Tureckie zderzenia z polskością

15:00

Wyszłam ze swojej norki i oberwałam od życia.
Norkę proszę potraktować metaforycznie, jako krąg osób  z którymi się spotykam, pracuję, knuję i bez których ja po prostu nie żyję. Norkę mam na tyle dużą, że mieści kilkadziesiąt osób, z którymi mi dobrze.
I dobrze.
I to tak dobrze, że dobrze mi tak!
Bo w tej norce tak się zasiedziałam, że o mało co straciłabym związek z rzeczywistością. A tu bach rzeczywistość  mnie pacnęła w czoło i przywołała do porządku. I łuski mnie z oczu spadli – jak mawiała dozorczyni w mojej kamienicy. No i żeby tak dojść do sedna, to muszę przyznać, że w mojej norce w większości są kobiety i w dodatku mądre. I ponieważ z każdym dniem tych mądrych mam w norce więcej, to już tak mi się jakoś zaczęło wydawać, że jak kobieta to znaczy mądra. A tu nic właśnie. Jestem świeżo po kolejnej próbie samolotowej i od tej podróży w moim spisie lęków przeróżnych pojawi się lęk przed polską babcią. Dotychczas w samolocie bałam się rodziców z małymi dziećmi. To znaczy bardziej małych dzieci i ich nieprzewidywalności, ale w samolocie dzieci zawsze mają rodziców. I oni też nieprzewidywalni. A w komplecie potrafią zatruć życie otoczeniu. A od wczoraj będę się bała całych rodzin na czele z babcią. Kiedy weszłam do samolotu i zbliżałam się do mojego miejsca zauważyłam małego czteroletniego chłopczyka. Na resztę nie zwróciłam uwagi. Może dlatego, że dawno nie opuszczałam strefy Schengen i to co przeżyliśmy przy odprawie paszportowej na lotnisku udręczyło i obniżyło moją czujność. Usiadłam, wyjęłam swoje czytadła i wtedy usłyszałam głos pani siedzącej za mną (czyli prawie na mnie ze względu na oszczędność przestrzeni). Glos był donośny, powszechnie słyszalny i z tych, o których moja babcia mówiła kiedyś, że od takiego to zdycha kot. Nie dałoby się przed nim uciec, schować na otwartym polu. W samolocie osaczał, dusił i zażynał człowieka. A pani komentowała wszystko. W dodatku każdy tekst komentarza kwitowała przerywnikiem równie głośnym, który był rodzajem śmiechu z własnego dowcipu a brzmiał jak nerwowy rechot.
Już po chwili zorientowałam się, że pani jest częścią grupy - dziadkowie, młodzi i dziecię jadą na wakacje. Wszyscy siedzą w jednym rzędzie, tylko dziadek ma miejsce za nią, co w niczym nie przeszkadzało konwersować swobodnie. Pani opowiedziała całemu samolotowi, jak w ubiegłym roku kołował, gdy lecieli do Hiszpanii, (rechot). Komentowała to co się działo w naszym samolocie- 0! wypuścił telewizorki (rechot), Jednak schował (rechot) boisz się (to do syna lub zięcia - rechot) widzisz! On się boi (to do dziadka - rechot) Adaś! Tata się boi (to do wnuka – rechot) nie bój się ! (do zięcio/syna rechot) daleko nie spadniemy (rechot).
Wyjęłam z torby zatyczki do uszu, ale kobieta miała siłę przebicia zdecydowanie większą. W tym potoku słów przerywanym rechotem nie było nic, na czym warto by się skupić. Po starcie zorientowałam się, że rodzina jedzie na wakacje z jakiejś odległej od Poznania miejscowości, że czas oczekiwania na lotnisku umilali sobie drinkami (ze szczegółami dowiedzieliśmy się jakimi i za ile) i że wszyscy z wyjątkiem Adasia, czyli małego chłopczyka są pod wpływem. Wszyscy opowiadali dużo i chętnie i bardzo dobrze się bawili. Najbardziej bawiła się babcia. A potem  Adaś miał kryzys i przestał być grzeczny. Były wrzaski i żądania kupna nowego samochód w podniebnym serwisie. Były próby zbiorowego uciszenia wnuka, była zbiorowa akcja wychowawcza i decyzja dziadka o zakupie drinka. Była dyskusja, czy dla wszystkich członków rodziny. Wnuk z wściekłości kopał siedzenia i tych, co siedzieli przed nimi, a tatuś obiecywał mu, że w Turcji kupi i w Turcji w hotelu postawi wszystkim. Ale tyko alkohole lokalne. Babcia zarechotała tysięczny raz, bo to przecież świetny dowcip, że syno/zięć taki dowcipny. W trzeciej godzinie lotu wnuk na chwilę zasnął, ale babcia miała wartę i nadawała bez przerwy, konwersując jednostronnie z którymś z członków rodziny.
Lądowaliśmy w deszczu i mgle, więc babcia wznosiła dowcipne okrzyki Brzoza! Widzę brzozę! (rechot) Boisz się? itd…
Przyjrzałam jej się uważnie. Nie wyglądała na chorą psychicznie. Była zadbaną kobietą ok. 50 lat  i chyba była po prostu zwyczajnie niekulturalna. Na pewno nie z mojej norki. Miałam tak serdecznie dość, że wysiadłabym przez okno, gdybym mogła. A babę najchętniej bym zabiła. Teraz nareszcie rozumiem dlaczego jest taka kontrola przed podróżą w poszukiwaniu wszelkich narzędzi zbrodni.
No ale, jak człowiek chce odpocząć, to musi się zmarnować. Rano wstałam i widok z okna zrekompensował trudy podróży. A potem pełna nadziei poszłam na spotkanie z rezydentką, bo bardzo chciałam wykupić wycieczkę i pojechać do Kapadocji. Młoda Pani Rezydentka przyszła punktualnie i z dużą wprawą opowiedziała o planowanych wyprawach. Przy Kapadocji, słysząc moją deklarację woli zakupu, rozwinęła skrzydła. Pokazała zdjęcia, zapewniła o niezwykłości tego miejsca i na koniec dodała informacje o wspaniałym bonusie w postaci tureckiego wieczoru. Tu wyraźnie się ożywiła. Zapewniła o niezwykłym pokazie tańca derwisza. Im bardziej Pani się rozwijała, tym bardziej ja odczuwałam rosnące wątpliwości. Chciałam zobaczyć Kapadocje, a nie tańcować z derwiszami, z którymi miałam okazję już kilka razy ćwiczyć. W dodatku w towarzystwie rodaków, którzy już w samolocie udowodnili mi, że ja nie pasuję.
- Ależ proszę państwa! To naprawdę jest okazja. Za 120 euro macie państwo super wycieczkę i nawet alkohole w cenie. I alkoholu tyle, że można derwiszom pokazać, jak tańczy się w Polsce - dodała patrząc znacząco na mojego niepijącego męża. Moje wątpliwości wypełniły mnie całą i obudziły uśpioną samolotowym gdakaniem walczącą naturę. I już miałam się odezwać i dać odpór wrogom mej nieprzyzwoitej trzeźwości, gdy usłyszałam:
- A poza tym, co tu państwo będziecie robić. Żeby to był jeszcze jakiś taki hotel, gdzie Jackiem Danielsem myją podłogi. Ale tu tylko plaża i przyzwoite warunki. No to chyba lepiej jechać na wycieczkę do Kapadocji.
I duch mój upadł, a rozum podpowiada, że ja chyba coś jednak przeoczyłam.
Za pięć dni wracam do norki.
Poobijana.
I bez Kapadocji.


1 komentarze