Pierwsze wrażenie

02:52

Zaraziłam się współczesną chorobą i w Grecji zrobiłam tysiąc zdjęć. Wszystko przez smartfon, bo dopóki miałam aparat fotograficzny,  to nawyki wykształcone w PRL-u , czyli oszczędzaj ujęcia, bo liczba klatek jest policzona, działały. I szczerze mówiąc zawsze wolałam się zachwycać widokami, niż je rejestrować. Wolałam gadać z ludźmi , niż pozować do zdjęć. Nadal wolę, ale doceniam możliwość powrotu do pięknych chwil. Nauczyłam się je cenić i czerpać radość z przywołania obrazem miłego wspomnienia, dlatego teraz koniec z oszczędnością, rozsądkiem. Stało się. Mają wszyscy fotograficzną palmę, mam i ja. Uczciwie piszę o tym , żeby ostrzec potencjalnych oglądaczy, że mam co pokazać i może być ciężko. Więc ostrożnie z propozycjami. Dodam oczywiście, że mój małżonek, zarażony wcześniej i z o wiele bardziej  ciężkim przebiegiem tej choroby, sfotografował dużo, dużo więcej. Razem stanowimy więc poważne zagrożenie.
Ponieważ nie chcę stracić czytelników, z tego tysiąca wybrałam tylko kilka, by wykorzystać je na blogu, jako ilustrację myśli, którymi chciałabym się podzielić. Zacznę te greckie wspomnienia i prezentacje od refleksji na temat siły pierwszego wrażenia!
Jest ogromna! Głównie dlatego, że  nigdy nie zrobi się pierwszego wrażenia po raz drugi! Wiedzą o tym wszyscy przeszkoleni przez trenerów na specjalnych kursach o budowaniu wizerunku. Jeszcze lepiej wiedzą ci, których przeszkoliło życie i którzy zrobiwszy niezbyt dobre wrażenie za pierwszym razem, musieli potem się ciężko napracować, by odrobić straty. Dlatego w folderach turystycznych proponujących wakacje zdjęcia hoteli są zawsze piękne. Dlatego także wszyscy potencjalni odbiorcy oferty podejrzewają manipulację i podstęp. Ja też tak mam. Hotel na greckie wakacje wybierałam starannie, dobrze wiedząc czego szukam. Bo w życiu już wiele razy przekonałam się, że nie ten hotel dobry, który ładnie sfotografowany i wielogwiazdkowy, tylko ten , który spełnia moje oczekiwania. No właśnie. I tu jest pierwszy poważny kłopot, bo trzeba jednak ustalić ze sobą, czego się chce. To wcale nie taki proste, szczególnie, gdy jedzie się w grupie i trzeba te chcenia jakoś uwspólnić. W biurze proponowano nam kilka obiektów. Zaparłam się przy jednym, bo urzekło mnie położenie nad samym morzem. Przekonałam pozostałych uczestników wyjazdu i tym samym podświadomie wzięłam na siebie odpowiedzialność za ten wybór.

Do hotelu przyjechaliśmy nocą. Najpierw my, a nasi znajomi kilka dni później. I każdy z nas kiedy stanął przed tym obiektem, był gotów uciekać. Bo pierwsze wrażenie było piorunujące i negatywne. W tysiącu zrobionych zdjęć nie mam tego, które teraz powinnam tu umieścić, dlatego odsyłam do zasobów internetu https://www.google.pl/maps/uv?hl=pl&pb=!1s0x149c62aeba1c9a7f%3A0x72e2ef9fa8bcd41d!2m5!2m2!1i80!2i80!3m1!2i100!3m1!7e115!4shttps%3A%2F%
Hotel wygląda trochę jak barak, trochę jak stodoła. Ja chyba najmniej się przeraziłam , bo w chwili wysiadania z autobusu, moją uwagę przykuł pies-właściciel, który siedział na schodach i przez to małe okienko wyglądał na ulicę. Wyglądał przepięknie i wcale nie zauważyłam, że hotel raczej nie wzbudza zachwytu. Ale wszyscy pozostali uczestnicy naszej grupy mieli wtedy poważny kryzys. Najtrudniej miała moja przyjaciółka, która zobaczywszy przed wyjazdem na FB fotografię naszego niespodziewanego wieczornego gościa, jechała do nas z poważnymi wątpliwościami, co do wyboru hotelu.
A ja wrzuciłam jego zdjęcie, nie po to by kogoś przestraszyć, tylko by szybko dowiedzieć się od mądrzejszych, co to nas odwiedziło. Bo takiego olbrzyma, to ja jeszcze w życiu nie widziałam. Był wielkości pudełka od zapałek. Budził szacunek. W dodatku wlazł do naszej łazienki przez otwarte okno, i spotkał się z moim mężem.
Stałam w aneksie kuchennym i coś robiłam do jedzenia, gdy nagle z łazienki usłyszałam głos mojego małżonka
- No nie! Ty tu ze mną mieszkać nie będziesz! – mówił to tonem zdecydowanym i ciarki mi przeszły po plecach, bo myślałam , że to do mnie. Skamieniałam w tym podsłuchu.
- Masz stąd natychmiast wyjść!- Jezu ! myślę sobie, ale o co chodzi? Ja? Tak zaraz? Przez lata wspólnego życia pokłóciliśmy się może trzy razy, więc gwałtowność tej reakcji była zastanawiająca. No , ale jak nie ja to co się dzieje? I trwam w nasłuchiwaniu
-Nie kochany! Tak się bawić nie będziemy! Tędy proszę! - no to ładnie! myślę sobie! Chyba nie chodzi o koniec związku, bo płeć moją dotychczas rozróżniał. Musi od słońca mu się porobiło? Jak pomóc obłąkanym turystom? – myśli galopują mi przez głowę
I wtedy mój Mąż – dla mnie prawie bohater narodowy, wychodzi z tej łazienki bez oznak obłąkania i z miną zwycięzcy mówi:
- Chodź pokażę ci, kto do nas przyszedł. I bierze mnie za rękę lewą, bo w prawej mam nóż na wszelki wypadek i wyprowadza na zewnątrz, gdzie na murze pod naszym już zamkniętym na wieki okienkiem od łazienki siedzi wielki karaczan wschodni, czyli jak się później dowiedziałam, po prostu wyrośnięty karaluch. A po sesji zdjęciowej wyniósł go w krzaki, z szacunku dla przyrody.
Ale hotel, mimo negatywnego pierwszego wrażenia,  zostanie w naszej pamięci jako najpiękniejsze miejsce na wakacje. W tak znakomicie spełniającym nasze oczekiwania miejscu jeszcze nie byliśmy. I z taką opinią wróciliśmy wszyscy.

Jaka ulga!
Czytaj więcej »

I po urlopie!

11:30
Okazuje się, że prowadzenie bloga daje człowiekowi mnóstwo okazji do frajdy. Nie myślałam, że przerwa w pisaniu i oczekiwanie na powrót do kontynuacji, mogą być tak inspirujące i przynoszące radość. Czuję się tak, jak przy radosnych szczęśliwych powrotach do domu, grona przyjaciół czy ukochanego psa. Uśmiechy, przytulenia, merdanie ogonem i podskoki są może mniej widoczne, ale w mojej wyobraźni istnieją i wywołują miłe uczucia. Cieszę się, że nie wzięłam laptopa. Urlop dobrze robi, no i ma swoje prawa. Przede wszystkim do…odpuszczenia możliwie wszystkiego. Wtedy ma sens i tylko wtedy może być naprawdę udany. Mój był.  Na pytanie,  jak było odpowiadam – cudnie. O szczegółach będę pisała w kilku postach. Nie po to zbierałam wrażenia i wekowałam wspomnienia, by teraz wszystko szast - prast, kawa na ławę w jednym poście. Nie biegłam jak zamroczona, nie spieszyłam się nigdzie, więc zauważyłam wiele i tym będę się dzielić. Bo greckie wakacje zasługują na długie wspomnienia.

Dziś zacznę od końca, od podróży do domu. Tak się jakoś dziwnie składa, że ilekroć wyjeżdżam z kraju za granicę, to natrafiam na taksówkarzy, którzy swoimi monologami upewniają mnie, że mamy jakiś narodowy problem z samoakceptacją, niską samooceną, a świat generalnie wali nas w rogi. Baranie oczywiście, bo jesteśmy jako te barany  wykorzystywani, ale na to zasługujemy, bo każdy Polak to „gupek” i nawet lubić nas nie można. To znaczy taksówkarz nie może, bo mnie o zdanie nie pyta. Na lotnisko z mojego domu jadę około 30 minut. Gdzieś tak w połowie tej trasy kończy się moja cierpliwość i mam ochotę wyrazić własne zdanie. Odmienne rzecz jasna, choć  z każdym kilometrem trudniej nie przyznać mojemu rozmówcy racji w kwestii, że nie da się nas lubić. A jego na pewno. No i wtedy najczęściej tak się wkurzę, że jak wsiadam do samolotu, to nic mi nie przeszkadza. Żaden rodak, bo każdy lepszy od tego faceta, co mnie dowiózł. Tak było i tym razem. Wyjeżdżałam ze wzmocnionym przez korki komunikatem o głupocie, pazerności i chamstwie wszystkich. WSZYSTKICH! Bez wyjątków. Zdanie odrębne wyraziłam na Libelta i tylko wzmocniłam wywód znawcy dusz ludzkich i stosunków społecznych. Wszyscy kradną, i wszyscy są głupi.  On nie i jego córka, którą zdążył ustawić(!) , też nie. Nie dopytałam o pozostałych członków rodziny, bo dojechaliśmy, a ja rzuciłam się do bagażu, jak młódka. Byle uciec.
Powroty są gorsze. Bo człowiek taki wypoczęty, odzwyczajony od narodowych przywar, nafaszerowany słońcem i śródziemnomorską uprzejmością. A tu bach – bezpośredni kontakt z rodakiem już w autobusie  na lotnisko. Wsiadaliśmy jako ostatni do autobusu i przed nami była krótka droga. Urozmaicała ją mała – trzyletnia może dziewuszka, która była nastawiona negatywnie. I głośno informowała wszystkich, że tak jest. Nie przeszkadzało to żadnemu z jej rodziców, a mała robiła taką klasyczną awanturę z wrzaskiem, kopaniem, waleniem zabawkami. Jej NIEEEEEEEEEE słyszeli wszyscy i przez cały czas. Zmieniało się tylko nasilenie głosu, bo czasem słabła. Rodzice nie reagowali wcale. Głusi? Moi by mnie zabili, ze trzy razy. A tamci spokój i zero emocji.  I wtedy mąż przypomniał mi, że specjalnie na takie okazje kupił profesjonalne słuchawki wygłuszające dźwięk. Ale niestety, zostały w domu.

W kolejce do odprawy stawaliśmy daleko od tamtej rodziny, z nadzieją, że dzieweczka w kryzysie i spokojni rodzice usiądą jak najdalej. Mijaliśmy się na lotnisku wiele razy i stan się nie zmieniał. Przedziwne. Ale to było tylko preludium, bo w grupie pasażerów młodych rodzin z maleńkimi dziećmi i troszkę starszymi, za to wrzeszczącymi, było naprawdę bardzo dużo. Wejście do samolotu, jest jak losowanie na loterii. Dopóki nie usiądziesz, nie wiesz ,co cię czeka. Bo tu już nie ma zmiłuj. Mała przestrzeń i bardzo podatny grunt do konfliktów. Boję się dzieci, bo one głośnym krzykiem mówią swoim rodzicom, że dzieje im się krzywda. A inni pasażerowie muszą to wytrzymać. Obok nas siedział młody wysoki mężczyzna – taki staranie wygolony, z rzeźbioną sylwetką, opalony na oliwkę ze starannie wypracowanym luzem w wizerunku. Przed nami natomiast rozgościło się młode małżeństwo z może półrocznym Adasiem, który był spokojny tylko do chwili zapięcia pasów. Wtedy Adaś ryknął i tak trwał. Ja zamarłam powalona siłą jego głosu,  mąż dorzucił „A zatyczki zostały w domu!” a Wyrzeźbiony wydał z siebie dźwięk ludzki, który w przybliżeniu brzmiał „k…a, ja go zabiję”. No to po urlopie! pomyślałam sobie, bo z Adasiem i potencjalnym mordercą szykowała mi się niezła jazda. Do krzyku Adasia włączyły się pozostałe dziateczki, a tatuś Adasia zrobił mu selfie, żeby zobaczył, jak brzydko płacze. Nie był zainteresowany. Jakaś paranoja z tymi rodzicami– pomyślałam. Skupiłam uwagę na pokazie zachowań na wypadek awarii. Wyrzeźbiony też. Kiedy stewardesa skończyła, poprosił ją, by mu wskazała raz jeszcze, gdzie są wszystkie potrzebne sprzęty, zajrzał pod fotel i wszystko sprawdził. Wydawało się, że mamy opanowaną sytuację.
I wtedy z kabiny pilotów wyszedł pilot i w języku bliżej mi nieznanym będącym kompilacją polskiego, angielskiego i jego własnego (Serb? Szwed? nie wiem) przekazał nam informacje, że samolot jak samochód czasem ma awarię i właśnie mamy drobny problem techniczny (uwielbiam eufemizmy ale to cytat!) i drugi silnik nie chce zastartować. Głos pilota przedzierał się przez wyjące dzieci, ja czułam jak zalewa mnie gorąco i mam ochotę uciekać, Wyrzeźbiony puścił wiąchę, a jego narzeczona chwyciła go za rękę i gładziła uspokajająco po głowie. Kobieta z tyłu zadeklarowała głośno , że już się k….a nigdy nie da namówić na żadne loty i tylko polski Bałtyk, a mój mąż na szczęście nie powiedział nic. Potem stewardesa przetłumaczyła na polski starannie dobierając słowa, zebrani zamilkli w przerażeniu, dzieci wyły. Zaserwowano wodę na uspokojenie,  a ja znowu zrobiłam się religijna. Wyrzeźbiony nie wypił, tylko wpatrywał się tępo przed siebie. Chyba był na jakichś prochach. Trwał tak w bezruchu do startu czyli dobre pół godziny.

Potem już było normalnie. Prawie. Silnik odpalił, samolot wystartował i rozpoczął się serwis. Ale Wyrzeźbionemu zamieszanie przeszkadzało i kiedy wózek dojechał do naszego rzędu i kupowałam kawy,  nie wytrzymał i rzucił w przestrzeń „Ludzie! Co wyrobicie? Przecież to tylko dwie godziny”. I wtedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam stewardesę w akcji. Była świetna. Zareagowała natychmiast. Była bardzo zasadnicza i z miłej, grzecznej, przekształciła się natychmiast w silną i stanowczą. To ona zarządzała całą sytuacją. Jej pytanie „Jakiś problem? Ma Pan problem? W czym mogę Panu pomóc? Spowodowały, że Wyrzeźbiony zamilkł i grzecznie siedział. Niczego już nie komentował. Adasia nie zabił. Mnie też udało się przeżyć.
Wylądowaliśmy  szczęśliwie z małym opóźnieniem. Ja z przekonaniem, że cena, którą płacimy za to szybkie przemieszczanie się, jest jednak bardzo wysoka. Łatwo nie jest, a podróż to zdecydowanie najtrudniejszy element wakacji.

Dla wszystkich!
Czytaj więcej »

Tuż przed odlotem

04:12

Patrzę na swoją spakowaną walizkę i zastanawiam się, kiedy zmądrzeję. I czy w ogóle uda mi się kiedyś zmądrzeć. Już chyba tysiąc razy obleciałam dom w poszukiwaniu kolejnych rzeczy, które są niezbędne i które gdzieś, ktoś pochował. Kręgosłup boli i domaga się odpoczynku. I wcale nie pomaga mu zapewnienie, że jutro będzie leżał.  Jednak miłość do słonecznej plaży z gwarantowanym słońcem, ciepłymi wieczorami, grecką muzyką i wycieczkami do maleńkich wioseczek pogubionych w górach jest większa niż zamieszanie, które trzeba przejść, zanim człowiek wyjedzie. Tym razem miało być inaczej. Wakacje kupione z wyprzedzeniem, czas na przygotowanie wszystkiego, będzie spokojnie. Tak myślałam. Nic bardziej mylnego. Musi być kipisz, rewolucja i Sajgon, żeby potem były wakacje. A może to także przywilej wieku, że wszystko trwa dłużej i jest trudniejsze?
Rzutem na taśmę wpisuję przedwakacyjny post. Nie zabieram komputera, więc nie będę mogła nic napisać przez okres urlopu. Nawet, jak będzie mnie korcić, słowa będą się cisnąć, a  ręka świerzbić. Nie będę szukać zasięgu i nerwowo sprawdzać poczty. Nic z tych rzeczy! Pełen odwyk. Liczę na to, że mój uroczy małżonek, podobnie jak w roku ubiegłym, wskoczy do wody ze swoim telefonem w kieszeni spodenek. Zrobił to pierwszego dnia i tym samym zafundował nam obojgu najpiękniejsze wakacje. Nie było Internetu, nie było rozmów z partnerami biznesowymi. Było cudnie. Prosiłam o powtórkę! Obiecał, że przemyśli.
Przed wyjazdem miałam napisać o wydarzeniach ostatnich dni. O nieudanym spektaklu „Truciciel”, który gościnnie pokazał Teatr Krystyny Jandy w poznańskiej Operze. Ale było tak nudno, że nawet wspominać mi się nie chce. I nie wiem, kto męczył się bardziej – widownia, czy aktorzy. Dlatego nic więcej na ten temat. Miało być jeszcze o tym, co mi ucieknie w związku z wyjazdem. O planowanym obiedzie z Prezydentem, w którym nie wezmę udziału, o uroczystości kolejnego  „lecia” uczniów Marynki, które mnie ominie, o ważnych spotkaniach i projektach, które zostawiam. Ale na to też już nie mam czasu.

Drodzy Czytelnicy! - Lete na Krete!
Jak wrócę to napiszę.

A teraz już tylko leżak i książki! Mam ich pełną walizkę i jeszcze czytnik!
Czytaj więcej »

Myśl trzeba siać!

00:00
Telefon zadzwonił, kiedy po raz kolejny podjęłam próbę kupna butów na lato i jak większość kobiet w tej sytuacji głowę miałam naprawdę zaprzątniętą czym innym. Zanim znalazłam aparat w torbie i odebrałam, sklep wielokrotnie wypełnił się dźwiękiem melodyjki. Nieznany numer i nieznany głos z pytaniem, czy rozmawia ze mną. I dopiero potem informacja, że nasza praca była najlepsza, i że mi gratulują. Zanim połapałam myśli i zorientowałam się, o jaką pracę chodzi minęła dobra chwila. Minę musiałam mieć nietęgą. Na szczęście skojarzyłam.

Ogłoszenie o konkursie Urzędu Miasta i Gazety Wyborczej  „Poznań naszych marzeń” zobaczyłam w kwietniowej gazecie. Pomyślałam sobie wtedy, że może warto byłoby wziąć w nim udział. Nie dla nagrody, ale by zabrać głos w ważnej sprawie. A nawet najważniejszej, bo w naszym  własnym interesie. Przekonałam do udziału jeszcze dwie osoby, używając właśnie tego argumentu – nieważne, czy i co wygramy. Myśl trzeba siać! Bo z tego siania, zawsze coś wykiełkuje. Trzeba mówić o tym, czego byśmy chcieli, a nie tylko o tym, co jest beznadziejne. Trzeba mieć pomysły, trzeba się nimi dzielić i  trzeba szukać możliwości ich rozwiązania oraz ludzi, z którymi moglibyśmy je zrealizować. Takie były moje intencje.
Nikogo nie musiałam prosić, przekonywać. Mam szczęście do ludzi i projektów. Dlatego ta wygrana cieszy podwójnie, bo praca powstawała w radosnym akcie tworzenia. Sama przyjemność wymiany myśli.
Wielkim wyróżnieniem było zaprezentowanie naszych marzeń i pomysłów na zmianę w Poznaniu przed Radą Mentorów i Prezydentem Jackiem Jaśkowiakiem. Szłam tam z nadzieją, że posieję myśl na dobrym gruncie.  Mam wrażenie, że tak się stało. Na pewno udało mi się przekonać moich słuchaczy, że Poznań z perspektywy seniorów można i należy poprawić. I, Drogi Czytelniku! – to nie dla twojej Mamy czy Babci należy to miasto zmieniać. To dla Nas! Dla Ciebie, dla mnie. Bo od bycia seniorem nie ma ucieczki. Niestety! I jeszcze jedno ważne – wiem na pewno, że bez społecznego ruchu, bez nacisku potrzebne zmiany się nie dokonają. Po mojej prezentacji głos zabrał Prezydent Jaśkowiak i powiedział według  mnie rzecz najważniejszą – w Poznaniu jest około 130 000 seniorów. To jest armia ludzi i morze potrzeb. Ale to jest także ogromny niewykorzystany potencjał. Nie do pomyślenia, jak marnowany. Swym wystąpieniem umocnił mnie w przekonaniu, że warto było poświęcić czas temu zagadnieniu.

Jednak najważniejszą nagrodą dla mnie jest ogłoszenie wyników i prezentacja głównych myśli naszego tekstu w świątecznym numerze Gazety Wyborczej, w dniu 4 czerwca! To cenię sobie najbardziej i jestem z tego faktu bardzo dumna!
4 czerwca 1989 oczywiście głosowałam. Wiadomość o zwycięstwie przyjmowałam z satysfakcją, ale i niewiarą, że nam pozwolą na wolność. Zresztą tak naprawdę, to nikt w moim otoczeniu nie wiedział, jak ta wolność ma wyglądać. My chyba nawet nie umieliśmy jej sobie wtedy wyobrazić i może dlatego nie umieliśmy nią się cieszyć, nie nauczyliśmy tej radości naszych dzieci.  Po 27 latach wiem na pewno, że wolność jest dla mnie najważniejsza. I ludzie, z którymi dzielę radość z faktu bycia członkiem wolnego narodu.

Ten post zrobił się taki wyjątkowo podniosły, ale na blogu też święto! To już okrągły 60 wpis ze stale rosnącą liczbą odwiedzających. Kolejny powód do dumy i wielkiej radości!
Z tej okazji wszystkim Czytelnikom życzę, by świętowanie dnia wolności uwolniło marzenia, uruchomiło potencjał i przyniosło radość. A potem, byśmy mogli się z kimś naszą dumą i radością podzielić.

Piękne uczucie!
Czytaj więcej »

Sąsiedzkie rozmowy

09:49
Mieszkam w Antoninku - miejscu najpiękniejszym na świecie. Przynajmniej tak sobie o nim myślę. Jest tutaj wszystko to, czego potrzebuję do życia. Las, woda, piękne tereny spacerowe, łatwy i szybki dojazd, dostęp do komunikacji publicznej, blisko do centrum miasta. Żyć, nie umierać! Trafiłam tu przez przypadek prawie 20 lat temu i kiedy potem różne zawirowania życiowe spowodowały, że musiałam się przeprowadzić, to obudziły się we mnie wszystkie duchy przodków - bojowników o prawo do swego miejsca na Ziemi. Drzymała był mi idolem, a moja determinacja rosła z każdym kolejnym oglądanym domem, zlokalizowanym w innym miejscu, niż Antoninek w Poznaniu.  Czepiłam się tego miejsca pazurami. Tak długo szukałam, tak kombinowałam, by nie zmienić lokalizacji, że w końcu się udało. I każdego dnia myślę sobie, że należę do grupy wybrańców, bo mieszkam w takim wyjątkowym miejscu.
Tego dnia jechałam do miasta po jakieś zakupy. Ważne: jeżdżę wszędzie komunikacją miejską lub rowerem. Do wyboru mam autobus, tramwaj i pociąg (ten do centrum dojeżdża najszybciej!). Wybrałam autobus, bo tak było najwygodniej. Poszłam na przystanek osiedlową uliczką. Piękna pogoda, majowy poranek. Po drodze kwitnące ogrody, śpiew ptaków, znajome Burki i Brysie, bezimienne kociska-chuligany przebiegające po bruku i chowające się pod zaparkowanymi gdzieniegdzie eleganckimi samochodami. Wszystko zadbane, ładne i znajome. A przystanek z ławeczką zalany słońcem i zielenią. Czego chcieć więcej? Usiadłam sobie taka rozanielona i smakowałam wydzielające się endorfiny

I wtedy przyszedł ON!
Pewnie trochę starszy ode mnie, ale raczej niewiele. Wysoki, dobrze ubrany, szczupły, szpakowaty – generalnie robiący dobre wrażenie starszy Pan. Powiedzieliśmy sobie dzień dobry, obdarowaliśmy uśmiechem i Pan usiadł koło mnie.

- Strasznie w tym Antoninku! Żyć tu się nie da! – zagadał do mnie, bo nikogo innego nie było. Zamurowało mnie, oślepiło, ogłupiło i mowę odebrało!
- Ale że niby co? – zadałam inteligentne pytanie, bo na twarzy nie mam napisane, że ja kształcona jestem, to mogę sobie zadać, jakie chcę. I wgapiłam się niego oczętami wielkimi jak spodki, bo jeszcze nigdy w życiu takiej herezji nie słyszałam.
- No jak co! autobus jeden, dojechać nie ma jak – żyć się nie da! odpowiedział mój nowy znajomy.
- A pan potrzebuje więcej autobusów? Dwoma Pan będzie jechał? – zapytałam podtrzymując konwencję kompletnej kretynki.

- No nie – zgodził się ponuro, by po głębokim westchnieniu dorzucić: Ale tu jest beznadziejna komunikacja. Pani! Ja tu mieszkam od czterech lat i tu się żyć nie da. No po prostu jest strasznie. Patrz Pani – jeden autobus na godzinę. – spojrzał z żalem na mnie i na rozkład jazdy nad moją głową. Dzieci mnie namówiły na przeprowadzkę. A ja takie miałem mieszkanie, cztery pokoje w bloku na Osiedlu Czecha. Pani, jak tam się mieszkało. A tu co! Ja tu nikogo nie znam. Ja tu umrę!
- Od braku komunikacji Pan umrze? Czy od braku autobusu? – dopytałam błyskotliwie, ale cienkiej aluzji nie pojął, taki był zdołowany.

Najpierw mnie zirytował. No bo jak może się mój najpiękniejszy na świecie Antoninek nie podobać? Matko! Ludziom się w głowach przewraca. Facet ma dom, obok las, ptaki mu śpiewają, do tramwaju blisko, autobusy śmigają punktualnie, wszystkie usługi na miejscu i chce umierać, bo w tych warunkach żyć się nie da?
Potem pomyślałam sobie, że mu smutno, bo sam. A wiadomo, jak człowiek sam, to mu na oczy pada i urody świata nie widzi. I z tego niewidzenia i żalu gada głupoty.
Wtedy podjechał autobus i wsiedliśmy. Miejsc siedzących było pełno i mogłam usiąść gdziekolwiek. Ale jak człowiek ma umierać i nikogo nie zna, no to co mi szkodzi pogadać i bezinteresownie pomóc. Cierpiącemu. Usiadłam koło nowego znajomego. Wyraźnie się ucieszył.

A potem dostałam za swoje.
Pan Sąsiad w ciągu 8 przystanków opowiedział mi o wszystkich głupstwach które zrobił w ostatnich pięciu latach. Leciał po tematach z szybkością odrzutowca. Jest głupi, bo posłuchał dzieci. Koledzy są mądrzejsi od niego, bo sprzedali już swoje domy i uciekli z Antoninka. Był idiotą, bo za tanio sprzedał swoje mieszkanie. I nie był taki cwany, jak sąsiad z dziesiątego piętra, który sprzedał dwa lata wcześniej o 100 000 zł drożej. A przecież on miał lepsze, bo na pierwszym piętrze. I dodatku miał super zrobione, ale nowy właściciel wszystko sobie zmienił i nic mu nie zapłacił. To było preludium. Potem przyszedł żal za minionymi czasami, przerywany beznadziejnością wszystkich polskich rządów, gównianą emeryturą i uchodźcami. Acha! Jeszcze Żydzi i homoseksualiści przewinęli się w tej logorei. I ogólne chamstwo.

Matko! Nawet nie próbowałam przerwać, bo cwałował po tych swoich klęskach z takim zacięciem, że i tak niczego, by nie usłyszał. Jeszcze nigdy tak szybko nie stawałam przy drzwiach, szykując się do ucieczki. Autobus skręcał na podjazd, a ten mój gotowy na śmierć sąsiad na koniec zwierzył się, że jest emerytowanym nauczycielem i to, co teraz dzieje się w edukacji, to zgroza.
Wysiadłam na swoim przystanku, żegnana tęsknym spojrzeniem mojego Sąsiada z osiedla. Pewnie tyle by mi jeszcze opowiedział. A ja z wdzięczności, byłam gotowa całować ślady opon pojazdu uwożącego tego Pana. Chwała komunikacji publicznej - musi odjechać!

Teraz rozumiem dlaczego jego wszyscy koledzy sprzedali swoje domy i wynieśli się z Antoninka. Też bym sprzedała, gdybym miała tego słuchać częściej.
A swoją drogą – ludzie to mają ciężkie życie!
Najczęściej sami ze sobą!
 

 

Czytaj więcej »

Kotek a sprawa polska

01:49

Mam wrażenie, że przyciągam do siebie specyficzne jednostki. Albo inaczej – że mam wyjątkowy dar do wpadania w sytuacje przedziwne. Taka historia: piątek po południu, zaczyna się weekend. Umówiłam się koleżanką w dużej galerii handlowej w Poznaniu. Ja miałam coś oddać, ona coś kupić, słowem każda z nas ma tam sprawę do załatwienia. Obie przyjeżdżamy po pracy i jesteśmy zmęczone. Każda na swój sposób ma dość. Ale przy życiu trzyma nas perspektywa podreperowania upadającego ducha czymś smacznym. No więc wysiłkiem nieludzkim mobilizujemy zwiotczałe członki. (no dobra! ja mobilizuję, bo ona młodsza! ) i zmierzamy do naszej ulubionej kawiarenki z ogromnym wyborem wszystkiego, co zakazane, kaloryczne i kuszące. Pech chciał, że tych z upadającym duchem, wiotczejącym ciałkiem i niedożywionych pełna galeria i w cukierni kolejka, jak po papier toaletowy w PRL-u.
Pokornie staję w tym ludzkim zawijańcu, w celu złożenia zamówienia i do kasy, koleżanka siada przy wolnym stoliku, bo tych także brakuje. Kiedy już swoje odstałam i wracam do stolika. Moja przyjaciółka trwa na posterunku i broni sobą tego przyczółka w tej piątkowej bitwie o przeżycie. Usiadłyśmy w tak zwanym ogródku, czyli w miejscu, które z ogrodem nie ma nic wspólnego. NIC! Może jedynie płot, a raczej płoteczek oddzielający stoliki kawiarniane od tłumu pielgrzymów wyznających konsumpcjonizm, wędrujących w obie strony tej świątyni. Czekamy, aż kelner przyniesie zamówione przeze mnie specjały w dawkach ratujących życie i skupiamy się na sprawach niezwykłej wagi, czyli co nas dzisiaj wkurzyło. Kątem oka widzę, że przy zwolnionym właśnie stoliku obok zasiada pan z dzieckiem. Pan raczej w wieku dziadka, dziecko to chyba dziewczynka około 5 lat, ale to nigdy nie wiadomo. Na stoliku stoją jeszcze brudne naczynia po poprzednich gościach. I nagle pan zwraca się do mojej koleżanki, z prośbą o przypilnowanie stolika, bo „ona” – tu wskazuje na dziecko, nie chce zostać, a trzeba zamówić.
Koleżanka kiwa głową na znak zgody. Może dlatego kiwa, że właśnie kelner zmierza do nas z tacą naszej racji żywnościowej i jest szansa, że znowu duch z ciałem się połączy? A może dlatego, że wychowana w PRL-u ma wdrukowane poczucie wspólnoty tych , co zdobyli jakieś dobro lub zdobyli pozycję kolejkową, czyli szansę to dobro, bo przecież wolny stolik to właśnie takie dobro, jakże często w PRL-u nieosiągalne. A może dlatego, że dla świętego spokoju kiwa wszystkim, bo wcale nie uważa, żeby z tego kiwania miały płynąć jakieś konsekwencje? W każdym razie kiwnęła. I pan się skierował do kolejki. Ale chyba kiwnęła niezbyt przekonywająco, bo w połowie drogi zawrócił i chcąc zaznaczyć swoją pozycję posiadacza stwierdził:
„To ja posadzę kotka” i na kanapce przed zastawionym brudnymi naczyniami stolikiem posadził maskotkę kotka wielkości męskiej dłoni. I odpłynął w kierunku kolejki. A my zajęłyśmy się posiłkiem regeneracyjnym i restauracją nadwątlonego ciała.

A potem wszystko działo się bardzo szybko. Do stolika obok podeszła kelnerka, by pozbierać brudne naczynia i oczywiście kotka potraktowała, jako porzuconą zabawkę, a nie  dowód zajęcia i wsadziła go na tacę z zebranymi akcesoriami. Chwilę potem z tłumu płynącego nieprzerwanie w obie strony oderwała się młodzi kobieta i mężczyzna na wózku inwalidzkim i postanowili usiąść przy z pozoru wolnym stole. Kobieta stanęła przy płotku i rzuciła w  przestrzeń:
-Ten stolik wolny – nawet nie pytała, tylko raczej stwierdziła. Mogłam milczeć, ale przecież wspólnota, przecież zobowiązanie, przecież koleżanka kiwnęła, a to tak jakbyśmy razem kiwały, a jak razem, no to…..Zanim pomyślałam, usłyszałam swój głos.
- Nie! tu siedzi kotek - i wtedy podniosłam głowę i zobaczyłam oczy tej kobiety. Jak rosły i okrąglały.

-Kotek? - powtórzyła i odsunęła się od płotu przyglądając mi się  wyraźnie poruszona.
- No kotek! Tu siedział! I - mniej pewnie dodałam - Ktoś go sprzątnął – widząc, że pogrążam się coraz bardziej, a oczy kobiety zbliżają się do granicy wytrzymałości. Moja kiwająca głową obcym facetom przyjaciółka tym razem pochyliła się nad swoim pucharem, chowając wesołość malującą się na twarzy, a ja – odpowiedzialna społecznie bohaterka ludowa, społecznica z ADHD wstałam od tego życiodajnego posiłku i rzuciłam się do kolejkowego zawijańca w celu odszukania faceta, któremu przyjaciółka kiwnęła głową i ratowania swojego honoru zdrowej przynajmniej na ciele, bo na umyśle to jednak chyba nie całkiem.

Kolejka była pełna mężczyzn z dziećmi, a ja temu naszemu się nie przyjrzałam. Słyszałam głos, ale szczegółów więcej żadnych nie kojarzyłam. To który to?  Jedyne, co mogłam zrobić to stanęłam i powiedziałam głośno do wszystkich „Proszę Pana, ukradli Panu kotka”
Wszyscy w kawiarni odwrócili się w moim kierunku, ale właściwy znalazł się natychmiast i rzucił do stolika, jakby chodziło o miliony. Stojąca za płotem kobieta miała oczy ogromne i patrzała, jak facet w mocno średnim wieku dobiega do stolika, z okrzykiem „Gdzie jest mój kotek? Ukradli mi kotka?”, następnie stwierdziwszy jego brak, robi zwrot przez lewe ramię, cwałem gna do kawiarni, przedzierając się przez tłum  z okrzykiem „Oddajcie mi kotka” , odbiera kotka z rąk wybiegającej z kuchni kelnerki bez tacy i jak pierwszoligowy zawodnik wykonując zwody i uniki dobiega do stolika i triumfalnie sadza kotka na stole. A stojącym za płotem kobiecie z wielkim oczami i mężczyźnie na wózku inwalidzkim wyjaśnia:

„Tu siedzi kotek! A ja kupuję lody”
I wtedy mężczyzna na wózku zapytał po niemiecku, o co chodzi, a oniemiała dotychczas kobieta wyjaśniła również po niemiecku,  że tu…. siedzi kotek.

Teraz Niemiec patrzał na mnie ze znakiem zapytania w oczach, wyraźnie nic nie rozumiejąc. I już miałam wstać, i zacząć tłumaczyć, bo przecież cudzoziemiec, bo staropolska gościnność, bo trzeba pomóc słabszemu i skołowanemu….ale instynkt obronny i wyobraźnia podrzuciły mi myśl, w co wdepnę, gdy zacznę tłumaczyć rolę kota, silną potrzebę władzy mężczyzn przejawiającą się postawą „moje musi być na wierzchu” i zachowania społeczne z innej epoki. To bym sobie dopiero konflikt zmajstrowała – z obcokrajowcem, potomkiem wroga odwiecznego, niepełnosprawnym i w dodatku młodszym (więc jeszcze konflikt pokoleniowy). I to wszystko dostawałam od losu w pakiecie.  I jak mu wyjaśnić, że w Polsce mężczyźni – posiadacze kotów mają jakąś siłę tajemną i największą władzę. Nie znam nikogo, kto umiałby to wytłumaczyć i ja też  tego nie rozumiem.
Schowałam się za swoją filiżanką i zajęłam ratowaniem nadwątlonego stanu ciała i ducha.

Trudno! Niemiec sam musi to ogarnąć.
Taki kraj.

Czytaj więcej »

O skutkach teatralnych uniesień

11:58
 


Uwielbiam ludzi gotowych na wszystko. Wystarczy do nich zadzwonić, ba! wysłać sms. I już są! Idą, jadą, wchodzą w to. Miej ich Panie w opiece, bo póty mego życia, póki oni w moim zasięgu. W niedzielę zobaczyłam, że w poniedziałek do Poznania przyjeżdża Teatr "Polonia" ze sztuką Różewicza „Na czworakach” z Jerzym Stuhrem w roli Laurentego i Wiesławem Komasą, jako kolegą Sitko. Nie lada gratka dla polonistów i miłośników teatru.  Przeoczyłam plakaty, nie sprawdziłam repertuaru. Mea culpa! Ale czasem i ona się na coś przydaje – culpa znaczy się! Wtedy jest okazja do sprawdzenia bojem deklarowanych gotowości do….(tu należy wpisać rodzaj deklarowanej gotowości w zależności od potrzeb!). Robi się to tak - sms w niedzielę, w porze obiadowej z pytaniem czy kupić bilet – jak będzie! i już wszystko wiadomo! Wiadomo komu się chce, kto ma potrzebę, kto nie zdziadział i nie ulega naturalnemu procesowi odpuszczania – czyli powolnego starzenia się.
Ćwiczę w tej gotowości moje przyjaciółki ukochane i najbliższych z determinacją godną lepszej sprawy. Widać, że się nie zasiedzieli, bo czego bym nie wymyśliła to idą , jak w dym. Tym razem próba była naprawdę ogniowa, bo w sprzedaży internetowej miałam wybór bardzo ograniczony. Ostatnie cztery bilety na III balkonie w Operze to rarytas dla prawdziwych koneserów i kamikadze gotowych na wszystko. Takich teatralnych desperados. Wiadomo, że tam to już nie tylko niewiele widać, ale i słychać też słabo.  A upływ czasu widać po zakupie miejsc na widowni teatralnej.  Już nie wszędzie można - mówiąc wprost. Jeśli chodzi o wybór miejsc, to po wspólnym wyjściu na „Skrzypka na dachu” stałam się bardziej ostrożna. Wtedy wszyscy zaproszeni przeze mnie i ja także, mieliśmy ogromnie silne uczucie dyskomfortu z powodu zajmowanych miejsc. Baliśmy się ruszyć, bo II balkon (z boku) w poznańskiej Operze, to gwarancja przeżyć,  jak w bocianim gnieździe. Człowiek ma wrażenie, że fotel wisi w powietrzu i każdy ruch siedzącego spowoduje koniec tego dyndania w przestworzach. Przez cały czas siedzieliśmy sztywno, wbici w oparcie. Ale słychać było świetnie, i nawet kontakt wzrokowy z aktorami był dobry.
Informację  o biletach na  III balkonie – a więc uczciwe ostrzeżenie, że gorzej może być tylko na żyrandolu - przyjęły spokojnie. Nawet z pewną ulgą – głównie finansową! Bo różnica w cenie jest ogromna, a przy częstych mobilizacjach,  udział w życiu kulturalnym może finansowo wykończyć każdego. Poprosiły tylko, bym wzięła lornetkę, żeby chociaż mieć pewność,  czy to sam Mistrz Stuhr na scenie.
Mistrz był. W dodatku w znakomitej kreacji, w przedstawieniu, które zadziwia swoją aktualnością. Różewicz pisał ten dramat przez 7 lat od 1965 do 1972 roku. Trzeba być wielkim twórcą, by tak uchwycić to, co ponadczasowe, trwałe i niezniszczalne. A potem wydobyć to na scenie i pokazać w sposób zrozumiały i zabawny. To był piękny wieczór dla oczytanych inteligentów, którzy mogli obserwować grę słów, grę z konwencją, aluzje literackie. Byłoby oczywiście lepiej, gdyby mogli jeszcze usłyszeć wszystko i brać udział w tej intelektualnej zabawie. No ale wszystkiego mieć nie można.  Lornetka też się nie sprawdziła, bo jak się okazało wszystkie mamy tak skomplikowane wady wzroku, że nawet nie umiemy przez nią patrzeć.  Zresztą, kiedy chciałam sprawdzić, czy Dorota Stalińska grająca Pelagię też jest  prawdziwa i podobna do siebie, to ona właśnie zrobiła figurę gimnastyczną zwaną gwiazdą i  przez okulary lornetki przeleciały mi dwie nogi w leginsach. Najpierw przez jedno, a potem prze drugie oko i tyle widziałam Stalińskiej. Ale grała świetnie.
No i jeszcze wielkie wrażenie zrobił na mnie Wiesław Komasa jako kolega Sitko – rywalizujący o splendory kolega literat. Komasa po latach zyskał jeszcze bardziej. W teatrze widać i słychać jego kunszt aktorski. Nawet na III balkonie, i to w każdym geście i każdym słowie, czego nie można powiedzieć o wszystkich aktorach – szczególnie tych młodych.
W zakończeniu przedstawienia Laurenty unosi się nad sceną, wyrastają mu skrzydła, a chór śpiewa jakąś monumentalną pieśń.  Jedna z nas usłyszała tekst, pozostałym się podobało, a ja jeszcze skupiłam się na tym, czy skrzydła zjeżdżające z góry ucelują w plecy Jerzego Stuhra, który się wznosił i czy ustanowią całość. Zawsze lubiłam takie techniczne sztuczki. Ucelowali ci z góry i ci z dołu, a Stuhr- Laurenty wisiał pięknie nad sceną, jak na prawdziwego poetę uniesionego duchem twórczym przystało.
I byłoby super, gdyby nie konsekwencje tego niedosłyszenia. Bo koleżanka, obyta intelektualnie polonistka po wyjściu do foyer, sama uniesiona majestatycznym finałem zapytała:
- „Ciekawe, czym ty wzlecisz po śmierci? Pewnie łabędziem – rzekła nawiązując do tekstu pieśni Horacego, który ona akurat usłyszała na końcu przedstawienia i moich pisarskich zamiłowań.
- Jak to czym? Ja orłem – odrzekłam z powagą jako Polka i Patriotka z ciągotkami liderskimi i ta, która nie usłyszała słów pieśni Horacego i nie złapała aluzji do zakończenia.
- A cała reszta poleci wróblem i też dobrze – dodałam głęboko przekonana, że rozmowa nie jest aż tak wielopłaszczyznowa, metaforyczna i z podtekstami wielokrotnymi.
No i sobie nagrabiłam mówiąc językiem potocznym. Na całe szczęście trzecia koleżanka skupiona była na nerwowym poszukiwaniu numerka z szatni, bo lubi zgubić. I umie! I nie zwróciła na nas wcale swojej uwagi. A ta pierwsza zniewagę przyjęła, przespała i uznała, że moje okrucieństwo jest bezgraniczne, a ona wróblem nie chce.  
Składam więc oficjalne dementi! Moje przyjaciółki już teraz latają jak orlice, czasami tylko zamieniając ptasią postać na miotły i przysiadają na III balkonie.
Są najpiękniejsze, najmądrzejsze i zawsze w gotowości.

OLE!
 
Czytaj więcej »