Panu Wojewodzie za tę uwagę!). Prawdziwy Polak w tym dniu czynnie wspomina tych, co wolność mu przynieśli. Najlepiej od początku - wojów, piastowe korzenie i ewentualnie innych poległych żołnierzy (oczywiście poległych po właściwej stronie, bo poległych po niewłaściwej nie należy).

Jadem kapało wczoraj ze wszystkich mediów, więc nie włączałam z lęku, że mnie zarazi. A ja, jak niepodległości bronię swoich przekonań i prawa do radości z faktu bycia Polką. Ale niepodległość i listopadowa rocznica to tak piękny dzień, że trudno z niego zrezygnować. I zawsze w to święto wraca wspomnienie czasów, kiedy nawet rocznicy odzyskania niepodległości nie wolno było obchodzić, a ja, jako dziecko rozpoznawałam to święto właśnie po marcińskich rogalach. W innych miastach przechodziło ono całkiem bez echa, bo rogale od zawsze były tylko w Poznaniu.
A teraz po latach tak się pięknie awanturujemy patriotycznie.
Na szczęście niektórzy śpiewają. I to tak śpiewają, że dech zapiera, ciarki na plecach i żyć się chce. Właśnie wróciłam z koncertu Poznańskiej Sceny Młodych pod tytułem „Niepokorni - piosenki prawdziwe”.
Ten wieczór był dla mnie nie lada przeżyciem z wielu względów. Po pierwsze z wielką frajdą patrzę zawsze na projekty społeczne, które zainicjowałam kiedyś dawno temu i które żyją swoim życiem i rozwijają się przecudnie, ku uciesze i pożytkowi wspólnemu. Zasługa moja jest niewielka w stosunku do pracy, którą w ten projekt wkłada Anna Zalewska Powalisz. Jest utalentowaną artystką i świetnym pedagogiem. W dodatku żoną Krzysztofa Powalisza, który cały swój muzyczny talent poświęca kolejnym projektom żony. Wszystkie przygotowane przez nich koncerty to niezwykłe wydarzenia artystyczne.
Mnie jednak najbardziej cieszy fakt, że swoją pracą i jej efektami potwierdzają tezę, którą głoszę od wielu lat i która była ideą pierwszego projektu Poznańska Scena Młodych. Od dawna zabiegam o umożliwienie młodym ludziom (uczniom, studentom) bardziej nowoczesnych form rozwoju pasji i zainteresowań. Obok Ani I Krzysztofa gromadzą się młodzi, którzy lubią śpiewać. Są  z różnych szkół i niby to jest oczywiste, ale system edukacji nie przewiduje takich rozwiązań. A przecież w edukacji od zawsze chodzi o to, by połączyć młodego z tym, który umie, wie i pokieruje. Niestety, nie zawsze znajdziemy takiego nauczyciela w swojej szkole, czy klasie. Mistrzowie powinni pracować z najlepszymi z całego miasta.  Dziś na koncercie był Prezydent Jacek Jaśkowiak i Marcin Kostaszuk. Wierzę, że  ten koncert będzie przełomowy i teraz łatwiej będzie przekonywać do niekonwencjonalnych i nowoczesnych form edukacji. Bardzo jej potrzebujemy.
Drugi powód, który uskrzydlił dzisiaj moją niepodległą i obywatelską duszę to radość z faktu, że ten projekt od wielu lat żyje dzięki pracy …seniorów. I jest to najlepszy dowód, że walcząc o miejsce dla  aktywności seniorów, zabiegam tak naprawdę o lepszy Poznań. Anna i Krzysztof Powaliszowie  są znakomitym przykładem. To wzorzec aktywności, który należałoby popularyzować i koniecznie stworzyć w mieście możliwości wykorzystania potencjału osób starszych. Tyle wspólnie tracimy, pozwalając świetnym, wykształconym i utalentowanym ludziom marnieć w domach.

O tym jak młodzi śpiewali napiszę tylko tyle, że ciarki miałam na plecach i łzy w oczach. A śpiewali wszystkie piosenki z lat mojej młodości, z czasu, kiedy walczyliśmy o wolność. Sami posłuchajcie.
Piszę szybko, by wszyscy moi znajomi, czytelnicy zdążyli sobie wpisać do kalendarza i udać się na powtórzenie tego koncertu. Informacje są tu https://www.facebook.com/events/1542203869198897/

Naprawdę warto!
Poza tym wolność lepiej wyśpiewać, niż wykrzyczeć!
Czytaj więcej »