Matki

13:19


Poznałyśmy się na towarzyskim spotkaniu. Była zadbaną kobietą, w ładnej sukience. Miała w sobie coś, co przyciągało wzrok i budziło sympatię. Spotkanie było niezobowiązujące i dawało dużo okazji do żartów, tańców, wspominania i wznoszenia toastów.  Ona robiła wrażenie zadowolonej z życia kobiety, pełnej wewnętrznej radości, energii i samoakceptacji. Późnym wieczorem wracałyśmy razem do domu. W samochodzie, którym nas podwożono, opowiedziała mi w wielkim skrócie swoją historię, która zaczynała się od słów „Przyjechałam tu odreagować, bo ja już czasami myślę, że nie wytrzymam.” A potem wyrzuciła z  siebie opowieść o zdarzeniu, które miało miejsce kilka lat temu i które w ciągu kilku minut całkowicie zmieniło jej życie w piekło niepewności, niezgody i poczucia winy. W koszmar rezygnacji ze wszystkiego, by próbować uratować ….No właśnie! Co?
Co można jeszcze uratować, kiedy ukochany, piękny, zdrowy syn, bardzo zdolny i bardzo przystojny ulega strasznemu wypadkowi. Co można uratować, kiedy miesiąc przed jego maturą i startem w dorosłość, chłopak ląduje w szpitalu z tak potwornymi urazami, że lekarze nie dają nadziei na życie. Co można chcieć uratować, kiedy po wielu operacjach, kilkuletniej rehabilitacji i setkach godzin bolesnych zabiegów już wiadomo, że żyć będzie, ale bez stałej pomocy najbliższych, nie przeżyje ani dnia? Już nikt nie myśli o maturze i studiach. Myślą tylko, by udźwignąć ciężar, który w jednej chwili spadł na nich, ogłuszył i pozostał. Tamtą noc zapamięta do końca życia. Syn z grupą znajomych pojechali do klubu potańczyć. Była noc, wracali samochodem. Jego dziewczyna prowadząca pojazd, była trzeźwa, ale zaistniał niefortunny zbieg okoliczności i zdarzył się ten wypadek. Niewielkie doświadczenie kierowcy i auto dachowało. Syn ucierpiał najbardziej. W dodatku najpóźniej udzielono mu pomocy, bo znowu miał pecha. Wypadł z samochodu tak daleko i tak nieszczęśliwie, że nikt go nie widział i nikt natychmiast nie znalazł leżącego poszkodowanego. Chłopak zbyt długo czekał na pomoc. Konsekwencje są niewyobrażalnie tragiczne.
Potem oboje z mężem całe swoje życie podporządkowali opiece nad synem i walce o jego nowe życie, poświęcając własne. W dodatku sprawa w sądzie trwa już kilka lat, a końca ciągle nie widać. Kiedy dojechałyśmy do domu i żegnałyśmy się, obiecała, że za jakiś czas znowu się urwie i przyjedzie do nas zapomnieć o swojej trudnej codzienności i poczuciu winy, że go wtedy nie zatrzymała.

Wysiadłam z tego auta bardzo poruszona tą tragedią. Myślę o niej często, dziękując Bogu, że nie mam podobnych doświadczeń. Myślę o kruchości tego wszystkiego, co wydaje nam się, że mamy. Myślę i  próbuję sobie wyobrazić, jak jej jest ciężko.

Planowałam napisanie postu, w którym będzie krotochwilnie i zabawnie. Na przekór jesieni, zlistopadowieniu, tetryczeniu oraz całemu zestawowi spraw, które człowieka dołują jakoś bardziej skutecznie o tej porze roku. Już nawet boję się dzwonić do ludzi, bo głosy znajomych i przyjaciół brzmią niepokojąco jednakowo smutno. Jednak wszystkie zabawne pomysły odłożyłam na bok (a właściwie same jakoś zniknęły) pod wpływem newsa, który wczoraj lotem błyskawicy obiegł nasz kraj. Zamarłam, podobnie jak wiele innych znanych mi osób i jak wszyscy ludzie, którzy mają odrobinę empatii. Zamarłam i trwam w przerażeniu. Zamarłam, choć szukam odpowiedzi na wiele pytań. Rano usłyszałam w radio: w nocy w Swarzędzu był wypadek. Pijany kierowca, brawura, BMW, zginął człowiek, jechał w bagażniku, spłonął. W TV zobaczyłam zdjęcie samochodu. Z wrażenia, że może być aż tyle głupoty i braku wyobraźni, nie byłam w stanie skupić się na niczym. Przekaz był tak jednoznaczny. Boże, gdybym mogła, łeb bym kretynom urwała.

Wszyscy, z którymi rozmawiałam mieli w sobie tylko wściekłość i agresję wobec sprawców. Jak tak można? Każdy z nas do tych strzępów wiadomości, które systematycznie przekazywano co kilkanaście minut, które leciały bez przerwy na żółtym pasku, dopisał swoją historię tego wieczoru i tego potwornego zdarzenia. Nie znam sprawcy, ale natychmiast myślałam o nim jako o zdegenerowanym młodzieńcu, szlajającym się wypasionym BMW. Pozostali jawili się jako grupa bananowej młodzieży, rozpieszczonej, rozpuszczonej i pozbawionej wyobraźni i odpowiedzialności. Media są siłą. Po takim przekazie trudno będzie myśleć o tym zdarzeniu inaczej.
Ale potem, kiedy opadły pierwsze emocje pomyślałam o matkach tych, co tej nocy znaleźli się w tym aucie. O matce tego , który nie żyje, o matce kierowcy - sprawcy, o matkach pozostałych. Wczoraj nieszczęście spadło na nie. I teraz one będą musiały uratować siebie i rodziny. Wśród nich jest moja bliska przyjaciółka, która wczoraj mogła na własnej skórze doświadczyć, co znaczy znaleźć się w takiej sytuacji. Jest w potwornej biedzie, a ludzie nagle zachowali się wobec niej tak, jakby to ona wsadziła swoje dziecko do tego auta.
Potrafimy być bezinteresownie okrutni.
Nie wiem, jakie będą konsekwencje tej historii. Miała szczęście, bo jej dziecko nie kierowało i nie wlazło do bagażnika. Miała szczęście, bo jej dziecko nie ucierpiało fizycznie.
Więcej szczęścia nie miała.

A każdy, kto nawet w myślach obwinia rodziców, niech spróbuje zatrzymać swoje od kilku miesięcy pełnoletnie dziecko, kiedy ono właśnie ze znajomymi udaje się na imprezę. Tylko w ten sposób uchroni je przed potwornym zbiegiem okoliczności. Uchroni, przed nim samym. Uchroni przed tym, że być może zachowa się jak nierozumne dziecko, ale zapłaci jak dorosły.
Nikogo nie bronię.
Chronię matki przed okrucieństwem, które je jeszcze spotka

0 komentarze