Mordki

13:00


Takie zdjęcie wita każdego, kto wchodzi do naszego domu. I prawie każdy wchodzący uśmiecha się do tych mordek. A mordki wiszą, jako memento, nie żadna tam banalna ozdoba z Castoramy za dziesięć złotych.
Memento, bo każdego dnia muszę sobie przypominać, że nic nie jest takie, jak mi się widzi. Memento, bym pamiętała, że łatwo jest w życiu dać się nabrać, a najłatwiej własnym wyobrażeniom, w czym ja jestem mistrzynią świata, a nawet pewnie więcej, ale kafeteria kategorii tego mistrzostwa na razie jest bardzo ograniczona.

Mordki na obrazku  są tak urocze, tak niewinne, tak sympatyczne, że można się w tych mordkach zakochać i stracić rozum, chwilę po utracie czujności. No i właśnie tak było, a właściwie jest ze mną. Żywa mordka psa sąsiadów zapadła mi w serce i kilka lat temu posiadłam na własność własną żywą – wypisz, wymaluj, jak ta na zdjęciu. Nie podejmę się dyskusji, kto kogo posiadł, ale trafił mi się osobnik, a raczej osobniczka wyjątkowo różna od mojego wyobrażenia o tym, co naprawdę w tych mordkach siedzi. I co z tej mordki wyjdzie, jak to mówią - „w praniu”.
Moja mordka jest kierowniczką wszystkiego. Kieruje nami, pilnuje Antoninka, pilnuje rewiru i żaden kot jej tu nie podskoczy. Generalnie my też nie podskakujemy, bo obserwując jej gwałtowne reakcje i determinację w interweniowaniu, to właściwie człowiek powinien bać się oddychać. Po ostatnich wyczynach, uznałam, że furia mojej suni może być siłą totalną i niszczącą. Przy czym nigdy nie była i nadal nie jest wypisana na mordce, jako cecha osobnicza. 
Otóż pewnego dnia z punktu obserwacyjnego w sypialni, gdzie Belka dojrzała w ogrodzie absolutnie wkurzającego kociambra sąsiadów, który ośmielił się samowolnie wkroczyć na nasz (czyli jej!) teren w celu wiadomym, rzuciła się ze skowytem z pokoju na piętrze po schodach, do drzwi wejściowych, przewracając po drodze dzieci i staruszków, rolując chodniki. W czasie tego szaleńczego biegu wrzeszczała po psiemu okrutnym złowieszczym skowytem. Wypadłszy do ogrodu, przez usłużnie otwarte drzwi wejściowe (była obawa, że wyrwie z futryną, więc Mąż porzucił papiery i dopadł do klamki, zanim ona wyrobiła się na zakrętach) Belka wpadła w krzaczory z takim impetem, że kot zamarł z przerażenia i zapomniał z wrażenia, po co przyszedł. Przyglądał jej się z boku, bo ona w szale pomyliła kierunki i zaryła nie w te krzaki, tylko po drugiej stronie domu.  Ale siła była w tym zaryciu ogromna.
Teraz,  po latach współżycia z żywym egzemplarzem mordki wiem dobrze, jak daleko mylący jest obrazek w zestawieniu z żywym przykładem. Mam nawet własną teorię, że nazwa tej rasy „terier” jest etymologicznie powiązana z terrorystą. Badam to zjawisko, ale kobieca intuicja, czyli nowoczesne narzędzie badawcze, mówi mi, że mam rację. Na pewno terrorystka gastronomiczną i łóżkową. Nie daj Panie Boże zdenerwować teriera. Właściwie terierkę, bo okoliczni koledzy Belki są znacznie spokojniejsi. Tak mi się wydaje.

Belka ma zresztą wszystkie cechy współczesnych kobiet. Jest świadoma swojej siły i bardzo rzetelnie wywiązuje się z przyjętych na siebie zadań. Potrafi walczyć o swoje, a jak trzeba zrobi awanturę. I wtedy jest z piekła rodem. Konsekwentnie uwodzi mojego Męża, a wywalczone przywileje egzekwuje z wielką starannością. Niczego nie odpuści. Mąż jest jej. Na wyłączność. Właściwie z tym trójkącie mam tylko ten przywilej, że mogę posłuchać czułych słówek. Co prawda nie ja jestem adresatką, ale zawsze to miło, że facet w wieku dojrzałym jeszcze je pamięta. Istnieje nadzieja, że i w stosunku do mnie ich kiedyś użyje, skoro posiada w zasobie. Koleżanki z mojej piaskownicy wiedzą, o czym piszę, a młodsze muszą poczekać, by zrozumieć, bo to zjawisko absolutnie niewytłumaczalne i dotyczące dojrzałych osobników płci przeciwnej i w dojrzałym związku. W każdym razie moja realna egzemplifikacja mordki wcale nie zabiega o dobre relacje ze mną, a nasze pożycie niewiele ma wspólnego z wyobrażeniem o nim, w chwili gdy człowieka uroczy obrazek mordki łapie za serce i ściska w mózgu ośrodek zdrowego rozsądku.
Niby niewinna mordka, a proszę! Belka pełną gębą. Silna, niezależna, wyemancypowana i zaborcza. A te czarne ślepka nie mają na co dzień tego niewinnego wyrazu. No chyba, że ciałko znalazło się przypadkiem koło stołu pańskiego, wtedy ślepka i mordka są znowu jak z obrazka. Niewinne, grzeczne i wzruszające. I wszyscy widzą wtedy tylko ten przekaz, który uwieczniła moja przyjaciółka z Krakowa na rysunku.

A memento? Wisi sobie i spełnia swoją rolę. Także wtedy, gdy nagle życie pokazuje swoja niefajną twarz i chciałoby się na blogu bluzgiem po oczach czytającego za polityków, za głupie ustawy, za lekceważenie obywateli, za odbieranie kobietom ich praw, za choroby, za starość, za nieszczęścia własne i przyjaciół i za tysiąc innych rzeczy w tym za orkan Fryderyk.
Takim bluzgiem od trzewi by się chciało.
A tu proszę! Nic takiego!
Terapeutycznie o Mordce Mojej. I o tym, że nic nie jest takie, jak nam się widzi.

0 komentarze