Dopóki nas widać i słychać

05:14

Wojny napoleońskie, tsunami i trzęsienia ziemi – do tego porównywałabym wszechobecną grypę. Dwa tygodnie w łóżku, potem jeszcze tydzień rekonwalescencji i ciągle daleko do formy sprzed infekcji. A tu żyć trzeba! I nie ma się kogo zapytać „Jak żyć?”, bo we władzach żadnego wsparcia, tylko źródło nieustannego stresu. Jeszcze by mi nie daj Boże ktoś odpowiedział i od tej rady padłabym porażona nowoodkrytą prawdą.
To ja już na wszelki wypadek nie zadaję głupich pytań, tylko metodą prób i błędów spróbuję pożyć jeszcze trochę.
Grypa pokrzyżowała wszystkie nasze plany. Po pierwsze wypadła z rozpiski opieka nad Mężem, który miał mieć w tym czasie skomplikowaną operację barku, a następnie unieruchomiony, miał być zdany całkowicie na moją łaskę i niełaskę. Jako wyjątkowa żona postanowiłam  na czas jego ograniczeń i niepełnosprawności służyć mu pomocą i własną prawą ręką wykonywać te czynności, których jego prawa ręka nie wykona. W tym celu zaplanowałam sobie tydzień domowy, tymczasem dwa dni po mnie Mąż zapadł na „moją” grypę i tym samym wypadł z rozpiski w szpitalu. Ale mieliśmy za to spokojny tydzień na chorowanie. Gorzej, że operacja barku ciągle wisi nad nami, a mnie powoli kończy się gotowość, do bycia protezą, bo ile można czekać?
Tymczasem ten czas zatrzymania miał także swoje dobre strony. Po pierwsze zyskałam dozgonną wdzięczność osób, którym zabroniłam się odwiedzać. Tym samym uratowałam ich przed okrutną konfrontacją ze słabością własnej  cielesności i siłą nowoczesnych wirusów.  Po drugie wyposzczona ze zdwojoną siłą rzuciłam się w wir spraw, które angażują moją uwagę i którymi się zajmuję. Naoglądałam się w czasie choroby telewizyjnych reklam, z których wynika jasny przekaz, że ludzie w moim wieku powinni właściwie od rana do wieczora jeść różnego rodzaju preparaty, by zachować zdrowie i kondycję. O konieczności zmiany nawyków, potrzebie aktywności fizycznej, intelektualnej i społecznej w reklamach się nic nie mówi. Takie prawo marketingowej papki. Za to sprzedaje się obrazki całkowicie nieprawdziwe – ładnie ubranych starszych ludzi, otoczonych innymi ludźmi lub wnukami, aktywnych i pełnych życia, uśmiechniętych i szczęśliwych. A prawda o polskiej starości jest zupełnie inna. Potrzebujemy jako społeczeństwo edukacji dla starzenia się. I wcale nie może ona dotyczyć tylko medykamentów, czy nawet diety i fizyczności. Raczej skupiałabym się na elementach społecznych, czyli jak żyć , by do starości donieść, a potem (przy niekorzystnych warunkach zewnętrznych!) długo zachować aktywność społeczną – czyli chcieć wyjść z domu, zaangażować się, mieć pasje i dzielić się zainteresowaniami, szukać i poznawać nowych ludzi. To wbrew pozorom rewolucja społeczna. A czasu na nią,  jak na lekarstwo, bo lawinowo rośnie liczba starych ludzi, żyjemy coraz dłużej a infrastruktura dla odpowiedniej opieki zdrowotnej oraz aktywności osób w wieku dojrzałym praktycznie nie istnieje.
W dodatku mało kto upomina się o potrzebne zmiany. Ludzie powyżej sześćdziesiątego roku życia są już niewidoczni dla społeczeństwa i z przyczyn naturalnych tracą siłę oddziaływania. A młodsi całą siłą skupiają się na wypieraniu refleksji o własnej dojrzałości i nieuchronnym zbliżaniu się do kolejnych cezur. Tymczasem „Jeśli sam (człowiek po sześćdziesiątce!) nie zatroszczy się o siebie, inni jego potrzeb nie dostrzegą. Żyjemy coraz bardziej posegregowani wiekowo” GW. 24.02.2017 „Czy w Polsce starość jest trudniejsza”. W ubiegłym tygodniu spotkałam się z grupą osób aktywnych i pełniących różne ważne społeczne funkcje. Wszyscy należeliśmy do tego samego pokolenia, więc daty urodzenia były zbliżone. Spotkanie dotyczyło koncepcji utworzenia nowoczesnego miejsca spotkań i rozwoju seniorów. Choć wszyscy uczestnicy spotkania byli przekonani o słuszności idei, to z grupy osób aktywnych zawodowo wyraźnie słychać było przekaz „ja nie czuję się seniorem”.

No właśnie! Pytanie, czy trzeba czuć się seniorem, by uruchomić wyobraźnię i pomyśleć o tym, jak szybko działa mechanizm wykluczenia społecznego. Jak stosunkowo łatwo i bezboleśnie w praktyce robi się z ludzi więźniów czwartego piętra,  niewolników kanapy i pilota, armię niewidzialnych?
W cytowanym artykule zawarto informację, że w międzynarodowym badaniu jakości życia starszych osób Polska zajęła 32. miejsce na 96 krajów ujętych w rankingu. Przed nami 16 krajów unijnych w tym także Czechy i Słowenia. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jeśli my jesteśmy na pozycji 32. to w kraju z ostatniego miejsca na tej liście starych ludzi się chyba komisyjnie likwiduje.
Do sześćdziesiątki zostało mi jeszcze kilka miesięcy. Więc walczę, bo jeśli statystyczna Polka żyje 82 lata to przede mną ponad dwadzieścia lat udręki. Bez zaplecza dla mojej potrzeby aktywności, bez należytej opieki zdrowotnej i bez córki, na którą spadłby zwyczajowo obowiązek opieki nade mną, to ja się tutaj zamęczę.
O tych sprawach będzie także mowa na Kongresie Kobiet w Poznaniu we wrześniu tego roku.
Wczoraj, na spotkaniu w Urzędzie Miasta w Poznaniu inicjującym prace Kongresu, zgłosiłam postulat tematyki poświęconej sprawom senioralnym i na pewno zaangażuję się w organizację tych obszarów.

Bo tak trzeba.
I już.
Czytaj więcej »

Walentynki i wiruchy

08:56
W Walentynki miałam grypę. Ani Walentynek, ani grypy dotychczas nie traktowałam zbyt poważnie. Może dlatego, że nigdy jakoś ich nie łączyłam. I dopiero doświadczenie minionego tygodnia uświadomiło mi, jak bardzo się myliłam.
Wirusem grypy poczęstowała mnie konkretna osoba. Rozwijał się w moim organizmie prawidłowo i po cichu, a ja stara kretynka, żadnego z sygnałów nie potraktowałam z należytą powagą. To znaczy - i tak nie wiem, co mogłabym w tej konkretnej sytuacji zrobić, ale zlekceważenie niewinnych pierwszych sygnałów organizmu, to chyba nie był dobry pomysł. W piątek poczułam się na tyle kiepsko, że odwołałam poranne spotkanie w sprawie nowego projektu. W kalendarzu został tylko zamówiony miesiąc wcześniej fryzjer i spotkanie z przyjaciółką po wypadku. U fryzjera jeszcze dawałam radę, ale na spotkaniu miałam wrażenie, że siedzę w lodówce i w dodatku w hełmofonie. A  w mojej świeżo ostrzyżonej głowie tylko "Szumy, zlepy, ciągi"…. Łeb bolał, szumiało, myśl się nie kleiła i rosło poczucie rozbicia.
Ostatkiem sił wróciłam do domu szczękając całą drogę zębami. Jakoś doszłam i zległam na pierwszej z brzegu kanapie. Tak znalazł mnie mój Mąż. Z troską pochylił się nad moimi prawie zwłokami, proponując, bym jednak odwołała kolację dla znajomych zaproszonych na sobotni wieczór, bo chyba nie dam rady jej przygotować. Odwołałam. Potem jakimś nadludzkim wysiłkiem pokonałam schody i położyłam się do łóżka na poduszce elektrycznej, bo było mi tak zimno, jakbym siedziała goła na lodowcu. Wkrótce poduszkę mogłam wyłączyć, bo miałam już własną wysoką gorączkę i spokojnie zapadłam w otępieńcze trwanie, w którym świat zewnętrzny przestał istnieć, a ja byłam tylko bólem głowy, mięśni i stawów.
Tak przeżyłam sobotę i niedzielę. W nielicznych momentach trzeźwienia próbowałam oglądać filmy (czytać się nie dało ze względu ból gałek ocznych i łzawienie) i jakoś tak dziwnie się składało, że głównie oglądałam bloki reklamowe. Przede wszystkim leków na grypę i przeziębienie. Wszystkie miały jeden przekaz – nie przejmuj się grypą i przeziębieniem! Weź preparat „x” i żyj, tak jak lubisz. Wspinaj się, idź do pracy, leć samolotem – w tym obszarze jest w tych reklamowych propozycjach duża rozpiętość.
Pomyślałam sobie, że skala społecznego świństwa, jaką czynią te reklamy jest niewyobrażalna. Bo przecież mnie poczęstowała bardzo konkretna osoba, która najprawdopodobniej uwierzyła w ten durny przekaz. Zamiast położyć się do łózka i odchorować, łyknęła jakieś prochy, a wiruchy grypy podała dalej, wszystkim swoim klientkom, które ufnie weszły do jej zakładu. Gdyby chociaż na drzwiach gabinetu była informacja – „Uwaga! Mam grypę! Wchodzisz na własne ryzyko!”.
W niedzielę wieczorem grypa położyła mojego Męża. W poniedziałek lekarz zabronił nam się kontaktować z kimkolwiek. Odmówiłam sprzątaczkę. Przegoniłam także rodzinę zaniepokojoną naszym stanem i przekonaną, że chorych należy odwiedzać.
Zabronił nam również wychodzić z domu. Zalecił, by nie opuszczać łóżka.

I w ten sposób wpisaliśmy się w walentynkowe klimaty.
Z bólem, katarem, łamaniem w kościach i spojrzeniami na księżą oborę (jak mawiała moja Babcia o tych, co wyglądają na gotowych do przeniesienia się na pastwiska niebieskie) leżeliśmy zgodnie obok siebie.

Tak, jak przystało miłującej się parze!
Tylko "bez sił, bez ducha".
To szkieletów ludy?
Czytaj więcej »
artysta

Finisaż

03:50

Mój stosunek do artystów i filozofów jest uporządkowany. Im bardziej znam, tym bardziej lubię. Podziwiam ich dzieła lub poglądy, co nie znaczy, że rozumiem. Specjalnie się tym nie przejmuję, bo na tym chyba polega istota współistnienia, żeby bardziej podziwiać, niż rozumieć. Wśród artystów najbardziej lubię, tych których znam bardzo dobrze, a przynajmniej tak mi się wydaje. Filozofów znam niewielu, a każda próba zawarcia bliższej znajomości z niektórymi kończyła się zawsze głęboką refleksją nad marnością mojego umysłu, który idei filozoficznej na proste i zwyczajne życie nie umiał przełożyć. Kurs filozofii, któremu poddano mnie na studiach, upewnił mnie, że nie jest to dziedzina wiedzy, której chciałabym się poświęcić, a moi ówcześni nauczyciele (było dwóch, ale jeden bardzo krótko) zapadli mi w pamięć jako najbardziej niedostosowane społecznie indywidualności  z jakimi przyszło mi się w życiu zetknąć. Nasze studenckie „rozważania” filozoficzne były nieustanną próbą złapania kontaktu z prowadzącym. Mam wrażenie, że ta potrzeba była tylko po naszej stronie, bo prowadzącemu brak jakiegokolwiek kontaktu w niczym nie przeszkadzał.
Ale i artyści, i filozofowie budzą moją ciekawość i spotkania z nimi są niezwykle inspirujące. Dlatego w z wielką radością skorzystałam z dwóch zaproszeń. Pierwsze przyszło w styczniu i było zaproszeniem na finisaż prac Jacka Papli, poznańskiego grafika. O Jacku myślę, jako o wieloletnim przyjacielu i wyjątkowym, niezwykle utalentowanym człowieku, więc zaproszenie przyjęłam z wielką radością. Z tak wielką, że chyba nastąpił proces jakiegoś zaburzenia widzenia. Ale po kolei. Finisaż miał się odbyć w Instytucie Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Termin zbiegał się niestety z planowanymi przeze mnie badaniami w szpitalu, więc po otrzymaniu zaproszenia grzecznie przeprosiłam artystę, że nas nie będzie. Siła wyższa. Trudno, chociaż żal. Żal tym większy, że finisaż miał być nie tylko zakończeniem wystawy, ale także zamknięciem etapu życia – czyli zakończeniem  pracy zawodowej. A to w życiu każdego człowieka powinno mieć wyjątkową oprawę. W końcu dla wielu ludzi uwolnienie się z obowiązku świadczenia stosunku pracy jest największym marzeniem.  Dlatego, kiedy jednak się okazało, że nie idę do szpitala, postanowiliśmy zrobić naszemu przyjacielowi niespodziankę.
W dniu finisażu dla pewności raz jeszcze otworzyłam zaproszenie, spisałam do notesu adres i godzinę, sprawdziłam w podręczniku savoir-vivre, jak się ubrać i zachować na takiej uroczystości. Potem dopilnowałam, by w odpowiednich strojach i o odpowiedniej godzinie wyruszyć do Zielonej Góry. Z Poznania to jakieś dwie godziny drogi. Podróż minęła nam głównie na refleksji, że kraj nam się pozmieniał, bo droga całkiem przyzwoita oraz jaką minę będzie miał finiszujący Jacek, gdy nas  zobaczy. Dojechaliśmy na czas, chociaż jakoś tak od tyłu budynku. Wokół była absolutna cisza i nigdzie żadnego znaku sugerującego ważną uroczystość. Ale był budynek, a w nim cała nasza nadzieja. Wbiegliśmy, by niczego z przemówień nie uronić. Wszędzie było pusto i cicho. Za przeszklonymi ścianami zauważyłam wystawę prac Jacka. Nigdzie nie było żywej duszy. W szatni zaspany portier przyglądał się nam ze zdziwieniem. Na pytanie o finisaż Pana Papli popatrzał na nas z pewnym niepokojem w oczach i asekuracyjnie odrzekł, że on tu tylko wiesza, a tam jest pani, która wie wszystko i wskazał kobietę siedzącą za szybą. Podeszliśmy więc do owej Pani, a ja wyjęłam już notes z torebki, by raz jeszcze sprawdzić adres, bo może miejsce nie to? Pani była równie zdziwiona, jak portier. I wtedy zobaczyłam, że data finisażu to 3 marca, a nie 3 lutego. Tak było na zaproszeniu, tak przepisałam do notesu i tylko do głowy wprowadziłam sobie inny miesiąc. Za to na trwale.

No i co?
Ano nic! Spragniona kontaktu z artystą zadzwoniłam do niego stojąc w środku sali, otoczona jego grafikami. Właśnie wracał z Zielonej do Poznania. Jego radosny chichot niósł się po sali wypełnionej sztuką i naszą obecnością, wkurzenie mojego męża opadało proporcjonalnie do tego, jak rosło moje przygnębienie. Oj urosło! A słowo finisaż nagle nabrało zupełnie nowego znaczenia.
Wróciliśmy do Poznania uciekając przed obcością Zielonej Góry, przed mgłami i ślizgawicą. O refleksjach z drogi powrotnej pomilczę, bo przygniotły. I tylko pies się naprawdę cieszył z naszego powrotu.

Drugie zaproszenie dotyczyło warsztatów popularnego filozofa, które miały miejsce w sobotę w Poznaniu poświęconych stosowaniu filozofii stoików w życiu. Poszłam na nie z tym piątkowym wspomnieniem niepotrzebnej podróży i całym bagażem życiowych doświadczeń, który coraz bardziej ciąży. Szczególnie, że tyle wokół innych przygnębiających komunikatów płynących zewsząd. I było to pierwsze spotkanie z filozofem, które przeżyłam świadomie i które wniosło w moje życie coś innego, niż dotychczasowe. Po pierwsze ucieszyłam się, że należę do grupy ludzi poszukujących, a nie ludzi pospolitych, którzy żyją mechanicznie, nie  pracując nad sobą i rozumieniem świata. To podział zaczerpnięty od starożytnych filozofów. Zaraz człowiekowi lepiej, jak się może pod mądrzejszymi podpisać.
Po drugie bardzo mnie zafrapowała myśl:
„Tym co trwoży ludzi, nie jest to co im się przydarza, ale znaczenie jakie temu przypisują.”
 EPIKTET – „ENCHEIRIDION”

Zabrałam ją ze sobą z tego spotkania i dzielę się nią, jak chlebem. Stosując ją w praktyce staram się myśleć o finisażu Jacka i całej mojej przygodzie, jako o wyrazie głębokiej sympatii dla artysty,  gotowości do poświęceń dla przyjaciół, a nie dowodzie mojej sklerozy, ślepoty, nieuchronnego początku końca i wszystkiego, co w obumieraniu mózgu człowieka przeraża.
Tylko jak męża mego zmienić w Epikteta, by z godnością znosił to, co mu funduję?
Obawiam się, że filozofia na to pytanie nie daje odpowiedzi.
Czytaj więcej »

Kobietom w każdym wieku

14:13

Kobietą jestem. I to nie od święta, tylko od urodzenia. Z krwi i kości baba ze mnie. Dlatego wszystko co babskie, jest mi bliskie. Dlatego reaguję jak kobieta. I dlatego na wielkie święta, sprawiam nową kreację. Albo szykuję święto, gdy jest nowa szata.  Prawdziwej kobiecie w tym wypadku zasadniczo wszystko jedno, co jest skutkiem, a co przyczyną. Ważne, żeby odświeżyć wizerunek. No więc postanowiłam coś zmienić w wyglądzie mojego bloga, po tym jak na liczniku stuknęło mi 100 postów.
Teraz prezentuję go w wersji unowocześnionej.
A post także bardzo kobiecy, bo ostatnio miałam wiele doświadczeń związanych ze sprawami kobiet. Wczoraj odbył się pierwszy w Poznaniu „Okrągły Stół Kobiet”.
Ważne jest, że odbył się z inicjatywy Marty Mazurek - pełnomocniczki do spraw przeciwdziałania wkluczeniom społecznym, powołanej przez Prezydenta naszego miasta.  Zaproszone były wszystkie osoby, którym sprawy kobiet są bliskie. Przyszły uczone, działaczki społeczne, niektóre radne i europosłanka. Kobiet i problemów z którymi przyszły, naprawdę dużo. Oczekiwań pewnie jeszcze więcej, choć wszystkie zdawałyśmy sobie sprawę, że to spotkanie ma charakter otwarcia dialogu i zainicjowania wspólnych działań. Było ponad siedemdziesiąt uczestniczek i kilku uczestników. Słuchałam wystąpień z radością. Kobiety mówią krótko, konkretnie i widać, że są dobrze wykształcone. Wiedzą, czego chcą i po co przyszły. Wiedzą, że o wiele rzeczy trzeba powalczyć. Było widać, że nie odpuszczą i powalczą. To cieszy. Problemy o których była mowa to sprawa wykształcenia kobiet i rynku pracy, wyrównania płac, elastycznego czasu pracy, przemocy domowej, pomocy w sytuacjach kryzysowych, edukacji antydyskryminacyjnej, prawa do antykoncepcji i edukacji seksualnej (kolejność przypadkowa, czyli  tak jak pamiętam). Tyle zagadnień, że w głowie może się zakręcić od nadmiaru.

Gdybym przyleciała z innej planety pomyślałabym, że problemy kobiet kończą się w chwili, kiedy wychowają dzieci, odejdą od oprawcy, seksualność nie będzie się już wiązała z prokreacją i kiedy wreszcie uwolnią się od pracodawcy. Czyli - jak się zestarzeją.

Jakoś tak się dzieje, że w publicznym dyskursie o problemach kobiet starszych i starych nie mówimy prawie wcale. Nie mówimy, bo one same milczą pokornie patrząc z podziwem na własne córki, które walczą o swoje prawa. I często zajmują się ich dziećmi. A do tego, co w ciągu dwóch godzin tego spotkania zostało powiedziane, należałoby dorzucić samotność, brak możliwości jakiejś satysfakcjonującej aktywności po odejściu z rynku pracy, bardzo mocno ograniczone środki do życia i coraz popularniejsze wykluczenie społeczne z powodu powszechnego stosowania nowoczesnych technologii. Bardzo jestem ciekawa, jak moja blisko dziewięćdziesięcioletnia mama miałaby bez naszej pomocy odebrać z poradni wyniki swoich badań przez Internet. Do tego powyższego rejestru dodać jeszcze trzeba dość powszechne oczekiwania społeczne, że po odejściu z pracy jest wreszcie czas na wnuki albo obowiązki wobec starzejących się rodziców.

I jeszcze jedno. Zestarzeć się nie wolno, bo trzeba młodym być. Taki life. Po prostu nie przystoi.
Więc nikt się do starzenia nie przyznaje.
Od soboty, po obejrzeniu filmu,  jestem pod wpływem Wisłockiej. Przydałaby się teraz w wersji unowocześnionej, bo mamy z czym walczyć. Wywalczyła nam edukację seksualną i antykoncepcję. Może w sprawach zmiany w myśleniu o wieku dojrzałym byłaby równie skuteczna? Wtedy dorzuciłabym jej jeszcze sprawę stosunku Polaków do chorób psychicznych. Bo w tych obszarach wstrząs musi być naprawdę solidny i rewolucja jest konieczna.
Inaczej nie „damy rady”.

Ale ja wierzę w siłę kobiet.
Czytaj więcej »

Filmy dwa

01:02
 
W myśl zasady, by uczynić swoje życie pełniejszym i ciekawszym, każdego dnia staram się zrobić coś zupełnie nowego. W praktyce okazuje się to nie lada wyzwaniem, bo człowiek już tyle głupot w życiu narobił, że znalezienie dotychczas nie praktykowanych wcale nie jest takie łatwe. Ale się staram. W sobotę mi się udało. Jak żyję nie byłam jednego dnia dwa razy w kinie. Nigdy! A tu - proszę! I w dodatku: jak szaleć to szaleć – obleciałam dwa hity kinowe. Do południa obejrzałam nominowany wielokrotnie do Oskara „Lalaland”, a wieczorową porą, jak przystało na poruszaną tematykę „Sztukę kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”.
Amerykańska produkcja nie zachwyciła. Mam wrażenie, że wszystko już było, a motyw walki o realizację marzeń jest ograny niemiłosiernie. Nie rozumiem przyznanych nominacji, ale przecież nie muszę wszystkiego rozumieć.
Natomiast film o Wisłockiej na długo zostanie mi w pamięci  z wielu względów. Po pierwsze ze względu na moją mamoniowatość, którą rozpoznałam u siebie dzięki teorii inżyniera Mamonia z „Rejsu”. Ten znawca natury ludzkiej twierdził, że podobają nam się piosenki, które znamy. I ja też tak mam. PRL- znam z autopsji i filmy, których akcja dzieje się w czasach mojego dzieciństwa lub młodości i w polskich realiach, stają się natychmiast bardzo mi bliskie. Wzruszyłam się wielokrotnie, bo było na tym filmie mnóstwo rzeczy, których doświadczałam osobiście. Stroje, meble, pociągi, autobusy, plany ujęć różnych miejsc w Polsce z tamtych lat. Ekipa produkcyjna zadbała o szczegóły. Zachwycił mnie kredens w domu głównej bohaterki, za którym mieszkała  Wanda. Dokładnie taki sam stał w pokoju mojej babci i do dziś jest w naszej rodzinie.
Ale to są drobiazgi, bo przecież najważniejszą bohaterką tego filmu, była książka, o której w czasach mojej młodości wszyscy rozmawiali i którą chyba przeczytało najwięcej Polaków. Uświadomiłam sobie, że wchodziłam w dorosłość w okresie rewolucji seksualnej, bo wydano ją, gdy zaczynałam studia. Pamiętam kolejki po egzemplarz i emocje związane z lekturą. A film pokazuje, jakie były kulisy wydania tej publikacji. Oczywiście głównym tematem jest życie Michaliny Wisłockiej – bogate, kontrowersyjne i pełne niespodziewanych zwrotów. Film oglądałam z zainteresowaniem do końca. Sala kinowa była prawie wypełniona. Z przyczyn oczywistych głównie przez koleżanki i kolegów  z roczników zbliżonych do mojego.  W ukazanej historii najbardziej zaskoczyła mnie determinacja autorki, by książka „Sztuka kochania” została wydana. Dopiero film uświadomił mi, ile wszyscy zawdzięczamy Wisłockiej. I wcale nie myślę tu o odkrywaniu kolejnych seksualnych pozycji. Raczej o wkład w batalię o prawa kobiet – prawo do radości, prawo do szacunku i podmiotowości, prawo do szczęścia.
Gdybym z tych dwóch obejrzanych jednego dnia miała wybrać film godny polecenia, to polska produkcja jest wielekroć ciekawsza od amerykańskiego hitu. I każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Poszukujący ekscytacji i golizny znajdą bogactwo scen erotycznych, pokazujące jak ważnego problemu podjęła się Wisłocka. Ci, którzy lubią nostalgiczne powroty do czasów młodości, zobaczą ich piękne odtworzenie w filmowym obrazie. Wielbiciele dobrej zmiany na pewno sobie przypomną (albo zrozumieją), jak żyło się w kraju z jedyną władzą, która skutecznie utrudniała życie. Może do nich dotrze dokąd nieuchronnie zmierzamy? Miłośnicy dobrej opowieści i niezwykłych życiowych przypadków także znajdą łakomy kąsek, bo życiorys Wisłockiej może zadziwić.
Dla mnie największa wartość tego filmu to przesłanie o sile kobiet.  I to zarówno w liczbie pojedynczej i mnogiej. I namawiam wszystkich do obejrzenia tego filmu zanim rozpocznie się nagonka. Bo tak jak Wisłocka gorszyła za życia, tak film o niej będzie gorszył po jej śmierci. Przeczytałam kilka opinii, z których wynika jasno, że jak kobieta ma kochanków, mąż ją porzuca, a ona nie poświęca się rodzinie, to nie ma zmiłuj i na stos babę. I nic to, że wietrząc szczelnie pozamykane i zasłonięte  sypialnie Polaków, otworzyła nam oczy na istotną sferę życia. Nic to, że wywalczyła mentalną zmianę i realne prawo kobiety do decydowania o swoim życiu. Na stos!

A to co dzieje się obecnie w naszym kraju świadczy, że gotowość do budowaniu stosów dla nieznośnych bab mamy na wysokim poziomie. A Ojciec Prezes i Ojciec Dyrektor ustalą normy i zdecydują, co nam wolno. Nic się nie zmieniło!

Dlatego warto iść do kina.
Niekoniecznie dwa razy w ciągu jednego dnia.

 

 
Czytaj więcej »

Książeczka

13:05
Adresowany do mnie list z banku przeleżał na moim biurku kilka dni. Przykryły go szpargały, a ja wyrzuciłam z pamięci zaraz potem, jak tylko wyjęłam ze skrzynki. Ale list był nachalny i nie dawał za wygraną. Wpadał mi do ręki kilkakrotnie zanim znudzona otworzyłam kopertę. Tekst napisany dość drobnym drukiem zajmował prawie całą stronę. Żeby przeczytać  musiałabym sięgnąć po okulary, zapalić światło i….skupić uwagę. Skupić uwagę na piśmie z banku? Też coś. Ani tam kasy na tyle dużej, by mnie ruszyło, ani żadne ewentualne okazyjne oferty szalonych korzyści nie ruszają mojej wyobraźni. Banku nie zmieniam od lat i jesteśmy jak stare dobre małżeństwo – emocje nam umarły. Zostały przyzwyczajenia. List niewiele znaczył, bo co on mógłby zmienić? Dlatego nawet  po otwarciu rzuciłam okiem na tekst dość pobieżnie i nie wczytałam się. Bez okularów, światła i z nieuwagą wyłapałam tylko słowa: książeczka, kwota 315 zł i końcowa informacja, że termin mija w lipcu.
Książeczka? Przecież ja nie mam żadnej książeczki, która interesowałaby bank. A na pewno żadnej w pamięci. Ale kwota 315 zł to zawsze jakiś bodziec i zdecydowałam się przy okazji zapytać w banku o co chodzi. Do lipca zdążę - pomyślałam i wrzuciłam list do torebki, by mieć go pod ręką. Na wszelki wypadek, bo oprócz uwagi w miarę możliwości oszczędzam bankom także mojej obecności.

Wszelki wypadek zdarzył się dwa dni później. Okazało się, że procedura porządkowania spraw finansowych i bankowych rozpoczęta właśnie przez mojego męża, wymaga mojej obecności w banku i podpisania kolejnych dokumentów. Posłusznie pojechałam do banku, upewniwszy się, że mam właściwą torebkę z listem i przy okazji dowiem się, o co chodzi. Bo przecież czytanie męczy. W banku do którego jechałam, jako bardzo ważni klienci (jesteśmy ważni głównie z powodu zadłużenia) mamy swojego osobistego doradcę. Kto jak kto – ale osobisty doradca to mi chyba wyjaśni – pomyślałam. I spokojnie oddałam się lekturze „Włoskich butów”, która bardzo mnie zainteresowała.
Osobisty doradca był na urlopie i zastępował go pewien młody człowiek. Młodzi ludzie mają to do siebie, że są ode mnie dużo młodsi. I jakoś się już do tego przyzwyczaiłam. Natomiast mam kłopot, kiedy po drugiej strony lady pojawia się dziecko w garniturze, z ufryzowanym loczkiem i wygolonym fragmentem kształtnej główki, śladami po trądziku i odciskami na palcach od smartfona. Zazwyczaj jest niezwykle uprzejme, rumieni się co pół sekundy, a skórę na twarzy ma tak delikatną i przezroczystą, że widać jak mu szare komórki latają jedna za drugą. Tyle że nic z tego latania nie wynika dla sprawy. I z każdą sekundą jesteśmy dalej od rozwiązania problemu.

Weszłam do pokoju, w którym miałam wypełnić i podpisać dokumenty. Młodzian wielokrotnie podkreślił, że jest do mojej dyspozycji, zapytał nawet, czy napiję się czegoś. Ale kiedy sześć razy wybiegł z tego pokoju, by skonsultować z szefami, które pola mam zaznaczyć, a które opuścić uznałam, że jego dyspozycyjność mnie po prostu nie interesuje. Muszę sobie sama dać radę, bo na niego trzeba jeszcze kilka lat poczekać. Zanim zaczęłam wypełniać dokumenty zapytałam, czy w sprawie mojego innego konta w tym banku także udzieli mi informacji.
- Ależ z najwyższą ochotą - odpowiedział Pan Dziecko. No to podałam mu  list i zapytałam, co ja mam z tym zrobić?
- Pani pozwoli, że z uwagą przeczytam?
- Pozwolę – odparłam. A ja sobie powypełniam. I oboje oddaliśmy się zadaniom. Kiedy ja byłam w połowie, Pan podniósł głowę i z nieskrywaną troską (gdzie on się tego nauczył? I kiedy?) rzekł:
- Wie Pani! To trudna sprawa, ale też bardzo ciekawa. Ja zapytam kierownika. I rzucił się do drzwi, jakby go gonili.
Wrócił po chwili. Stanął w rozkroku i patrząc na mnie z błyskiem w oku i ulgą na oblanej kolejnym rumieńcem  twarzy powiedział:
- Musi Pani do kasjerek! One wiedzą, co z tym zrobić. Na dole. My z tym nie mamy nic wspólnego. I po chwili dodał – a czy mogę to sobie skserować, by się z tym porządnie zapoznać?
- Może Pan – odrzekłam, bo młodzian zainteresowany rozwojem zawsze mi dobrze robił na psyche i zszargane nerwy.
Wyleciał, tym razem jakby na skrzydłach.
Wypełniłam, wstałam i odebrawszy list, pożegnałam się z NBP (Nadzieją Bankowości Polskiej ). Żegnał mnie zapewnieniami, że do usług i że zawsze. Od rumieńca mogły mu się te ufryzowane loki zapalić.
Jezu!
Poszłam z listem do kasjerek. Wolna była młodsza. Młodsza od zajętej starszej, bo ode mnie obie nieprzyzwoicie młodsze. Trudno! Wzięła mój list do ręki i bez czytania powiedziała, że chodzi o starą książeczkę oszczędnościową. Trzeba ją zlikwidować, bo nie jest używana.
- A ja mam jakąś książeczkę?
- No chyba tak, skoro otrzymała Pani ten list. To może być bardzo stara książeczka! Ona może być nawet z lat dziewięćdziesiątych – dodało dziewczę hoże nieprzyzwoicie młodsze akcentując słowa bardzo stara.
I wtedy do mnie dotarło, że dla tej dzieweczki ewentualny czas założenia książeczki jest okresem równie odległym, jak epoka lodowcowa. A ja – jak relikt z tamtej epoki, jestem żywym przykładem przemijania. Poczułam się dinozaur. Zanim wyginął.
- Ale ja nie mam książeczki.
- Jak pani nie ma, to my wystawimy nową i wtedy ją zlikwidujemy. To kosztuje 30 zł. – propozycję okrasił służbowy uśmiech.
Absurd tego rozwiązania i perspektywa, że mi zabiorą 30, z właśnie odzyskanych z niepamięci 315 złotych uruchomiły moją determinację.
- To ja poszukam! – odrzekłam i udałam się na poszukiwania. Przez całą drogę do domu intensywnie myślałam, gdzie może być jakaś książeczka. Przez ostatnie dwadzieścia parę lat rzucało mną po Poznaniu, jakbym jakieś konwulsje miała. Przez moje życie przetoczyły się kolejne przeprowadzki a wiatry historii wywiały ważniejsze rzeczy, niż książeczka. Jedyne, co dawało mi nadzieję, to fakt, że należę do osób szanujących każdy grosz. Więc może jednak gdzieś jest. Kiedy wysiadałam z tramwaju wiedziałam, gdzie muszę sprawdzić. To było jedyne miejsce, które trwało, przenoszone do kolejnych domów.
Była.

Razem ze zdjęciami legitymacyjnymi moich wielkich miłości z początków szkoły podstawowej, wspomnieniem ich zapewnień „że nasza miłość aż po grób”,  wynikami badań z lat 1984 -1994, kartą pływacką z 1992 i całym zestawem różnych dokumentów świadczących, że kiedyś też żyłam i wcale nie jest to sen, tylko prawda najprawdziwsza poparta dowodami rzeczowymi, zgromadzonymi w mojej archiwalnej szufladzie.  Jak dinozaury – tak byłam!
Nad tą szufladą i książeczką spędziłam kilka godzin, bo wszystkie wpisy o wpłatach i wypłatach poparte uczciwą okrągłą pieczęcią z datą i miejscem, przypomniały liczne wyjazdy i podróże po kraju naszym pięknym.
I ważne chwile z mojego bujnego życia. W tym rozczuleniu trafiłam nawet na list osobistego drugiego męża, który w roku ostatniej wypłaty dokonanej w miejscu, gdzie się poznaliśmy wysłał mi list z wyznaniem miłosnym i stwierdzeniem, że jestem absolutnie najlepsza ze wszystkich kobiet świata. Poleciałam do niego z tym dowodem. Przeczytał i odpowiedział ze spokojem – nic się nie zmieniło, w tej kwestii.
No proszę ile korzyści z posiadania starej książeczki oszczędnościowej.

Mało, że kasa znienacka, to jeszcze wyznanie udało się uaktualnić!

A potem pomyślałam sobie o tych młodszych ode mnie, dla których ta książeczka to relikt z przedpotopowej przeszłości.
Jak oni odnajdą elektroniczne zdjęcie swojej pierwszej miłości?
Albo sms z wyznaniem miłości aż po grób?
Czytaj więcej »

Mural

10:37

To był trudny tydzień. W sejmie przepychanki. W mediach informacje, od których myślący człowiek  truchleje. Wśród znajomych przygnębienie. Na dworze ziąb i wszystko zmrożone lub pokryte powłoką lodową. I jak w takich warunkach myśleć pozytywnie? Aż się prosi, by sobie tutaj ulżyć. By napisać używając słów mocnych, co myślę o Pani Minister od edukacji,  o Panu, który chciał być prezydentem wszystkich Polaków, o wszystkich członkach ekipy rządzącej, którzy codziennie obrażają mnie przed kamerami TV lub mikrofonami radiowymi. Po roku emigracji wewnętrznej nawet nie odczuwam satysfakcji z wpadek Ministra odpowiedzialnego za budowanie wizerunku naszego kraju w świecie i nawiązania współpracy z San Escobar. Coraz mniej odczuwam, coraz bardziej odsuwam. Siebie, od tego co nas dopadło. To co nas otacza, od mojego życia.
Jeszcze mogę i jeszcze umiem.
Ale wczoraj poszłam do mojej Mamy i zrozumiałam, że są koło mnie ludzie jeszcze bardziej bezbronni. Kryzys, który przetacza się przez naszą scenę polityczną i przez życie społeczne ma ogromny wpływ na ludzi starszych. Myślę tu o wszystkich tych, którzy pamiętają dawne czasy, którzy  angażowali się w odzyskanie niepodległości i którzy teraz przeżywają osobistą porażkę. A pamiętając wojnę i jej skutki, z wielkim niepokojem obserwują bieg koła historii. Wśród moich znajomych jest bardzo wiele osób bardzo emocjonalnie zaangażowanych i uważnie śledzących wszystkie poczynania nowej władzy. Wszystkie znajome starsze Panie i Panowie, którzy nie głosowali na PiS , katują się oglądaniem codziennych programów informacyjnych.
Pytam - dlaczego?
Bo tak trzeba – brzmi odpowiedź.  
Mają gorzej niż ja. Ja słucham tylko „Radio Pogoda” albo z muzyką klasyczną, z Fb piewców nowego usunęłam, a media publiczne wyprosiłam z domu i zagrody. Skutek jest taki, że co prawda to, co wykurzające i tak do mnie dotrze, ale z opóźnieniem i czapki mi nie podnosi narastające gwałtowne wkurzenie. Nie tracę zmysłów i serce nie wali z emocji, oburzenia i bezsilności. A przy okazji raz dziennie mogę wysłuchać barda nowej rzeczywistości, czyli  Jana Pietrzaka, publicznie śpiewającego że "jest miglanc i łobuz" w puszczanej codziennie kilka razy piosence "Dziewczyno z PRL-U". Zgadzam się nim w zupełności. Wyjątkowy łobuz i miglanc.
Z lamusa wyjęłam już wszystkie  mechanizmy obronne, stosowane przez całe lata PRL-u i teraz przede mną tylko dwie drogi. Albo ucieczka w „naszą małą stabilizację” (czyli energię i potrzebę działania przeniosę na dom i ogród, a w konsekwencji zostanę wzorową panią domu) albo emigracja zewnętrzna, wzorem poprzednich pokoleń Polaków.
Wiem, że o emigracji całkiem poważnie myśli wielu moich znajomych. Dojrzewa do niej i namawia także mój mąż. A ja przez całe swoje zawodowe życie uczyłam o tragedii ludzi pozbawionych swojego kraju, kultury, swoich bliskich – tych żywych i pochowanych. O ich tęsknocie, wyobcowaniu i poczuciu krzywdy. I jest mi trudno wyobrazić sobie siebie gdzieś tam w świecie.

Bo gdzie ja teraz znajdę swoje miejsce? Polonista żywi się słowem. W jakim kraju przeczytam na murze taki ważny tekst, który jak memento przywraca mi codziennie pion i pomaga złapać dystans? Pomaga właśnie dlatego, że wypisany na murze! Że krzyczy do mnie i do innych ludzi przejeżdżających tramwajem i samochodem koło tego budynku!
A swoją drogą przenikliwość tego tekstu Stanisława Barańczaka zadziwia. Tekst jest tu http://www.poezje.hdwao.pl/wiersz_4020-jezeli_porcelana_to_stanislaw_baranczak.html

 
No bo kto nam powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
No kto?
Czytaj więcej »