#terierki

W trójkącie

13:18

Trudno. Przyznam się publicznie – żyję w trójkącie. Ja, on i ta trzecia. Mówię na nią  - Narzeczona. Nie ukrywam, że wiedziałam o jego skłonnościach, zanim zdecydowałam się na związek małżeński. Pogodziłam się z tym.  Przyznam się nawet, że to mi odpowiada. W dojrzałym związku, ta trzecia bywa nawet potrzebna. Szczególnie, jak ma dziewięć kilo, czarne oczy i charakter. Właśnie uświadomiłam sobie, że gdybym nie miała tylu innych powodów do pisania, moja pieska byłaby zupełnie wystarczającym. Powodem czyli źródłem inspiracji i refleksji. Jest z nami od dziewięciu lat i stanowi absolutny fundament naszego małżeństwa. Naprawdę. Kocha nas w parze i bardzo nie lubi , kiedy się rozdzielamy. Oczywiście lubi robić z nami różne rzeczy oddzielnie i generalnie więcej czasu spędza z mężem. Chciałam napisać moim mężem, ale zawahałam się. Po wczorajszym wieczorze wahanie jest uzasadnione. 
Zanim opiszę ostatnią przygodę nadmienię tylko, że to wyjątkowo inteligentna istota. Dziewięć lat temu, jako małej suni, inna okropnie niesympatyczna i agresywna psia zgaga próbowała odgryźć łapę. Od tamtego czasu nie udało nam się podczas spaceru wejść na tę ulicę, na której to się stało. Belka zapiera się i  końmi nie da się zaciągnąć. W następną przecznicę proszę bardzo. W tę, gdzie odgryzają łapy małym psinkom, nigdy w życiu. Przykłady mogę mnożyć. Po dźwięku kluczy poznaje gdzie i z kim wychodzi. Klucze od garażu brzmią inaczej i w innym kierunku należy biec, niż wtedy, gdy wychodzimy na spacer. W samochodzie siedzi na półce obok siedzenia kierowcy i kontroluje jazdę. Dopiero po setnym kilometrze wędruje do tyłu, by się położyć. Wspólnie z mężem (moim?) pokonują setki kilometrów. Żadnej jazdy nie odpuści. Nie da się ukryć – są w związku. Bardzo trwałym i opartym na głębokim zaufaniu i przywiązaniu. I żadne tam pitu pitu, głaskanie i przytulanie. To jest niezależna sunia z ogromnym poczuciem wartości i potencjałem kierowniczym.

Godzę się z tym, bo i tak nie wygram, a miłość jaką się obdarowują, wypełnia cały dom. Ja stanowię pewien dodatek w tym trójkącie, ale pogodziłam się z tym już wiele lat temu.  Jest bystra, systematyczna, uporządkowana i dobrze wie, czego chce. Lubi powtarzalność i pielęgnuje domowy rytm. Około dziewiątej wieczór domaga się spaceru, około jedenastej otwarcia sypialni. Piszczy, poszczekuje pyskiem pokazując, o co chodzi. Mąż natychmiast reaguje i jeśli czegoś zaniedbał, bardzo ją przeprasza.  Naprawdę, niejedna z nas mogłaby się uczyć od mojej suni, jak sobie ustawić faceta.
Niedzielny wieczór otworzył nowy rozdział w naszym życiu. Rzecz się działa w sypialni. Mamy ją na piętrze, a telewizor na dole. Stało się tak po ostatnich zmaganiach z dostawcą telewizji kablowej i wykupieniu nowej usługi multiroom, w wyniku której mieliśmy nie mieć żadnego problemu, a telewizję kablową na dole i na górze. Mamy tylko na dole. Na górze ostała nam się rządowa, której unikamy jak ognia, bo pali nam trzewia, co przed spaniem jest bardzo niewskazane. Skutkiem tych udogodnień oglądamy na dole, czytamy na górze. Mnie pasuje. Belce niekoniecznie. Bo jakże to? Jedno na dole, drugie na górze. W końcu rodzina powinna być razem.

Tym razem było tak: najpierw sunia, jako pierwsza poszła się położyć. Ja dyskretnie dołączyłam z czytnikiem w ręce. Czytałam świetną powieść o buncie kobiet wobec przemocy. Belka spała obok na miejscu swojego/mojego męża. (od wczoraj mam  problem czyj on). Mąż siedział na dole i oglądał jakiś film. Nagle uniosła łebek i wydała z siebie dźwięk, przypominający zrzędzenie starej zniecierpliwionej baby – takie psie „ no długo będziesz tam jeszcze siedział? Przecież spać mi się chce! Potem wleziesz i mnie obudzisz.” Obserwowałam ze zdziwieniem, bo pierwszy raz w życiu widziałam u niej takie zachowanie. Generalnie rzadko wydaje jakieś dźwięki i raczej nie szczeka. A tu proszę. Potem chwilę nasłuchiwała, czy jest jakaś reakcja z dołu. Nie było. Powtórzyła. Tylko głośniej. I bardziej zdecydowanie. Jestem pewna, że  było słychać tam przekleństwo. Teraz słuchałyśmy obie, czy jest odzew.  Nic. Cisza.
Wtedy ona spojrzała na mnie i jak stara żona, zmęczona niesubordynacją męża, zeszła z łóżka, wyszła na korytarz i stanęła na schodach – ma tam takie miejsce, z którego widzi górę i dół domu– i głośno zapodała w psim języku , co w wolnym tłumaczeniu brzmiało mniej wiecej „No ile razy mam cię wołać do cholery!”.
Ani ja, ani nasz wspólny mąż, nie mieliśmy wątpliwości, co znaczy jej wyszczekany komunikat. Mąż trafił nam się raczej z ugodowym charakterem. Oderwał się od telewizora, popatrzył na swoją pupilkę i powiedział „Ależ kochana już idę”. Na co ona – moja krew!- wywaliła z siebie cała żółć związaną z jego niestosownym zachowaniem i pojechała gromkim głosem, co zrozumieliśmy jako:

„A ile razy można tobie powtarzać, że w tej telewizji same głupoty. Ile razy wołać do cholery jasnej! Już mi tu do łóżka bo Beluni, spać się chce, a nie żeby ją potem z pierwospów budzić. I to z byle jakiego powodu, bo  w tej telewizji to ty bzdury oglądasz! Do łóżka mówię ale już!” Po czym odwróciła się z gracją i wróciła do sypialni. Wskoczyła na łóżko i ułożyła się do snu.
Mąż stał oniemiały i grzecznie słuchał tej reprymendy, wpatrzony w zwierzątko nasze ulubione, stojące na schodach i wyszczekujące całą złość. Ja z wrażenia wstrzymałam oddech i słuchałam, jak dziewięć kilo charakteru ustawia naszego wspólnego faceta.

Zawsze wiedziałam, że są sobie bliscy. I, że ona jest mądra. Ale żeby aż tak?
Pan Mąż nasz wspólny potulnie wyłączył odbiornik i udał się na spoczynek.
Na moje wołania, reakcja jest jednak zdecydowanie o wiele dłuższa.
Czytaj więcej »

Biznes

00:54

Sklep. Osiedlowy, żeby nie było żadnych wątpliwości, jaki jest cel mojej wizyty. Przyjechałam po jakiś drobiazg, którego brak uniemożliwiał mi przygotowanie posiłku. Myszkuję, gdzie to znowu przestawili i zapatrzona w regały, nagle wpadam na Pana. Znamy się, bo kiedyś (lata świetlne temu!) współpracowaliśmy. To znaczy ja korzystałam z usług, a Pan był z tego zadowolony. Bo płaciłam regularnie. I dużo. Pan się posunął w leciech, ale trzyma się dobrze. Ja pewnie też, ale siebie nie widzę. Kłaniamy się i ja dalej w te regały. Znalazłam. Śmigam do kasy.
Kiedy uregulowałam i skierowałam ku wyjściu, słyszę za plecami:
- Pani to mi się tu przytrafiła, jak nie przymierzając w korcu maku. – rzecze mój znajomy. I dodaje:
- Biznes mam do Pani. Kasę można zarobić i Pani by mi się nadała!

O – mówię! To się dobrze składa, bo ja potrzeby mam coraz większe. A do jakiegoż to biznesu, bym się mogła przydać? Pytam  z ciekawością, bo z każdym dniem upada moja wiara we własne możliwości i kompetencje.  A tu proszę! Rynek mnie jeszcze pożąda. O tym, że upada również moja gotowość, by z ewentualnych umiejętności skorzystać nie napomknęłam. Bo i po co? Za mało się znamy, by tak od razu mówić prawdę w oczy starszemu ode mnie biznesmenowi z propozycją.
I jemu, i mnie zapaliły się ognie w oczach, a w podświadomości pojawił się szelest gotówki. Żadne tam bilony. Elegancki i dyskretny SZELEST!

- Powiem krótko! Chodzi o symbole narodowe! Ja zadzwonię, pani przyjdzie na kawę i pogadamy! – mówi mój znajomy. I dodaje: Gdybym ja wiedział to, co wiem teraz, dwa lata temu, to ja bym był gość! Ale lepiej późno, niż wcale. Ot co! Zadzwonię – mówi i oddala się w kierunku swojego auta.
A mnie w szelest gotówki wkradło się coś, ale było na tyle nieuchwytne, że zamknęłam śluzy ochronne i pojechałam rowerem dokończyć posiłek. Na tym etapie sam fakt, że ktoś myśli o mnie, jak o cennym nabytku do biznesu zupełnie mi wystarczył. Dwa dni myślałam, co ja bym mogła robić  z symbolami narodowymi. Poza opisywaniem orła, nic nie wymyśliłam, więc na umówioną kawę pojechałam z ciekawością. Tym większą, że znajomego kojarzyłam jako zatwardziałego lewaka o ugruntowanych poglądach przeciwnych kościołowi i czarnym.

- Dzień dobry! Jestem, skoro mnie Pan w tym korcu wygrzebał – rzekłam na wejściu, czym poderwałam znajomego zza biurka. Wyskoczył jak młodzieniaszek i dawaj mnie po rękach całować.
- kawy - pyta?
 - A z ekspresu?
- Niestety nie mam. I natychmiast posmutniał, a mnie zrobiło się przykro, że ja taka wymagająca.
- Zostawmy kawę! Zajmijmy się biznesem – mówię. Tak będzie prościej. Co to za biznes?
- Już pokazuję! Mówi mój znajomy i rzuciwszy się z powrotem za biurko wyjmuje  kalendarz ścienny. I pokazał.
- O MATKO! jęknęłam gwałtownie, a oczom swym nie wierzyłam. PAN TO ROBI?
- Pani Kochana! Ja za piniondze wszystko zrobię, odpowiedział starszy Pan i z dumą pokazał mi swoje dzieło. Kartka po kartce. Na początku orzeł biały, potem żołnierze wyklęci, potem JP2, potem, biało-czerwona, potem Powstanie Warszawskie, potem…. Dwanaście kart, dwanaście miesięcy ozdobionych symbolami narodowymi. Ścienny kalendarz. Najbardziej żałosny i straszny, jaki w życiu widziałam.  Zawiesiłam się wpatrzona. Zgrozą powiało.
- I co pan z tym chce zrobić? Wydusiłam w końcu, nie bardzo rozumiejąc swoją rolę.
- Jak to co? sprzedać tym głupkom narodowcom - odparł znajomy bardzo zadowolony ze swego konceptu.
- I pan się nie wstydzi? Wspiera Pan największe zło. Faszystom też pan wyprodukuje materiały? - wydusiłam wreszcie to, co tłukło mi się po głowie.
- Pani! Biznes to jest biznes! Ja piniondze umiem liczyć i wiem, jak je robić. Patrz pani. Żadnej informacji, że to ja wydaję, tu nie ma. Czysty interes. Nikt się nie dowie. No i co?
- No właśnie. Co ja niby mam robić w tym biznesie Pana zdaniem. – zapytałam przez ściśnięte zęby.
- Pani zna się na tych internetach i mi to sprzeda. Ja wyprodukuję każdą ilość. Dogadamy się, co do prowizji.

Pan obracał kartki kalendarza i po oczach mi śmigały symbole narodowe. Brzydota grafiki dorównywała subtelności treści i przekazu.
Co trzeba mieć we łbie, żeby coś takiego wymyślić? Jakie pokłady cynizmu? W głowie miałam mętlik. Zawsze mam,  kiedy ktoś znienacka kompletnie zmienia moje społeczne odczucia. I jeszcze - co on myśli o mnie, skoro mi to zaproponował. Musiałam to mieć na twarzy wypisane, bo zapał Pana stygł z każdą chwilą. Przestał machać kalendarzem i zaczął opowiadać kogo zna, z kim rozmawiał albo o kim słyszał z dobrze poinformowanych źródeł. Wymienił wszystkich polityków i część biskupów. Mówił głównie o ich dwulicowości i zakłamaniu. Tuszował swoje. Piniondze dominowały w tym przekazie.
Miałam wrażenie, że się uduszę.
Nie dożyję końca.
Umrę za symbole narodowe.
- Wie Pan – przerwałam potok słów, jak tylko wyrównałam oddech. Piniondze to nie wszystko. Trzeba jeszcze się znać na tych internetach. A ja umiem tam tylko napisać.

Uciekłam do domu. Uśmiechnęłam się do wiszącego przy wejściu zdjęcia Bartoszewskiego i jego myśli, że warto być przyzwoitym.
Gotówka już nie szeleści.

Ale uwierzyć nadal nie mogę.
Czytaj więcej »
#dłuzejtaksienieda

Korki

12:53

Przełom sierpnia i września to okres, w którym temat szkoły wraca, jak bumerang. Wraca w dyskusji społecznej i to jest naturalne. Ale dlaczego wraca w moim życiu? Przecież ja już nic nie mam z tym wspólnego i de facto nie chcę mieć. Robię wszystko, żeby już nic o tym nie mówić, nie pisać, nie myśleć. Nie i już! A jednak – temat wraca i co roku jest. W tym roku zdecydowanie mocniej, co jest w pełni zrozumiałe. Skoro narodowi funduje się traumę w postaci naboru dwóch roczników naraz, to wiadomo, że będzie piekło. I jest. Gdzie nie pójdę, wszędzie szkoła lub odpryski tego, co z nią związane. Kilka z tych scen zapadło mi w pamięć szczególnie. Najpierw rozmowa z młodym dobrze wykształconym i świetnie sobie radzącym w życiu mężczyzną – ojcem kilkorga dzieci. Dowiedziałam się, że ma dzieci w edukacji domowej (w wielkim uproszczeniu – dziecko nie chodzi do szkoły, uczy się w domu pod nadzorem rodziców, w szkole zdaje tylko egzaminy przed komisją). Zapytałam o motywy wyboru tej ścieżki edukacyjnej.
„To proste. Jesteśmy z żoną na tyle dobrze wykształceni, by nauczyć nasze dzieci tego, co jest w programie. W zamian nie musimy brać udziału w przepychankach związanych z godzinami lekcji, wyborem lub zmianą kadry pedagogicznej, kryzysami w oświacie, frustracją nauczycieli, konfliktami z innymi dziećmi i ich rodzicami itd. i najważniejsze - naprawdę mamy wpływ na ich rozwój i wykształcenie.”
Trudno się nie zgodzić. Chyba coraz więcej ludzi tak myśli, bo na swojej życiowej drodze  spotykam ludzi w podobnej sytuacji zdecydowanie częściej, niż kiedyś. I wcale się im nie dziwię. Jestem przekonana, że mają rację. I mają szczęście, jeśli mogą taką decyzję podjąć. To jednak rodzaj komfortu, na który nie każdego rodzica stać. Ale jednego jestem pewna. Na naszych oczach dokonuje się pewna zmiana w stosunku do szkoły i obowiązku szkolnego. Kiedyś był on trudny, bo nauka i obowiązki, to trud - ale oczywisty i zrozumiały. Dzisiaj, w bardzo wielu przypadkach, obowiązek szkolny to coraz częściej dopust boży, którego ludzie nie chcą i z którym sobie nie radzą.

Uświadomiła mi to długa rozmowa z koleżanką, która przeżywa gehennę związaną ze szkołą swojego dziecka i niezwykle mocno osadzoną w tej szkole beznadziejną matematyczką. Matematyki nie nauczyła, ale skutecznie niszczy swoich uczniów, codziennie utwierdzając ich w przekonaniu, że nic nie umieją i do niczego się nadają. DO NICZEGO!  Nie pomagają rozmowy, interwencję, próby zmiany nauczyciela, klasy. Walczy spora część rodziców, ale dyrekcja stoi na stanowisku, że to tylko frustracja rodziców i już. W efekcie kwitnie rynek korepetycyjny, bo przecież ktoś musi dziecku powiedzieć, że armia głupszych przed nim przeszła przez piekło szkoły i nie taki diabeł straszny. Nawet ten matematyczny.  Dziecko miało korepetycje przez całe wakacje, żeby wreszcie naprawić efekty pracy fachowej siły, zatrudnionej w macierzystej szkole. I jak łatwo się domyślić, prędzej uczeń zrozumie matematyczne niuanse, niż poprawi samoocenę. Tyle, że  w dorosłym życiu skomplikowane wzory przydadzą się znacznie mniej, niż przekonanie, że mogę, chcę i potrafię.

Kilkanaście lat minęło od czasu, kiedy do mojego domu przychodzili kolejni potrzaskani przez system i przez proces edukacji polonistycznej, szukając u mnie pomocy. Teraz, po wielu latach nieobecności (bardzo się broniłam) dotarł znajomy młody człowiek przed maturą. Przyszedł, usiadł i opowiedział jak to jest. Opowiedział o sobie i swoich znajomych. Sympatyczny, otwarty, sprawnie posługujący się językiem i regularnie czytający. Wydawałoby się, że nic mu nie grozi. Przynajmniej na polskim. Tymczasem przekonanie, że nic nie umie i nic nie potrafi, jest tak głęboko osadzone, że w rodzinie istnieje uzasadniona obawa o jego maturę. I niepokój o przyszłość.
Dlatego rynek korepetycyjny kwitnie. Dwadzieścia lat temu korepetycje dawali najlepsi nauczyciele i studenci. Ci pierwsi byli drożsi i trudno było się dostać pod takie skrzydła. Studenci byli bardziej dostępni – i czasowo, i finansowo. Dzisiaj zmiana zasadnicza – najlepsi są ci (przynajmniej tak twierdzą!) , którzy nigdy nie pracowali w systemie. Rynek korepetycyjny jest obecnie tak rozwinięty, że opłaca się po studiach lub w trakcie założyć działalność gospodarczą i świadczyć tę usługę. Mimo ZUS-u i podatków – zarabia się znacznie lepiej niż w szkole. Tania taka usługa nie jest. O skuteczności wiem niewiele, bo nie korzystałam z tych lekcji. Ciekawe jak to jest w innych krajach? Czy korepetycje to tylko polski pomysł na przetrwanie uczniów i nauczycieli?

Tymczasem, moje wieszczenie wielkiej zmiany, która stoi za oświatowym rogiem, potwierdza informacja, że Finowie zamierzają wkrótce usunąć z programu nauczania podział na przedmioty.
https://dobrewiadomosci.net.pl/20069-finlandia-usuwa-ze-szkolnego-programu-nauczania-wszystkie-przedmioty/?fbclid=IwAR0uqPPYYibjpmxGfGf6upXyczAOlvw6GniUSBRGMNF2kTakFcvfOuiYcLE

Na pierwszy rzut oka brzmi jak herezja.
Na drugi już nie!
Bo dłużej, tak jak jest, się nie da!
Czytaj więcej »

Joga z dostawą do domu

03:18
Jako twoja wierna czytelniczka wyrażam oburzenie. Jak można tak zaniedbywać czytelników? – tak bezceremonialnie rozpoczęła długą rozmowę telefoniczną moja dawno nie widziana przyjaciółka. I było jak u Hitchcocka – najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rosło. Po tym jak rozprawiła się z moim blogowym milczeniem, wzięła na tapetę brak obiecanej książki ( a właściwie książek! bo rozgrzebanych kilka). W równie prostych, żołnierskich słowach – żadne tam pitu pitu, tylko rach-ciach i wszystko jasne, powiedziała, co myśli o takich jak ja. Otóż – w wielkim skrócie rzecz ujmując – nie myśli dobrze.
I ja się jej właściwie nie dziwię. Co więcej. Nawet się z nią zgadzam. Też nie myślę o sobie dobrze. Codziennie biczuję siebie za nieudolność i niesłowność. Mam wyrzuty, że zajmuję się głupotami (np. gotuję obiad, załatwiam ważne sprawy, jem, śpię, leżę na leżaku ) zamiast siedzieć przy biurku i pisać. Ja mam tych wyrzutów tyle, że starczyłoby na kilku pisarzy planujących późny debiut. Naprawdę. A na jedną skromną, niszową blogerkę, to zapas na kilkanaście lat. Prędzej palcami po klawiszach przestanę przebierać, nim one mi się wyczerpią.
Przy okazji mam także przeogromne połacie dystansu do siebie, tego co robię – BO JA JUŻ NIC NIE MUSZĘ! – oraz doskonałą wprost znajomość mechanizmu regulującego funkcjonowanie większości kobiet, który roboczo nazywam zestawem „Powinnaś”. Kiedy słyszę to słowo w swojej głowie, włącza mi się mechanizm obronny, czyli „automatyczny wewnętrzny facet”. I on mi mówi – POTEM. I szeptem dodaje – zdążysz. I tak się zmagamy.

Na koniec zadała pytanie – czy my się w ogóle jeszcze znamy, bo ona ma wrażenie, że jakoś ostatnio mniej. Kiedy nieśmiało zaproponowałam, by nawiedziła mnie w najbliższy weekend, odparła, że niestety, ma inne zobowiązania. Bo w końcu jest babcią. Innym razem – powiedziała. I znowu trudno się nie zgodzić. Pewnie za pół roku zadzwoni, by mnie ponownie ochrzanić. W dzisiejszych czasach, jakoś tak dziwniej żyjemy. Niby relacje są, ale takie,  jakoby ich nie było. Czytanie postów na FB i śledzenie bloga to jednak nie to samo. Bez patrzenia w oczy nie ma oksytocyny. A bez oksytocyny….
No właśnie!
Żeby jednak nie było poczucia pustki i osamotnienia, zadzwoniła do mnie inna przyjaciółka, która postanowiła zrealizować się, jako nauczycielka jogi. I zaproponowała, że chciałaby na mnie poćwiczyć, odświeżyć swoje kompetencje joginki praktykującej nauczanie innych. Odświeżyć, bo kiedyś uczyła jogi, ale to było w innym kraju, innym języku, innym życiu. Czemu nie? – pomyślałam. Połączymy przyjemne z pożytecznym. Ona odświeży, ja się rozruszam. Przyjechała w umówionym terminie w odpowiednim stroju, uzbrojona w matę, wałek, paski, klocki i inne takie. Ćwiczyłyśmy godzinę. W skupieniu i w kontakcie ze swoim ciałem. Ciało – moje rzecz jasna – głównie meldowało, gdzie mu nie pasuje. Najogólniej rzecz biorąc – wszędzie. Postanowiłam jednak dorównać gibkością mojej nauczycielce jogi i głos ciała został pominięty.
Trudno. Taki atawizm - nowy rok szkolny – nowe wyzwania. Całkowicie rozciągnięta, dotleniona i gotowa do uzyskania gibkości absolutnej (w bliżej nieokreślnym czasie!) zwierzyłam się Mężowi, że oto regularnie raz w tygodniu, Osobista Nauczycielka Jogi zawita do naszego domu, by ze mną ćwiczyć. Bo obie mamy taką potrzebę. I będzie to pierwszy, znany mi przykład jogi z dostawą do domu.

O! - mówi Mąż mój własny. To ja do Was dołączę.
Z wrażenia zamilkłam.
Widać pragnienie gibkości nie jest przypisane jedynie płci niewieściej.
O tym, jak to wyjdzie w praktyce, na pewno opowiem. Z pewnością zmierzę się z zupełnie nowym wymiarem aktywności i koniecznością pokonywania całkiem nieznanych barier.

Małżeństwo jednak to stan nieustannego zadziwienia.
Czytaj więcej »
#szlakwolnosciodpodstaw

Nagroda

00:54

Nic tak nie poprawia nastroju, jak wygrana w konkursie. Przynajmniej mojego. Ja po prostu jestem stworzona do takich życiowych niespodzianek i teraz postanowiłam, że będę brała udział we wszystkich konkursach.
I będę oczekiwała wygranej.
A potem będę wdzięczna.
Wdzięczność ogłoszę wszem i wobec, żeby ogłosiwszy, zgodnie z teorią prawa przyciągania, przyciągnąć jeszcze więcej szczęścia. Do siebie rzecz jasna, bo nic mi tak dobrze nie robi, jak nagroda.
Proste.
I że też ja na to wcześniej nie wpadłam?
Teraz krótko i zwięźle o konkursie i nagrodzie. Konkurs na reportaż pod nazwą „Szlak wolności od podstaw” został ogłoszony przez „Maszynę do pisania” na zlecenie Marszałka Województwa Wielkopolskiego. Należało napisać reportaż (lub jego szkic) o wybranej postaci – historycznej lub współczesnej, zaangażowanej społecznie. Nagrodą były warsztaty z pisania reportażu. Już widzę te sceptyczne miny i pytania obniżające moje poczucie wdzięczności. Że „co to za nagroda”? Że „lepsze byłoby coś bardziej konkretnego”, a najbardziej fajna byłaby „konkretna kasa”? Nic bardziej mylnego. Nagroda była prawdziwa nagrodą – przyniosła tyle satysfakcji, ciekawych przeżyć i fajnych wspomnień, że naprawdę czuję się bardzo dowartościowana. Z kilku powodów.
Po pierwsze – wybór miejsca.
Pałac Radziwiłłów w Antoninie zachwyca i wnętrzem, i otoczeniem.
Byłam tam pierwszy raz, spałam trzy noce i każdego dnia odnajdywałam kolejne szczegóły świadczące o kunszcie jego twórców. Wszystkich. Także tych, którzy to dzieło restaurowali. Zachwycał pałac, park, okoliczny las.
Piękne miejsce. Warto jechać i być tam kilka dni, by zobaczyć, jak pałac żyje.
Po drugie – spotkanie z ludźmi. Uczestnikami warsztatów były osoby nagrodzone w konkursie, więc w pewien sposób wyselekcjonowane. Sympatyczne, oczytane, kulturalne. Trochę inna Polska, niż ta codzienna. Nauczycielami znani dziennikarze, autorzy bardzo popularnych książek – Piotr Bojarski http://piotrbojarski.pl/ , Marcin Kącki https://pl.wikipedia.org/wiki/Marcin_K%C4%85cki , Przemysław Semczuk https://pl.wikipedia.org/wiki/Przemys%C5%82aw_Semczuk . Nie muszę pisać, że bardzo bliski kontakt pozwalał na nawiązanie relacji, o których jako zwyczajna czytelniczka nie miałabym co marzyć. I choć nasi nauczyciele są przesympatycznymi ludźmi, pozbawionymi zadęcia celebrytów, to lajki na FB swoje robią. Pogrzaliśmy się w ich blasku.
Pracowaliśmy nad reportażem, odkrywając dzięki doświadczeniom nauczycieli, reportażową kuchnię. Było tyle czasu, że mogliśmy zajrzeć we wszystkie zakamarki, łącznie ze zrywaniem podłogi (reportażowej rzecz jasna - nie pałacu). A potem przeorać własne teksty, połapać nowe wątki, przedyskutować inne pomysły. Dla początkujących to nieoceniona pomoc.

Trzeci z powodów do okazywania wdzięczności to jakość, tego, co otrzymałam. Komfort miejsca, jego zachwycająca niezwykłość ale także rozpiętość czasowa, spokój. Przestrzeń do rozwoju i wymiany myśli, pracy intelektualnej, skupienia. I znakomita organizacja warsztatów oraz bardzo życzliwa obsługa.
Teraz kiedy siedzę, przy swoim biurku, mam wrażenie, że wróciłam z wyprawy do innego świata. Piękne otoczenie, inteligentni i zabawni ludzie. Wielogodzinne rozmowy o książkach, kulturze i życiu. Wszyscy czytają! Anegdoty i ciekawe historie. Wypełnialiśmy cały pałac, więc turyści, którzy chcieli zwiedzać obiekt, niestety odchodzili z kwitkiem. Niektórzy bardziej zdeterminowani, uprosiwszy uprzednio obsługę, na palcach, by nie przeszkadzać wchodzili na galerię i spoglądali z góry na grupę Marcina Kąckiego, która w skupieniu pracowała w głównej sali.
Widziałam mężczyznę z dziećmi, który wpuszczony na galerię szeptał do podopiecznych „widzicie, tam przy stole pracują pisarze”. Inni, którzy mieli mniej szczęścia, zaglądali przez okna, żeby zobaczyć wnętrze pałacu i prawdziwego pisarza. Choćby jednego.

Nagroda ma wielką moc. Im bardziej jest przemyślana, tym bardziej może zmienić los wygrywającego. Wszystko zależy od tego , czy nagrodzeni będą umieli wcielić w życie zasadę, że pisarz siedzi i pisze. Nasze reportaże pod koniec roku ukażą się w zbiorze wydanym przez jedno z wydawnictw i będą dostępne w Internecie.
Wróciłam. Okazałam Wdzięczność Wszechświatowi.
Biorę się do roboty.
I oczekuję przypływu kolejnych nagród.
Czytaj więcej »
@naplocie

Na płocie

10:37
Uwielbiam takie znaleziska. Kiedy wędruję ulicami Poznania zaglądam za płoty, do ogródków i na podwórka. Zostało mi z dzieciństwa. Wtedy umilałam sobie oczekiwanie na tramwaj oglądaniem okien kamienic stojących w okolicy i wyobrażaniem sobie ludzi, którzy za tymi oknami mieszkają. A teraz  zaglądam z życzliwości.
Coraz częściej widzę piękne miejsca, bo ludzie dbają o siebie i o swoje terytorium. Osiedla są coraz ładniejsze. Dzisiaj znalazłam jednak coś, co w moim odczuciu jest małym krokiem ku wielkiej zmianie. Otóż na jednym z poznańskich osiedli domków jednorodzinnych znalazłam taki napis.
Z wrażenia poprosiłam męża, by zatrzymał samochód i  wysiadłam, by zrobić to zdjęcie. Bo oto w tym komunikacie dopatrzyłam się kilku ważnych informacji – po pierwsze, że oddzielony płotem od reszty świata dom, jest jednak częścią jakiejś całości wspólnej i MA sąsiadów. Po drugie, że sąsiedzi są zaangażowani i OBSERWUJĄ! Po trzecie, że ludzie jednak sobie pomagają.
Ja odbieram ten komunikat, jako znak, że ludziom na sobie zależy.
Bardzo optymistyczne.
Kiedy zrobiłam to zdjęcie przypomniało mi się spotkanie na mojej ulicy, na której coraz częściej kłaniają mi się ludzie, których nie znam (może dlatego, że się do nich uśmiecham, kiedy przechodzą?). Wyszłam z psem na spacer, a ulicą na rowerze jechała jakaś nieznana mi pani. Pani zatrzymała rower, przeprosiła i następnie zapytała, gdzie kupiłam tabliczkę, która stoi przed moim płotem.
Odparłam, że nie wiem, bo to mąż mój własny skądś przytargał i postawił, po tym jak kilkakrotnie skonfrontował się niską kulturą wyprowadzających swoje psy, {bo przecież nie z niską kulturą psów}. Gdzieś ją kupił i uniesiony niezłym wkurzeniem postawił bez konsultacji ze mną i tak stoi.
- Fajna ta tabliczka – powiedziała pani. Taka jednoznaczna.
- O dziwo! Dodałam – ona  działa. Od czasu, jak stoi tabliczka, żadnej niespodzianki w postaci psiej kupy nie mamy. Po swoim zbieramy, to pewnie i pouczeni tabliczką właściciele sprzątają.

Jak widać na zdjęciu nie ma owa tabliczka w przekazie komunikatu pozytywnego, ale jak się okazuje edukacyjny posiada.
Znaczy – to, co mamy na płocie (lub przed), działa! Przekonałam się o tym już kilka razy.
Inną tabliczkę, która wisi na mojej furtce, dostałam w prezencie.
Pyszczek wypisz wymaluj moja Belka. Ofiarodawca uznał, że tekst o użyciu naszej terierki będzie bardzo zabawnym komunikatem. Zabawnym, bo po pierwsze jest w nim ukryta sugestia, że tu mieszka bestia. A to w przypadku naszej psinki JEST śmieszne. Po drugie, ucieszna jest myśl, że naszej terierki można użyć. Otóż nic bardziej mylnego. Jest to stworzenie w stu procentach niezależne, samodzielne i całkowicie nie do użycia. To raczej ona powinna wywieszać nasze zdjęcia z komunikatem kogo i do czego sobie używa. Ale tabliczka wisi i ludzie ją czytają.
Jeden z odbiorców tego komunikatu, tak poważnie potraktował ten tekst, że mimo zapewnień o żartobliwym charakterze wywieszki, stał za furtką, dopóki nie zamknęłam psa w pokoju  w odległej części domu. Wszedł blady  i nie wyglądał na rozbawionego, a ja poczułam się, jakbym miała w domu psa-mordercę. Takie osiem kilo wścieklicy i zajadłości. Z czarnymi ślepiami.

Tabliczki na płocie mają według mnie ogromną przyszłość. Być może będzie to wymarzone miejsce pracy dla niespełnionych pisarek na emeryturze. Myślę tu oczywiście o sobie, bo gdzieś ta erupcja talentu musi mieć miejsce. Po dzisiejszym znalezisku przygotuję bogaty zestaw propozycji tekstów rozwiązujący społeczne problemy.
Na przykład „Wpuszczam tylko tych ze szklanką do połowy pełną” albo „Uśmiechaj się do mnie, bo jak nie to zobaczysz!”
Będę miała zestawy dla nowożeńców, świeżo rozwiedzionych lub porzuconych. Hitem na pewno staną się tabliczki dla samotnych – na przykład „Człowieka potrzebuję”. Tabliczki będzie można wieszać także na drzwiach do mieszkań. Wtedy wzrośnie sprzedaż i wreszcie będę bogata.

A na swoich powieszę:
„Szczęśliwych zapraszam. Inni niech jeszcze poczekają”
Czytaj więcej »
#poznanscybambrzy

Jestem

09:51

Czasem tak mam, że zawieszę się na słowie i ono mnie nie opuszcza. Od kilku dni  zmagam się z „jestem”, bo dotarło do mnie, co ono tak naprawdę znaczy. Znam je od lat, naprawdę bardzo długo, używam w mowie i piśmie, umiem opisać znaczenie lub historię tego słowa, wpleść w związki frazeologiczne. Umiem zrobić wszystko to, co średnio wykształcony polonista potrafi, i rozumie, a co zwyczajnego człowieka (czytaj: nie polonistę!) przyprawia o zawrót głowy i głęboką niechęć, do tych, co życie potrafią sobie i innym skomplikować.
Daruję sobie wykład filologiczny, bo nie o ten aspekt mi chodzi. Odkryłam, co znaczy jestem. A właściwie, jak i kiedy czuję swoje „jestem”.
- Boże mój! Tyle lat łazi po świecie i dopiero teraz odkryła? – myśli moje „ja” sceptyczne, krytyczne i samooceniające. I czym tu się chwalić? -  dorzuca mściwie? Że co? Że motyle w brzuchu poczuła, Że łza szczęścia jej popłynęła?
- Ano właśnie! Trzeba mówić ludziom i sobie, że odczuwanie szczęścia, satysfakcji i radości z „jestem” jest naszym obowiązkiem – odpowiada moja ja liderskie (dziecięco –naiwne). Trzeba. Żyjemy w takim świecie, w którym bierność, zło, głupota i nienawiść otaczają nas na każdym kroku. Oglądamy takie filmy, czytamy takie książki i w głowach nam się od tego miesza. A nasze „jestem” to właśnie uczestnictwo i radość z zaangażowania. Bez tego, to nie jest żadne „jestem”, tylko urządzenie do jedzenia i wydalania.
Na moje szczęście moje liderskie „ja” jest silniejsze i bardziej pyskate, od tego sceptycznie pomniejszającego wszystko.
Dalej będzie o tym, jak trzykrotnie poczułam, że jestem.
I że mi z tym bardzo dobrze.
Najpierw w niedzielę po południu, poczułam to na moście Jordana w Poznaniu. O 14 przez Śródkę przechodził orszak z Bambrami w roli głównej.
Zorganizowano go z okazji 300. rocznicy przybycia Bambrów do Poznania. Dziś można powiedzieć, że są z nami od zawsze. Z dzieciństwa pamiętam piękne kornety i kolorowe, prześliczne stroje Bamberek, które uświetniały wszystkie procesje idące ulicami Chwaliszewa. Przyciągały moje oko i budziły szacunek dla trudu noszenia tego cudu na głowie. O tym, dlaczego idą w każdej procesji i jaka jest historia tych przybyszów, dowiedziałam się dopiero jako dorosła kobieta. W szkole nigdy o tym nie rozmawialiśmy i Bambrzy uciekli z edukacyjnego przekazu. Dlatego taką radość budzi we mnie inicjatywa, by obchody wspomnianej rocznicy przygotować w taki atrakcyjny sposób. Bambrzy wjechali do miasta. Może w ten sposób uda się odczarować pokutujące od czasów komunistycznych inne, pogardliwe  znaczenie tego słowa – bogatego prostaka ze wsi. Weszli pięknie, powitano ich z wielkim szacunkiem, a obserwującym ludziom bardzo się podobało. Stałam na moście i słyszałam, co mówili. I rosłam w dumę, bo wpółorganizatorem przemarszu jest Fundacja Puenta, w której jestem członkinią Rady Fundacji. Niczym się nie przyłożyłam do tego wydarzenia, ale to także w niczym mi nie przeszkadzało, by odczuwać dumę i radość. Z faktu, że idą, że kolorowo, radośnie i tak jak powinno być w MOIM mieście, którego JESTEM częścią. I że potem z dumą podpiszę kolejne sprawozdania, uściskam koleżankę Prezeskę i poczekam na kolejne niezwykłe pomysły. I przy okazji przypomnę, że słynny mural i instalacja „Zielona symfonia” na Śródce oraz mnóstwo innych zrealizowanych projektów, to dorobek Arlety Kolasińskiej i ludzi, których umie zachęcić do wspólnego działania.
Druga i trzecia radość z faktu, że jestem, pojawiła się w poniedziałek. Jedna po drugiej. Najpierw była informacja z Wydziału Zdrowia, że za chwilę pojawi się ogłoszenie o konkursie w wyniku którego, poznańscy seniorzy będą mieli program regrantowy. Mówiąc w wielkim uproszczeniu chodzi o to, by aktywni seniorzy, tacy z liderskim zacięciem, mogli uzyskać finansowe wsparcie na własne projekty realizowane dla innych seniorów. Zabiegałam o to rozwiązanie od dawna, ale publiczny pieniądz nie jest łatwy. Trwało. I znowu moja zasługa niewielka, bo to głównie urzędniczki Wydziału Zdrowia i pracownicy CIS-u przygotowywali wszystkie dokumenty i procedurę. Ale wkład swój mam i poczucie, że jestem po coś. To wspólny sukces wszystkich, którym zależy na tym, by Poznań był dobrym miastem do życia.
Zaraz potem dowiedziałam się o własnej wygranej w konkursie  „Szlak wolności od podstaw”, którego organizatorami są „Maszyna do pisania” i Urząd Marszałkowski.  Będę pisać reportaż o ….pracy organicznej, czyli o tym, co w życiu daje mi najwięcej radości.  Nagrody są bogate - warsztaty z pisarzami, publikacja mojego tekstu w zbiorze reportaży, kilkudniowy pobyt w pięknym pałacu Radziwiłłów, kilkanaście godzin w gronie ciekawych ludzi, rozmowy o literaturze, pisaniu, niepisaniu, pracy organicznej. I wreszcie kilka dni z koleżanką, która czyta szybciej, niż oddycha i przeczytała WSZYSTKO. Dawno się nie widziałyśmy. Tak się cieszę.
Po takiej dawce to ja wiem, że żyję
I JESTEM!
Czytaj więcej »